Czy Niemcy zagazują świat spalinami? Da, da, da

Od wybuchu afery silnikowej w koncernie Volkswagena minęły już trzy tygodnie. Można odnieść coraz silniejsze wrażenie, że mimo powagi sprawy zanosi się na zamiecenie skandalu pod dywan, przynajmniej w niektórych krajach, gdzie spaliny niemieckich samochodów zatruwały środowisko. Czyżby po raz kolejny pieniądze i reputacja najbogatszych były ważniejsze niż poczucie sprawiedliwości?

W czwartek 1 października prokuratura w Brunszwiku wydała zaskakujący komunikat. Rzecznik organu ścigania Julia Meyer poinformowała, że trzy dni wcześniej doszło do pomyłki – jej zwierzchnicy nie wszczęli (jeszcze?) śledztwa przeciwko prezesowi Volkswagena Martinowi Winterkornowi w sprawie instalowania w samochodach tej marki aparatury fałszującej dane o emisji spalin. W rzeczywistości prokuratorzy dopiero starają się ustalić, który z pracowników firmy jest winny oszustwa. Takie wybiegi budzą podejrzenie o pojawienie się nacisków na wyciszenie skandalu, ponieważ jakkolwiek były szef VW zaprzecza, jakoby wiedział cokolwiek o łamaniu prawa, przyjął na siebie odpowiedzialność za krytykę, która spadła na koncern i zapłacił za to dymisją.

Sam Volkswagen, mimo że według światowych mediów niektórzy jego pracownicy nie wahali się donieść na zarząd do prokuratury, również nie znalazł jeszcze w zaistniałej sytuacji kozła ofiarnego. Dziennikarze próbujący dowiedzieć się czegoś więcej u źródła, otrzymują jedynie zdawkowe przeprosiny za nadużycie zaufania klientów oraz zapewnienia, że trwają prace nad wyjaśnieniem powodów kompromitacji, a znajdujące się w obiegu pojazdy spełniają standardy techniczne. Bardziej szczegółowe odpowiedzi na pytania mają pojawić się w przyszłości. Dokładnej daty zakończenia śledztwa pełnomocnicy ds. kontaktów z mediami nie podają.

Kompromitacja Brukseli

Jak zwykle w tak drażliwych kwestiach, pojawiły się apele o zajęcie się sprawą przez Komisję Europejską. Unijne władze nie podjęły jednak tematu. Jak zwróciła uwagę pisząca dla „Wall Street Journal” Gabriele Steinhauser, na stronie internetowej KE już w 2011 r. można było znaleźć raport Wspólnego Centrum Badawczego zawierający wyniki testów emisji spalin, którym poddano 12 modeli samochodów z silnikami benzynowymi i dieslowskimi. Szczególnie w przypadku tych drugich zauważano rażące, nawet czternastokrotne przekroczenie norm emisji. Nie wiadomo, jakie dokładnie marki znalazły się pod lupą. Autorzy studium dwa lata później ponownie zaapelowali o wdrożenie bardziej realistycznych, trudniejszych do zmanipulowania sprawdzianów dla pojazdów mechanicznych.

Z lektury tych dokumentów płynie wniosek, że mimo wprowadzonego przez KE w 2007 r. zakazu stosowania tzw. defeat devices, czyli czujników zmieniających zachowanie samochodu w czasie przeprowadzenia testów, sześć lat później eksperci znowu musieli przypominać o ich bezprawności i możliwości szerokiej interpretacji przepisów. Opis nielegalnego oprogramowania w raporcie z 2013 r. doskonale pasuje do praktyk stosowanych przez Volkswagena. Zapytana, dlaczego Komisja nie wszczęła śledztwa w związku z zastrzeżeniami składanymi przez specjalistów, jej rzeczniczka Lucia Caudet podkreśliła, że kontrola poziomu emisji spalin należy do kompetencji państw członkowskich, Bruksela zaś jedynie zakreśla ogólne ramy regulacji spornej tematyki. Trwają prace nad ujednoliceniem tej części ustawodawstwa w skali kontynentu, jednak prawdopodobnie wejdą one w życie dopiero jesienią 2017 r. Jak napisaliśmy tydzień temu, świadomość tych faktów pozwala podważać słuszność zgody na jakąkolwiek wspólną politykę klimatyczną.

Zmowa milczenia

Volkswagen nie kwapi się ujawnić całej prawdy o swoich praktykach, ponieważ nie chce się przyznać do popełnienia tego samego zaniedbania, co brukselscy urzędnicy. Jakkolwiek obwinianie o błędy dawnych pracowników może wydawać się drogą na skróty, prawdopodobnie nielegalne oprogramowanie było instalowane w Wolfsburgu już w latach 2005-06, jeszcze przed objęciem kierownictwa firmy przez Winterkorna. Odpowiedzialni za skandal byliby więc ówcześni owładnięci ideą skonstruowania najlepszego diesla na rynku sternicy VW – Bernd Pitschesrieder i zatrudniony wcześniej w Mercedesie Wolfgang Bernhard. Menedżerowie za pośrednictwem swoich prawników wydali oświadczenie, w którym zdementowali oskarżenia i wykazali gotowość złożenia zeznań w sprawie.
Jak na ironię, obydwaj w swoim czasie byli uważani przez kolegów z branży za postępowych reformatorów, ponieważ przypadła im w udziale konieczność zatuszowania oskarżeń swoich poprzedników o korumpowanie liderów fabrycznych związków zawodowych, w tym sponsorowanie im uciech z prostytutkami. Pitschesrieder i Bernhard skrócili tydzień pracy w Volkswagenie, obniżyli koszty produkcji oraz starali się ograniczyć wpływy związkowców na strategię firmy. Aktywiści zawarli jednak sojusz z prezesem koncernu Ferdinandem Piechem i doprowadzili do odejścia swoich oponentów. Jak mówią pracownicy VW, od tego czasu winą za wszystkie problemy, które napotykał zarząd, obarczano poprzedników rządzącego od 2007 r. Volkswagenem Winterkorna. Nie ulega jednak wątpliwości, że to Bernhard zatrudnił odpowiedzialnego za budowę silników nowych modeli Rudolfa Krebsa. 

Narasta bunt?

Oburzona postępowaniem Niemców wydaje się być komisja ochrony środowiska Parlamentu Europejskiego. Na posiedzeniu w środę 24 września eurodeputowani poparli projekt wprowadzenia na całym kontynencie testów emisji spalin podczas próbnej jazdy zamiast w warunkach fabrycznych. Głosowanie w sprawie odpowiedniej rezolucji przez PE odbędzie się między 26 a 29 października. Afera była tematem wielu pytań skierowanych podczas sesji 6 października do eurokomisarz Elżbiety Bieńkowskiej. Co zrozumiałe, politycy obawiają się o reputację całości przemysłu samochodowego w przypadku zlekceważenia działań koncernu z Wolfsburga. 

Miałoby to bolesne skutki nie tylko dla gospodarki, lecz także – o czym trzeba bezwzględnie pamiętać – przede wszystkim dla stanu zdrowia Europejczyków. Międzynarodowa Rada Czystego Transportu (ICCT) ostrzega, że spaliny z silników Diesla stanowią największe źródło emisji tlenku azotu w Unii Europejskiej. Wypuszczanie tego gazu do atmosfery powoduje poważne problemy z oddychaniem i prowadzi do przedwczesnej śmierci. Oskarżenia o trucie na masową skalę w ciągu ostatnich tygodni padły już pod adresem większości producentów samochodów, m.in. Renaulta, Fiata i Volvo. Jeżeli opinia publiczna nie da się uśpić, spadnie więc jeszcze niejedna maska.

——————-

 
Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN