Dobry wojak Witkacy

Co odkrył Pan w Moskwie?

W 1988 r. udało mi się pojechać do Moskwy i dostać się do archiwum. Mnie także nie pozwolono niczego notować i miałem tylko trzy dni. Do obejrzenia były dwie teczki, ale nie zgadzali się dać mi dwóch jednego dnia. Był to czas Gorbaczowa i w Moskwie obowiązywał suchy zakon, czyli nie można było dostać alkoholu. Za to w polskiej ambasadzie w sklepie alkoholu było w bród. Każdego dnia udawałem się do archiwum z siatką, w której były cztery butelki. W recepcji odbierał mnie naczelnik spraw zagranicznych. Nie wpuszczono mnie do samego archiwum, tylko do czytelni w Naczelnej Dyrekcji Archiwów. Temu naczelnikowi dawałem siatkę, a on mi dawał teczki. Pierwszego dnia przyniosłem siatkę, drugiego taką samą, a na pożegnanie powiedziałem, że niestety potrzebuję kserokopii na jutro. Naczelnik zgodził się, ale na za tydzień, więc wyjaśniłem, że wyjeżdżam. Wtedy zaprosił mnie, żebym przyszedł się pożegnać. Wyposażony w siatkę poszedłem do naczelnika się żegnać. Poprosił o podanie adresu, pod który mają mi przysłać kserokopie. Podałem, ale byłem przeświadczony, że po prostu chciał te butelki ode mnie wycyganić. Po dwóch miesiącach na adres redakcji „Sztuki” w Warszawie przyszła gruba koperta, a w niej wszystkie kserokopie. Część ilustracji w książce pochodzi właśnie z tej przesyłki. Uwierzyłem wtedy, że człowiek sowiecki potrafi dotrzymać słowa.

Zwłaszcza, gdy jest zmotywowany. To także dla nas przesłanka, ile jeszcze niezwykle cennych materiałów skrywają rosyjskie archiwa.

W zeszłym roku w Słupsku odbyła się konferencja pt. „Witkacy – co jest jeszcze do odkrycia”. Otóż przede wszystkim jest dokument, o istnieniu którego dowiedziałem się pracując nad zasadami regulującymi życie carskiej armii. Otóż każdemu oficerowi, który rozpoczynał służbę, zakładano zeszyt z opiniami. Ten zeszyt szedł za oficerem, zawsze trafiał w ręce dowódcy. Komandor Zajączkowski z marynarki carskiej wiedział o istnieniu takiego zeszytu, bo innym oficerom takowe wypełniał. Gdy w 1917 r. bolszewicy rozwiązali armię, udał się do sztabu marynarki wojennej. Znalazł swój zeszyt i przywiózł go do Polski. Zeszyt był pusty. Marynarka rządzi się innymi prawami, dowódcom nie chciało się wypisywać opinii. Być może było tak i w przypadku Witkacego. Ale ja wiem, że oficerowie lejbgwardii mieli te zeszyty wypełniane. Lejbgwardia była osobistym wojskiem cara i oczekiwano od niej wzmożonej lojalności. Wymagano nie tylko umiejętności wojskowych, lecz także przywiązania do cara, tronu, wiary prawosławnej, która była ostoją imperium. Wielokrotnie spotykałem się z informacjami, że te zeszyty funkcjonowały i były wypełniane. Witkacy musiał mieć taki zeszyt, tym bardziej, że był cudzoziemcem i tym samym był odrobinę bardziej podejrzany. Ludziom niezwiązanym z historią wojskowości trudno rozumieć, że to, iż Witkacy został oficerem pułku lejbgwardii nie oznaczało, że został lejbgwardzistą. To dwa różne stany. Nie każdy, kto służy w wojskach lotniczych i nosi lotniczy mundur jest lotnikiem i należy do korpusu oficerów lotnictwa. W lejbgwardii było podobnie. Pułki miały w swoim gronie lejbgwardzistów i oficerów zwykłych. Na wojnie większość była już tych zwykłych, bo prawdziwi lejbgwardziści wyginęli w pierwszych kampaniach. To była straszna wojna, a pułki te masakrowano. Prawdą jest, że w czasie pokoju lejbgwardia była elitą kulturalną, towarzyską, materialną, ale na wojnie zawsze szła w pierwszej linii i płaciła największą daninę krwi. Duża część oficerów ginęła i ich stanowiska zajmowali zwykli oficerowie. Witkacy ukończył Szkołę Pawłowską, kurs praporszczyków. Praporszczyk to był najniższy stopień oficerski czasu wojny. Dostał nominację oficerską i został skierowany do uzupełnienia pułku. Pojechał na front jako oficer piechoty służący w pułku lejbgwardyjskim. Generał Zankiewicz, dowódca Pułku Pawłowskiego, bardzo dobry dowódca – szybko dostrzegł, że jest świetnym oficerem i awansował go do stopnia podporucznika. W 1916 r. miał miejsce kolejny awans i tego nikt nie rozumiał. Witkacy został zaliczony w poczet lejbgwardii.