Czy zdarzy się drugi „Cud nad Wisłą”…?

 

Piłka nożna upodabnia się do hokeja na lodzie, czego niestety polscy trenerzy nie chcą zauważyć. We współczesnym futbolu nie da się wygrywać wielkich turniejów, mistrzostw świata, czy Europy, jedenastką zawodników – trzeba mieć dublerów, którzy w odpowiednim momencie wejdą na boisko i wniosą nową jakość, zmienią oblicze meczu. Pisałem jeszcze na kilkanaście dni przed rozpoczęciem EURO 2012, że najsłabszym punktem polskiej reprezentacji jest – paradoksalnie – krótka ławka rezerwowych. Na kilku pozycjach doskwiera nam brak alternatywnych wariantów personalnych. Kto zastąpi Błaszczykowskiego, Piszczka, Lewandowskiego, w razie – nie daj Boże – ewentualnych kontuzji czy kartek?

Otóż w życiu trzeba pamiętać o jednej prawidłowości: każde prawo, każda zasada czy reguła może mieć swój precedensowy przebieg. To co postrzegamy jako mankament polskiego zespołu narodowego, może stać się jego największym atutem. Krótka ławka rezerwowych może zadziałać jako precedens w drugą stronę…

Wielkie imprezy piłkarskie posiadają moc kreowania nowych gwiazd. Piłkarz młody, wcześniej zupełnie nieznany, którego nazwisko nie jest zapisane w notesach trenerów, jest w stanie w ułamku sekundy stać się wielką globalną gwiazdą, bohaterem narodowym.
W roku 1990 podczas mistrzostw świata we Włoszech cała Italia liczyła na duet Gianluca Vialli – Giuseppe Giannini, jednak obydwaj w pierwszych meczach mundialu całkowicie zawiedli. Już po pierwszej fazie rozgrywek grupowych Włosi mieli innych bohaterów, byli nimi: Salvatore Schillaci i Roberto Baggio. Jeszcze do niedawna wydawało nam się, że Wojciech Szczęsny jest w polskiej bramce nie do zastąpienia. Ale po meczu inauguracyjnym z Grecją, to nie on był na ustach wszystkich Polaków, tylko Przemysław Tytoń. Na Tytonia nikt wcześniej nie liczył.

Często mówi się, w odniesieniu do doświadczeń życiowych, że najlepszym reżyserem losu jest sam los. Jednak czasami najlepszym trenerem jest również los… Niejednokrotnie to właśnie on ustala składy na ważne mecze. Kto wie czy podczas obecnych mistrzostw, również składu polskiej reprezentacji nie ustali los, w taki sposób, że nam wszystkim wyjdzie to na dobre.

Przypomnijmy sobie piękny mundial w Hiszpanii, w 1982 r. (pamiętne Espana 82). Wtedy nasza drużyna była również nieobliczalna, przed turniejem nie wiedzieliśmy czym dysponujemy. Antoni Piechniczek zaczynał mistrzostwa Janasem, Żmudą, Majewskim i Jałochą w linii obrony; liderem formacji środkowej miał być Boniek; w ataku spustoszenie w szeregach obronnych naszych rywali mieli siać szybcy, dynamiczni i przebojowi napastnicy: Smolarek oraz Iwan.

Kontuzje Iwana w meczu z Kamerunem i Jałochy w spotkaniu z Peru spowodowały, że Boniek został przesunięty do linii ataku, Kupcewicz wszedł na środek pomocy, zaś na boku obrony zamiast Jałochy zaczął grać Marek Dziuba. Był to przełomowy moment! Od tej chwili polski mechanizm zaskoczył, akcje zespołu zaczęły się zazębiać, graliśmy koncertowo, hiszpańska telewizja pokazywała grę naszej drużyny do znudzenia: rezultaty 5-1 z Peru czy 3-0 z Belgią mówiły same za siebie.

Nigdy nie uważałem trenera Franciszka Smudy za wybitnego stratega. Jego wiedza o piłce nożnej, na tle innych szkoleniowców, jest powierzchowna. Ale to jeszcze nic nie znaczy. Nieżyjący Kazimierz Górski pod względem merytorycznym również ustępował swoim asystentom: Gmochowi czy Strejlauowi. Jednak to nie Gmoch i Strejlau przeszli do historii, tylko Górski… Dlatego mówimy dzisiaj o „orłach Górskiego”, a nie Gmocha czy Strejlaua. Pan Kazimierz ustępował wielu aktualnym dla swoich czasów trenerom pod względem merytorycznym, ale przewyższał ich zdecydowanie w trzech punktach: po pierwsze – posiadał wielką charyzmę; po drugie – był znakomitym motywatorem; po trzecie – dopisywało mu szczęście. Były to kluczowe walory, decydujące o sukcesie.
Franciszek Smuda nie potrafi się mądrować w telewizji tak, jak Engel, Strejlau, czy Gmoch. Tamci to zawodowi oratorzy, na każdą sytuacją umieją stworzyć odpowiednią narrację. Jednak każdego z nich boisko zweryfikowało negatywnie, zaś Smudzie, jak do tej pory, w całej jego trenerskiej karierze, dopisywało szczęście.

Piłka nożna jest w sumie bardzo prostą grą. Chodzi w niej o zdobywanie terenu i stwarzanie przewagi liczebnej, w każdej strefie boiska. Można to osiągnąć poprzez dobrą organizację gry, dojrzałe przygotowanie taktyczne, wysokie zaawansowanie w sferze umiejętności technicznych – albo – doskonałe parametry kondycyjne, wydolnościowe, czy motoryczne. Zespoły gorsze pod względem technicznym muszą po prostu „gryźć trawę”, nadrabiać mankamenty czysto piłkarskie świetnym przygotowaniem kondycyjnym, motorycznym, czy szybkościowym. Tylko wówczas przewagę rywala uda się zneutralizować.

Niestety obraz inauguracyjnego meczu z Grecją nie napawa w tym kontekście optymizmem. Przez długi fragment spotkania graliśmy z przewagą jednego zawodnika, jednak na boisku absolutnie nie było tego widać. Powinniśmy łatwo zdobywać teren, stwarzać przewagę liczebną, nękać obronę przeciwnika kaskadowymi akcjami ofensywnymi, tymczasem wrażenie było zupełnie odmienne: takie jak gdyby to Grecy grali z przewagą jednego zawodnika.

W nowoczesnej piłce nożnej nie można mówić o grze defensywnej. Kto nastawia się na remis, ten zawsze przegra. Kto nastawia się na zwycięstwo – wygra, a w najgorszym wypadku zremisuje. Grę defensywną realizuje się na całym boisku; w myśl zasady, że „najlepszą obroną jest atak”. Nie ma też pojęcia pierwszej jedenastki. Można co najwyżej mówić o pierwszej czternastce. W odpowiednich momentach meczu trzeba implementować nowe warianty taktyczne. Nie powinniśmy przez cały mecz trzymać się kurczowo jednego ustawienia 1 – 4 – 2 – 3 – 1. Nowoczesny futbol musi być elastyczny, w trakcie spotkania, w zależności od potrzeb, ustawienie powinno ewoluować w stronę 1 – 4 – 4 – 2; lub 1 – 3 – 5 – 2; czy 1 – 4 – 3 – 3. Pod tym względem tempa gry oraz zmienności sytuacji, piłka nożna coraz bardziej upodabnia się do hokeja na lodzie. W przyszłości przyjdzie taki czas, że władze światowego piłkarstwa wprowadzą do regulaminu tzw. zmiany hokejowe.

Drużyna Franciszka Smudy jest nieobliczalna. To jej największa słabość, ale jednocześnie nieoceniony walor. Paradoksalnie, klucza do sukcesu w spotkaniu z Rosją trzeba poszukiwać na ławce rezerwowych. Jednak zmiany w zestawieniu personalnym muszą mieć miejsce już od pierwszych minut meczu. W miejsce Szczęsnego los już wstawił do bramki Przemysława Tytonia (zobaczycie, że będzie to jeden z najlepszych bramkarzy mistrzostw); na środek obrony zamiast Marcina Wasilewskiego trzeba dać szansę innemu Marcinowi – Kamińskiemu (jest młody, niedoświadczony, ale to są właśnie jego atuty; Władysław Żmuda w 1974 r. również był młody, nie posiadał żadnego doświadczenia, a wyłączał po kolei z gry najgroźniejszych napastników na świecie); w pomocy Smuda powinien w miejsce Polańskiego wystawić ambitnego Matuszczyka; Obraniaka wycofać na pozycję defensywnego pomocnika, zaś w jego miejsce, na środku pomocy, pozwolić poszaleć młodzieńczej fantazji i wypuścić na Rosję Rafała Wolskiego (Kazimierz Deyna grał również w Legii Warszawa); wreszcie na boku pomocy, zamiast słabego w meczu z Grecją Macieja Rybusa, należy wstawić szybkiego jak wiatr Kamila Grosickiego. Jestem pewien, że takie zmiany w składzie sprawią, że polski zespół zagra koncertowo i zepsujemy Rosjanom narodowe święto.

Nie ma się czego bać! Prześledziłem całą historię piłki nożnej. Zazwyczaj na każdych mistrzostwach świata czy Europy, Rosjanie (grając też jako ZSRR czy WNP) rozgrywali jeden znakomity mecz. W 1986 r. w Meksyku rozgromili Węgrów 6-0, jednak w następnym meczu z Francją już tylko zremisowali 1-1, by w 1/16 mundialu odpaść z Belgią. W 1990 r., na boiskach Italii rozgromili rewelację turnieju, Kamerun aż 4-0, ale udział w mundialu zakończyli na fazie grupowej; cztery lata później w USA zmiażdżyli tę samą drużynę, „Nieposkromionych Lwów", jeszcze wyższym stosunkiem bramkowym 6-1, niestety na nic się to zwycięstwo zdało, bo również nie uzyskali awansu z grupy. Na każdej wielkiej imprezie drużyna Sbornej rozgrywała jeden wielki mecz, jednak w kolejnych spotkaniach, powietrze z rosyjskich zawodników uchodziło, forma słabła, zaś dynamika i tempo gry były wyraźnie przez zespół Rosji wytracane. Wyjątkiem od tej reguły stały się jedynie Mistrzostwa Europy w 1988 r., kiedy ekipa ZSRR dotarła aż do finału oraz dwadzieścia lat później w Austrii i Szwajcarii, gdy Rosja znalazła się w półfinale. Jednak i ta tych turniejach, w niektórych pojedynkach, drużyna Sbornej przeżywała wyraźny kryzys. Wydaje się, że największy sukces obecny zespół rosyjski odniósł cztery lata temu. Na EURO 2012 raczej go nie powtórzy; wcale nie muszą wygrać potyczek z Polską i Grecją (niedocenianą, ale to bardzo mocny, świetnie poukładany taktycznie team). Rosyjscy piłkarze są zaawansowani wiekowo, co w miarę rozwoju turnieju może mieć niebagatelne znaczenie.

Mecz z Rosją będzie miał wiele podtekstów – nie tylko politycznych, ale i historycznych. Przed spotkaniem z Rosjanami polscy piłkarze powinni sobie obowiązkowo przybliżyć historię „Cudu nad Wisłą”, przypomnieć najlepsze chwile polskiego oręża i wyprowadzać zabójcze kontrataki „znad Wieprza”. Arbitrem głównym tego spotkania będzie niemiecki sędzia, Wolfgang Stark. Dotychczas gdy on sędziował spotkania polskiej reprezentacji, nasz zespół zawsze wygrywał 2-1: 11 października 2006 pokonaliśmy po wielkim meczu takim stosunkiem bramkowym na Stadionie Śląskim w Chorzowie, faworyzowaną ekipę Portugalii (wówczas czwarty zespół na świecie); dokładnie dwa lata później, na tym samym obiekcie, w obecności tego samego arbitra głównego, uzyskaliśmy identyczny rezultat w rywalizacji z Czechami. Jak będzie 12 czerwca 2012 r.? Historia lubi się powtarzać…

Stark w tłumaczeniu na język polski oznacza moc, siłę. Oby moc (tego dnia i później przez całe mistrzostwa) była z nami!!! Oby zdarzył się drugi „Cud nad Wisłą”, tym razem w wymiarze sportowym. Choć, jeżeli nasza drużyna zagra, to na co ją naprawdę stać, wzniesie się na wyżyny swoich możliwości, to wcale nie musi być cud…