Czas chaosu

Mówi się często, że w Europie należy zbudować Stany Zjednoczone Europy. Jednak pomiędzy tworzeniem państwa federacyjnego w Ameryce Północnej a procesami unifikacyjnymi na Starym Kontynencie istnieje jedna, zasadnicza różnica. USA zostało utworzone przez emigrantów z Europy – nie przez tubylców.
Jedną z najpoważniejszych przyczyn kryzysu, który drąży dziś Europę, jest brak instytucji, będącej w stanie zapanować nad złożonością procesów społeczno-gospodarczych. Świat jest obecnie inny niż 20 lat temu. W roku 1989, po upadku systemu polarnego, nie nastąpił koniec historii, jakby chciał amerykański ekonomista i filozof, Francis Fukuyama. Koniec historii nie nastąpi nigdy! Mogą co najwyżej wygasać poszczególne etapy rozwoju społecznego, po których nadejdą nowe. Historiozofia nie zna pojęcia stabilizacji. Z punktu widzenia filozofii dziejów możemy mówić co najwyżej o tempie destabilizacji. Zasadnicze pytanie sprowadza się do kwestii, jak szybko przebiegają zmiany. Globalizacja jest największym wyzwaniem, z którym człowiek miał kiedykolwiek do czynienia. Jej najistotniejszą cechą jest przyspieszenie rytmu destabilizacji. W ramach procesów globalizacyjnych zmiany uzyskują rozmach. Obroną – przed ogarniającym ludzkość żywiołem globalizacji — mogą być tylko globalne projekty cywilizacyjne – zinstytucjonalizowana integracja i wielowymiarowa synchronizacja. Świat musi ulec rekonfiguracji. Trzeba go zdefragmentaryzować niczym kostkę rubika, a później od podstaw złożyć na nowo.
Francuski myśliciel, Jean Baudrillard, argumentuje, że rozpowszechnienie globalizacji doprowadziło do zniknięcia „historii”. Według jego percepcji naukowej wraz z globalizacją nie doszło do upadku historii jako takiej, lecz zapoznania idei postępu historycznego. Taka sytuacja może być jedynie stanem przejściowym. Cywilizacja prędzej czy później wytworzy idee porządkujące rzeczywistość. W istocie mamy więc do czynienia bardziej z początkiem historii niż z jej końcem.

Zawężona percepcja
Wielu ekonomistów zadaje sobie dziś fundamentalne pytanie – skąd wziął się kryzys? Jednak jakkolwiek paradoksalnie to nie zabrzmi, ekonomiści nie rozstrzygną tej kwestii. Ekonomia jest nauką humanistyczną, stąd powinna rozważać zjawiska społeczno-gospodarcze w kontekście wielowymiarowych działań człowieka, uwzględniając wszelkie przemiany historyczne, polityczne, społeczne, a nawet kulturowe. Współczesny kryzys ma głębokie tło historyczne i idzie w parze z globalizacją, a właściwie nieumiejętnością uporządkowania tego procesu. Diagnozy stawiane na płaszczyźnie ekonomii są trafne. Jednak ich słabością jest fragmentaryczność – merytorycznie obejmują jedynie fragment rzeczywistości. Tymczasem globalizacja występuje na wszystkich płaszczyznach.
To prawda, że w okresie ostatnich 30 lat doszło do ogromnego przerostu sektora finansowego, jednak rozszerzenie pola działań spekulacyjnych jest funkcją globalizacji. Finansiści nigdy nie uzyskaliby władzy nad światem, gdyby nie otworzyło się przed nimi terytorium potencjalnej ekspansji, do tego zaś doprowadził rozwój środków masowej komunikacji, a więc jednej z sił napędzających procesy globalizacyjne. Tak samo niekompatybilność poszczególnych polityk fiskalnych nie jest wynikiem ich wewnętrznych, immanentnych dysfunkcji i mankamentów, lecz rezultatem przemian otoczenia zewnętrznego. Obecnie idee nie nadążają ze ewolucją uwarunkowań. Dawne systemy sprawdzały się w ramach struktur lokalnych, heterogenicznych, jednak globalizacja zamieniła je w anachroniczne relikty. Ekonomiści trafnie opisują przyczyny współczesnych reperkusji ekonomicznych z punktu widzenia ekonomii, w warstwie zjawiskowej, jednak jest to rozumowanie zbyt wąskie, aby mogło wyjaśnić rozmiary problemu. Istota sprawy leży w zupełnie innym miejscu. Potrzebna jest odpowiedź integralna, obejmująca wszystkie płaszczyzny ludzkiej aktywności.

Dysharmonia i polaryzacja
Obecny kryzys jest funkcją asymetrii wymiarów. Świat po prostu się rozjechał. Poszczególne przestrzenie nie są wobec siebie kompatybilne. Nie ma harmonii, a jej brak zawsze prowadzi do napięć i gwałtownego przyspieszenia tempa destabilizacji. Jednak szybkość zmian jest również asymetryczna, nie przebiega równo we wszystkich dziedzinach. Niemal każdego dnia obserwujemy polaryzację przyspieszenia. W dobie globalizacji, podobnie jak w czasach biblijnych, zapanował totalny chaos. Jego nadejście jest zwiastunem początku historii.
Prof. Zygmunt Bauman w książce „Globalizacja” opisuje radykalne niespójności współczesnego świata, w którym procesy polityczne nie chcą dopasować się do przeobrażeń o charakterze ekonomicznym czy kulturowym. Przestrzeń ekonomiczna ulega gwałtownej homogenizacji, interesy gospodarcze rozgrywają się na globalnej, międzynarodowej arenie, tymczasem świat polityki ugrzązł w lokalności. Europa dalej tkwi w rozdrobnieniu. Powstała rzeczywistość bez ekonomicznych granic. „Firma może poruszać się swobodnie, może przenieść się z miejsca na miejsce, lecz pozostaną konsekwencje jej działania, od których także może uciec” – pisze Bauman w swojej książce. W ten sposób wiele podmiotów gospodarczych, banków, spółek, korporacji, dokonuje nieustannego exodusu do ziemi obiecanej, transferując niemal każdego dnia zarobione pieniądze z jednego punktu do drugiego.
Osobliwością współczesnego świata jest totalne rozszerzenie zakresu zjawisk ekonomicznych. Wszelkie procesy ekonomiczne, spowolnienia gospodarcze, kryzysy, recesje ogarniają terytorium całego globu, polityka zaś nadal prowadzona jest w wymiarze lokalnym. Politycy nie potrafią opanować globalnego żywiołu, bo państwo lokalne nie posiada odpowiednich ku temu instrumentów. Uprawnienia i możliwości tradycyjnych państw narodowych są po prostu za wąskie, aby kontrolować globalne procesy. Asymetryczna struktura dzisiejszej cywilizacji generuje kryzysy i powoduje, że kierunek wielu zjawisk społeczno-gospodarczych jest nieprzewidywalny.

Nowe status quo
Gdy w konsekwencji upadku banku Lehman Brothers światowy kryzys przeniósł się ze Stanów Zjednoczonych na Stary Kontynent dla opisania powstałej w jego rezultacie rzeczywistości ukuto pojęcie „Europa dwóch prędkości”. Słowa te znakomicie ilustrują wytworzone w toku globalizacji nowe status quo, lecz trzeba im nadać inny sens niżby chcieli tego ich autorzy. W istocie mamy do czynienia nie tylko z Europą, ale również ze światem wielu prędkości. Ruch na poszczególnych płaszczyznach przebiega nierównomiernie. Przyspieszenie jest nieproporcjonalne. Ekonomia uciekła polityce, prawo nie nadąża za kulturą, procesy społeczne wyprzedzają tempo inicjatyw instytucjonalnych, forma relacji międzyludzkich nie pokrywa się z ich treścią. Wymiary rzeczywistości stały się nieparalelne. Świat jest asymetryczny, dynamiczny, a przez to kreuje zjawiska trudne do antycypowania. To jest również kryzys wartości, gdyż współczesna aksjologia nie potrafi zaproponować imponderabiliów, porządkujących cywilizacyjny chaos. Brakuje harmonii.
Świat pogrążył się w permanentnej wędrówce. Tak było zawsze, od zarania dziejów. Jednak tym razem nie znamy kierunku, w którym zmierzamy ani też nie posiadamy kompasu, który mógłby nas prowadzić do obranego celu. „Rzeczy dzieją się tak, jak się dzieją, ponieważ wiele rzeczy dzieje się naraz” – napisał prof. Grzegorz Kołodko w swym bestsellerze pt. „Wędrujący świat”. Słowa te są light motive całej jego książki i pasują do realiów asymetrycznej rzeczywistości.

Integracja nominalna
Kiedy pogrążone w kryzysie państwa Starego Kontynentu przełamią impas? Odpowiedź jest prosta – gdy powstanie Europa jednej prędkości, gdy w miejsce jednej gospodarki i wielu polityk powstanie jeden spójny system społeczno-polityczny, gdy jednej gospodarce odpowiadać będzie jedno państwo.
W ramach toczonej na Starym Kontynencie debaty publicznej wiele mówi się o stworzeniu w Europie państwa federacyjnego na wzór Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Unia Europejska w obecnej formule polityczno-instytucjonalnej nie jest w stanie rozwiązywać najistotniejszych problemów. Jej struktury nie ogarniają całej złożoności procesów społeczno-gospodarczych. Brakuje skutecznych instrumentów oddziaływania na rzeczywistość. Integracja jest zbyt luźna, nominalna i w zasadzie prowadzi do dezintegracji. Dysproporcje w redystrybucji dochodów tworzą nową, niebezpieczną polaryzację Północy z Południem. Kraje biedniejsze chcą uwolnić się spod hegemonii najsilniejszych graczy. Przepaść w sferze jakości życia powoduje, że wspólnotowy projekt jedności państw europejskich powoli zmierza ku rozpadowi.
Obecny model Unii Europejskiej nie wytrzyma próby czasu. Jej kształt przypomina bardziej organizację międzynarodową niż państwo federacyjne. W ramach struktur wspólnoty nie stworzono zhierarchizowanych ośrodków władzy wykonawczej. Prezydent Stanów Zjednoczonych w dalszym ciągu nie zna numeru telefonu, na który mógłby zadzwonić do prezydenta zjednoczonej Europy, kontaktuje się więc z przywódcami poszczególnych państw, znajdujących się na mapie Europy. Nie istnieje jedna, wspólna dla całego kontynentu opinia publiczna. Nie pogłębiono integracji społecznej. Nie powstała nowa społeczna jakość. Suma społeczeństw Unii Europejskiej nie wyabstrahowuje na bazie wzajemnych relacji oddzielnego, ponadjednostkowego bytu i jest redukowalna do części składowych. Dodając narody Europy nie otrzymamy wspólnego narodu europejskiego. Dla odróżnienia suma społeczeństw, składających się na Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, tworzy rzeczywistość ponadjednostkową – jeden pluralistyczny naród, nieredukowalny do poszczególnych elementów substancji narodowej. Kiedy zwracamy się w stronę Atlantyku, zawsze mówimy o narodzie amerykańskim. Patrząc zaś na Stary Kontynent, nigdy nie powiemy o narodzie europejskim. Nigdzie na świecie nie występuje tak głęboka asymetria pomiędzy przestrzenią gospodarczą, polityczną i społeczną, jak ma to miejsce w Europie. Jedna ekonomia i wiele polityk, jedna gospodarka i wiele społeczeństw. To jest strukturalne podłoże kryzysu. Dlatego napięcia i reperkusje gospodarcze w coraz większym stopniu przybierają na sile. Jeżeli Europa nie zostanie poukładana w spójną całość, w przyszłości proces ten ulegnie radykalnej eskalacji. Europa wielu prędkości to nie tylko polaryzacja struktur dobrobytu. To przede wszystkim niespójność różnych wymiarów życia wspólnotowego. Inna jest prędkość ekonomiczna, inna polityczna, a jeszcze inne tempo społeczeństwa.

Walka o przetrwanie
W dobie globalizacji integracja jest ratunkiem przed zagładą. Kryzys wpisał się w stratyfikację polityczną państw lokalnych, które nie posiadają instrumentów prowadzenia skoordynowanej polityki gospodarczej. Podłoże reperkusji gospodarczych tkwi głęboko w strukturze politycznej, nie korespondującej z przestrzenią procesów ekonomicznych. Jest to problem strukturalny. W epoce gospodarki feudalnej państwa lokalne były potrzebne, aby regulować warunki zarządzania wielkimi latyfundiami, gdyż zdefiniowana politycznie przestrzeń, ściśle pokrywała się z terytorium gospodarczym – podobnie w erze przemysłowej, państwa wyznaczały ramy działalności fabryk, manufaktur oraz innych zakładów pracy, jednak rewolucja informatyczna zapoznała przestrzeń, czyniąc granice transcendentnymi. W dzisiejszym świecie nie ma już gospodarczych granic, są jedynie granice polityczne. Państwa pełzające w rozdrobnieniu nie obronią się przed żywiołami gospodarczymi, nie będą w stanie ich opanować ani też uzyskać nad nimi kontroli. Skoro wszelkie procesy ekonomiczne posiadają globalny charakter, to również instrumenty politycznej koordynacji działań muszą przejść na bardziej ogólny poziom. Europa skazana jest na federację. Trzeba budować państwo o strukturze federacyjnej, wyposażonej w zhierarchizowane ośrodki władzy, obsadzane personalnie w następstwie powszechnych, ogólnoeuropejskich wyborów. Unia Europejska powinna mieć wspólnego prezydenta, wspólny rząd, wspólny parlament, wspólny sąd, wspólnego prokuratora i wspólną armię. Ale przede wszystkim należy wypracować zręby wspólnej polityki gospodarczej. Za ujednoliceniem zaś wymiaru politycznego z gospodarczym musi podążać integracja społeczna. Zrozumieli to Amerykanie ponad 230 lat temu, kiedy w 1776 r. podpisali Deklarację Niepodległości i powołali do życia Stany Zjednoczone. Jednak jak mawiają Niemcy: „wszelkie analogie zawodzą”. Analogia Unii Europejskiej do USA nie jest prosta. Europa będzie miała ogromny problem z tym, by pójść amerykańską drogą.

Kompleks tubylców
Jest jeden niuans, który różnicuje aktualną sytuację Europy i Stanów Zjednoczonych sprzed prawie ćwierć wieku. W Ameryce Północnej wspólne państwo zbudowali emigranci. USA nie zostało utworzone przez rdzenną ludność amerykańską, tylko przez przyjezdnych gości. Z każdym następnym pokoleniem wśród europejskich emigrantów, żyjących w Ameryce, zmniejszało się znaczenie różnic etnicznych, co sprzyjało świadomości o potrzebie budowania struktur państwowej federacji. Irlandczycy, Włosi, Hiszpanie czy Francuzi kształtując proces identyfikacji nie mówili, że przyjechali z poszczególnych krajów Starego Kontynentu, lecz z Europy. Ich dzieci, a później wnukowie urodzili się już w Ameryce i poprzez ewolucję pokoleń nabywali poczucie przynależności do społeczeństwa amerykańskiego. Emigranci, formułując swoją tożsamość, najpierw więc orientowali się na Europę, a następnie na Amerykę, najpierw na mocno zgeneralizowany obszar pochodzenia, a później na teren aktualnego życia. Wiąże się z tym zjawisko gradacji tożsamości (tak to nazywam). Czym bardziej oddalamy się od miejsca zamieszkania, tym silniej upraszczamy proces identyfikacji, posługując się coraz ogólniejszymi kategoriami. Jadąc z Kalisza do Warszawy w poszukiwaniu pracy, powiemy, że przyjechaliśmy z Wielkopolski, udając się w tym samym celu do Berlina, będziemy mówić, że jesteśmy z Polski, gdy natomiast wybierzemy się za ocean, oznajmimy, że przybyliśmy z Europy. W miarę upływu czasu słabnie rola obciążeń etnicznych. „Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju”. Ludom zróżnicowanym etnicznie łatwiej jest zbudować wspólne państwo i społeczeństwo na obcej ziemi niż na swojej. Gdyby Niemcy, Francuzi, Hiszpanie, Anglicy, Włosi czy Polacy wyjechali na Antarktydę, wówczas prędzej staliby się Europejczykami i ufundowali federacyjne struktury Unii Europejskiej na wzór Stanów Zjednoczonych, gdyż wtedy stopniowo zrzucaliby ze swoich barków ekwipunek pochodzenia. Znaczenie obciążeń etnicznych słabłoby w rezultacie każdej następnej zmiany generacyjnej. Żyjąc zaś w tradycyjnych państwach utrwalają dotychczasową przynależność narodową i obywatelską. Dlatego Unia Europejska będzie musiała długo poczekać, aby stać się federacją z prawdziwego zdarzenia. Zanim do tego dojdzie dużo wody w Wiśle, Renie, Sekwanie i Tybrze upłynie. Jednak kiedyś powstanie wspólne państwo europejskiej o strukturze ściśle federacyjnej.
Postępujące procesy globalizacji jeszcze bardziej zacieśnią przestrzeń. Dystans sąsiedztwa pomiędzy poszczególnymi narodami Europy ulegnie radykalnemu skróceniu. W końcu sama kategoria sąsiedztwa i granic społecznych zostanie zapoznana. Rozwój coraz szybszych środków transportu spowoduje, że podróż z Warszawy do Madrytu będziemy traktować identycznie, jak obecnie z Warszawy do Poznania. Powstanie jedna europejska przestrzeń.
Drugi czynnik, który w procesie zacieśniania integracji europejskiej odegra niebagatelną rolę, to nasilające się procesy migracyjne. Na Stary Kontynent trafia coraz więcej Arabów, Azjatów, Afrykanerów. W miarę ewolucji pokoleń ich identyfikacja będzie się przesuwała w stronę tożsamości europejskiej. Wietnamczycy, Filipińczycy, Egipcjanie, Marokańczycy czy Algierczycy, kiedyś poczują się Europejczykami. Wspólnego społeczeństwa europejskiego nie stworzą tubylcy. Wielki paradoks dziejów polega na tym, że podobnie, jak w przypadku Stanów Zjednoczonych, potężne struktury społeczne – państwo i naród europejski – zostaną ufundowane przez przyjezdnych.

Wzmocnić fundamenty
Zgodnie z teorią Fukuyamy – globalizacja prowadzi do konwergencji. Jednak w ślad za upodobnieniami kulturowymi musi iść wyrównywanie różnić ekonomicznych. Można to osiągnąć jedynie w warunkach gospodarki liberalnej, gdyż koncepcje socjalne zamiast likwidować, tylko pogłębiają różnice w redystrybucji dochodów. A jak mawiał prorok Izajasz: „Opus iustitiae pax” – „dziełem sprawiedliwości jest pokój”. Odwracając jego pogląd nieuchronnie dojdziemy do wniosku, że dziełem niesprawiedliwość jest wojna albo co najmniej rewolucja. Doświadczenia historyczne uczą, że za każdym razem, kiedy pojawiał się kryzys, wybuchały niepokoje społeczne. Wielka recesja gospodarcza z lat 30., stworzyła społeczny nastrój, by mogły dojść do głosu ideologie totalnej zakłady. Faszyści na współ z komunistami podpalili świat, mordując miliony niewinnych ludzi. Europa zawsze była beczką prochu. Wszystkie poważniejsze globalne konflikty brały początek na jej przestrzeni. Paleta głębokich różnic etnicznych sprzyjała tendencjom konfrontacyjnym.
Idea europejskiej jedności wychodzi naprzeciw procesom globalizacyjnym. Aby świat się nie globalizował, trzeba by zatrzymać postęp techniczny. To jest zaś niemożliwe, gdyż rozwój wynika z naturalnych predyspozycji ludzkości. Trzeba jednak usunąć asymetrię, która w rezultacie globalizacji zachwiała fundamentami, podtrzymującymi współczesną cywilizację. Niespójność wymiarów ludzkiej aktywności szczególnie mocno uwidoczniła się w Europie. Aby pokonać kryzys, Stary Kontynent musi się stać przestrzenią jednej prędkości.
Polityka, gospodarka, kultura i życie społeczne są niczym warstwy tektoniczne. Gdy zachodzi między nimi dysharmonia, wybucha trzęsienie ziemi. W tym kontekście warto pamiętać o przestrodze Ulricha Becka, wybitnego niemieckiego socjologa urodzonego w Słupsku. W książce „Władza i przeciwwładza w epoce globalnej” przewiduje on powrót do struktury państw narodowych i wybuchu konfliktów pomiędzy narodami.

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Finansowej”, publicystą miesięcznika ekonomicznego „Home&Market” i komentatorem politycznym magazynu „Gentleman”. W plebiscycie Stowarzyszenia Eksporterów Polskich został uznany publicystą ekonomicznym roku 2011.