Dziś prawdziwych kapitalistów już nie ma!

Z Elżbietą Mączyńską-Ziemacką rozmawia Roman Mańka

Czy zawirowania gospodarcze można z wyprzedzeniem przewidywać?

Coraz trudniej. Tempo przemian bezprecedensowo narasta, a wraz z nim narasta ryzyko i niepewność. Stad też złośliwi powiadają, że  o prognozach można powiedzieć na pewno tylko tyle, że się na nie sprawdzają. Paradoksalnie jednak, tym bardziej niezbędna jest  refleksja nad przyszłością. Historia dowodzi bowiem, że nic tak dobrze nie czyni teraźniejszości, jak dobrze przemyślana przyszłość. Stąd potrzeba programów strategicznych oraz narzędzi wczesnego ostrzegania przed zagrożeniami dla rozwoju społeczno-gospodarczego. Dotyczy to zarówno sfery makro, jak i mikroekonomicznej. Z tego też wynika rosnące znaczenie modeli wczesnego ostrzegania przed zagrożeniami. W Szkole Głównej Handlowej prowadzimy systematyczne badania  nad bankructwami przedsiębiorstw. Wcześniej, w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN opracowane zostały, pod moim kierunkiem, wielowariantowe modele wczesnego ostrzegania przed bankructwem przedsiębiorstwa. To swego rodzaju predykcyjny termometr dla gospodarki, dzięki któremu można ze znacznym wyprzedzeniem rozpoznać symptomy zagrożeń. Jeśli będąca wynikiem zastosowania modelu wczesnego ostrzegania funkcja przyjmuje ujemne wartości, oznacza to zagrożenie bankructwem.

 Jakie Pani widzi obecnie największe zagrożenia dla polskich przedsiębiorstw?

Problemem dzisiejszego świata jest nie tyle produkcja, bo przy obecnym poziomie technologii świat może wytworzyć dowolną ilość dóbr i usług, co sprzedaż i pozyskiwanie nabywców produktów oraz usług. Zatem podstawowe zagrożenie dla przedsiębiorstw stanowi możliwość utraty rynków zbytu.  Stąd też w ramach działalności gospodarczej odbywa się zażarta walka o rynek. W tym kontekście należy rozróżniać uwarunkowania zewnętrzne, czyli  krajowe i zewnętrzne, w tym eksport. W wymiarze wewnętrznym dzieje się dobrze, dopóki ludzie mają godziwie opłacaną  pracę i spada, a przynajmniej nie rośnie, bezrobocie. Dzięki temu może  utrzymywać się i wzrastać  popyt rynkowy. Silną stroną polskiej gospodarki jest właśnie duży popyt wewnętrzny. Na szczęście polski rynek wewnętrzny jest wciąż silny, choć niewątpliwie 13-procentowe bezrobocie, jakie charakteryzuje Polskę obecnie, jest czynnikiem osłabiającym popyt.

Możemy powiedzieć z niezachwianą pewnością, że popyt wewnętrzny w Polsce jest silny?

Polska nie jest w tak dużym stopniu uzależniona od eksportu, jak niektóre, inne kraje naszego regionu, np., niedaleko szukając, Czechy. Stąd też problemy ze wzrostem gospodarczym, które doskwierają wielu państwom europejskim, nie przenoszą się w szybkim tempie do Polski, ponieważ nie istnieje silne uzależnienie od eksportu. Mniejsze jest  zatem także zagrożenie zarażenia naszego kraju recesją, która dotyka obecnie inne kraje. Naszym podstawowym potencjałem gospodarczym jest bowiem rynek wewnętrzny. On się jednak niestety kurczy, Jeszcze niedawno szacowano bowiem, że w Polska liczy ponad 38 mln mieszkańców, ale dzisiaj statystki wykazują liczbę 37 140 tys. W ślad za ubytkami demograficznymi, zmniejsza się również rynek konsumentów. Jednak choć  mamy poważne problemy demograficzne, to generalnie, wciąż  jesteśmy krajem charakteryzującym się silnym popytem wewnętrznym.

Czy z tego można wyprowadzić wniosek, że zawirowania gospodarcze, przez które obecnie przechodzi Europa, nie odbiją na Polsce negatywnego piętna?

Niestety takie zagrożenie występuje, mimo relatywnie niskiego uzależnienia naszego kraju od eksportu. Wystarczy powiedzieć, że głównym kontrahentem gospodarczym Polski są Niemcy. Jeżeli za naszą zachodnią granicą nastąpiłoby osłabienie wzrostu, dekoniunktura gospodarcza lub recesja, to negatywne konsekwencje takiego stanu rzeczy przełożą się oczywiście negatywnie na naszą sytuację gospodarczą.

Ale wcześniej, podczas pierwszej fazy kryzysu w latach 2008-2009, recesja występująca w Niemczech nie wpłynęła silnie na polską gospodarkę.

 Jednak nastąpiło znaczne spowolnienie wzrostu gospodarczego, choć uniknęliśmy recesji. Stało się tak dlatego, że Polacy są w dalszym ciągu konkurencyjni płacowo, chociaż już w coraz mniejszym stopniu. Świat ulega procesowi pogłębiającej globalizacji i siłą rzeczy różnice w poziomach płac między  poszczególnymi krajami ulegają spłaszczeniu; choć może nie w tak szybkim tempie jakbyśmy oczekiwali. W gruncie rzeczy, Niemcy zarabiają znacznie więcej niż my, a w dodatku niektóre artykuły spożywcze oraz produkty są tam tańsze, co  zwiększa różnice w poziomie zamożności na naszą niekorzyść.

W jaki sposób konsumpcja i sprzedaż mogą wpływać na polską sytuację gospodarczą?

Konsumpcja napędza produkcję i sprzedaż, a tym samym wzrost gospodarczy. Zaś pogorszenie na rynku przekłada się negatywnie na poziom produktu krajowego brutto (PKB). Zatem, oczkiem w głowie polskich przedsiębiorców powinno być utrzymanie i pozyskiwanie zarówno rynków wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Mówiąc w uproszczeniu, zagrożeniem dla rynku wewnętrznego jest bezrobocie. Zaś zagrożeniem dla eksportu jest obok słabnącej zagranicą koniunktury,  niekorzystne kształtowanie się kursu walutowego. Eksporterom, w przeciwieństwie do importerów, sprzyja osłabianie kursu naszej waluty, z czym obecnie mamy właśnie do czynienia.

Czy kondycja polskich przedsiębiorstw jest zadowalająca?

Wciąż powtarzam, że gospodarka to nie western. W gospodarce bowiem rzadko kiedy dominuje obraz całkowicie czarny albo całkowicie biały. Gdy umacnia się kurs złotego, importerzy płacą w przeliczeniu na  złotówki mniej za importowane dobra, zaś  eksporterzy osiągają mniejsze dochody z eksportu. Zatem to co sprzyja importerom oddziałuje negatywnie na eksporterów. Weźmy na przykład sytuację „KROSNA”, spółki, która produkuje i eksportuje piękne oraz cenione w świecie  wyroby szklane, przy użyciu – mówiąc w uproszczeniu – głownie piasku, wody oraz nakładów ludzkiej pracy. Umacnianie się polskiej waluty wpływa negatywnie na sytuację ekonomiczną tego przedsiębiorstwa, bo wpływy z eksportu (przy założeniu, że jego wielkość w wymiarze ilościowym się nie zmieni), w przeliczeniu na złotówki maleją; Amortyzatorem w takiej sytuacji może być  import surowców,  który wskutek umocnienia złotego tanieje, ale „Krosno” bazuje głównie na surowcach krajowych, a nie na imporcie. Pozbawione jest zatem tego typu amortyzatora. Zatem nie istnieje prosta odpowiedź na pytanie, które czynniki w największym stopniu zagrażają polskim przedsiębiorstwom. To co dla jednych jest zagrożeniem, dla innych może okazać się atutem. Gdy złoty ulega wzmocnieniu, importerzy zacierają ręce, zaś eksporterzy mają wówczas powody do zmartwień. Nie można stosować zbyt daleko posuniętych uogólnień w stylu, że jest dobrze albo źle. Rzeczywistość gospodarczą charakteryzuje bowiem szeroka paleta kolorów.

Czy badając polskie przedsiębiorstwa można zauważyć ślady kryzysu z 2008 i 2009 r.?

Niektóre przedsiębiorstwa nie odczuły kryzysu, wprawdzie są takie, które straciły, ale z drugiej strony są też takie, które zarobiły. W Polsce nie było w tym czasie recesji lecz nastąpiło spowolnienie gospodarcze, wobec tego, gospodarka nie kurczyła się lecz przyrastała, choć wolniej niż przed kryzysem globalnym. W przedkryzysowym 2007 r. produkt krajowy brutto (PKB) zwiększył się w  stosunku do roku 2006 o  6,9 proc., a w 2008 już tylko o 5,1. Najtrudniejszy był rok 2009, kiedy to przyrost PKB wynosił tylko 1,6 proc. Poprawa nastąpiła w 2010 r, który przyniósł 3,9 proc. wzrostu PKB. W minionym, 2011 r., wzrost PKB ukształtował się na poziomie  około 4 proc. Dane te wskazują, że nawet podczas kryzysu gospodarka przyrastała. Pokrywa się to  z opiniami wielu (choć oczywiście nie wszystkich) przedsiębiorców, którzy twierdzą, że nie odczuli poważniejszych problemów gospodarczych, związanych z kryzysem globalnym.

Jednak istnieją również odmienne opinie. Np. prof. Gomułka uważa, że spowolnienie gospodarcze odbiło się na produkcji przemysłowej. Poza tym, wskazuje on na jeszcze jedno ważne kryterium: sytuację gospodarczą danego państwa należy oceniać przez pryzmat odchylenia od naturalnej stopy wzrostu, mającej miejsce w czasie koniunktury;  skoro w 2006 r. mieliśmy PKB na poziomie 6,2, a w 2007, jeszcze wyżej, bo 6,8; to spadek w czasie kryzysu sięgnął ponad 5 punktów procentowych.

Rzeczywiście różnica w zakresie przyrostu PKB polskiej gospodarki, pomiędzy okresami koniunktury, a spowolnieniem gospodarczym była znacząca. Jeżeli porównamy poziom 6,8 proc. w najlepszym roku 2007 i 1,6 w najgorszym, 2009 r., to spadek tempa wzrostu sięgał 5,2 punktów procentowych. Ale podobne, a nawet w niektórych przypadkach jeszcze większe spadki tego wskaźnika cechowały też kraje, które dotknięte zostały recesją  Np. Niemcy w roku 2007 wykazywały w relacji do roku poprzedniego przyrost PKB o 3,7 proc., zaś w najgorszym 2009 r. PKB skurczył się o 5,1 proc. Oznacza to, że w okresie 2007-2009 nastąpiło pogorszenie dynamiki PKB o 8,8 punktów proc., czyli w większym wymiarze niż w Polsce. Rozpiętość między tempem przyrostu PKB w roku przedkryzysowym, w porównaniu z najgorszym rokiem kryzysu, była w Polsce, co prawda znacząca, ale w wielu krajach, które doznały recesji była albo większa (jak np.  w Niemczech, czy Dania) albo jedynie nieznacznie mniejsza ( jak np. we  Francji). Najważniejsza jest jednak okoliczność, że mimo globalnego kryzysu, nieustannie znajdowaliśmy się na ścieżce wzrostu. Wciąż zatem następowały przyrosty poziomu krajowego bogactwa, wciąż bogaciliśmy się, choć wolniej niż przed kryzysem. Jeżeli bowiem ktoś, na przykład w przedkryzysowym 2007 r. zarabiał o 7 proc. więcej w stosunku do roku  2006, a w roku najgłębszego kryzysu zarabiał tylko o  2 procent więcej w stosunku do roku poprzedniego, to jednak w dalszym ciągu uzyskiwał przyrosty plac, choć następowały one w tempie o 5 punktów procentowych mniejszym aniżeli przed kryzysem. Taka jest logika liczbowa,  jakkolwiek boleśnie nie byłby odczuwalny spadek tempa wzrostu zarobków.

Czy można było przewidzieć wcześniej, że Polska tak dobrze poradzi sobie z kryzysem?

Uniknięcie przez Polskę recesji było w pewnym sensie zaskoczeniem dla świata. Światowe prognozy dla Polski nie były tak optymistyczne. W tym przypadku na szczęście prognozy się nie sprawdziły. Już powiedziałam wcześniej, że o prognozach ekonomicznych da się powiedzieć na pewno jedynie tyle, że przeważnie nie pokrywają się z rzeczywistością. To ewidentnie widać w dokumentach publikowanych przez najbardziej zaawansowane badawczo i prognostycznie instytucje, takie jak np. Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, czy Komisja Europejska. Zarówno przed wybuchem kryzysu, jak i w trakcie jego trwania, prognozy dla Polski okazywały się zawsze zaniżone. I oby tak pozostało tzn., że polska rzeczywistość okazywała się będzie lepsza niż wynikałoby z prognoz. Zarazem jednak te błędy w  międzynarodowych prognozach dla Polski wskazują, że potencjał rozwojowy naszego kraju jest wciąż  niedoszacowany. Jednak wiele wskazuje, że potencjał ten jest znaczny, choć zrazem, niestety, w dużym stopniu marnotrawiony. Polskę bowiem cechuje niski poziom jakości rządzenia, borykamy się ze złym prawem, biurokracją, pochłaniają nas rozmaite wojny polityczne. To wszystko  bezpowrotnie zabiera nam czas i osłabia kreatywność, a zatem i możliwości rozwoju.

W czym Pani upatruje polski potencjał?

Przede wszystkim w ludziach: zdolnych, kreatywnych, wykształconych, mających wysokie aspiracje rozwojowe i majątkowe, co kreuje popyt. Są to świetni klienci rynkowi, dążący do poprawy swojego statusu materialnego. Jesteśmy wciąż krajem na dorobku. Ludzie nadal chcą kupować, w dalszym ciągu istnieją ogromne obszary niezaspokojonych potrzeb materialnych innych. Cały czas nadrabiamy zaległości konsumpcyjne oraz inwestycyjne, odziedziczone w spadku po minionym systemie nakazowo-rozdzielczym; jest to dziedzictwo permanentnego niedoboru. Ludzie mają wciąż duże apetyty konsumenckie, w odróżnieniu od – mówiąc w przenośni – przejedzonych, bogatych społeczeństw Zachodu. W większości krajów wysoko rozwiniętych, w tym „starej Unii”, pozostałością po szalejącym konsumeryzmie jest przesyt, czy wręcz swego rodzaju kac: bo w końcu ile można jeść tego przysłowiowego kawioru – jednego z najbardziej wymownych symboli bogactwa i rozpasanej konsumpcji? W tym sensie, motywacja do wzrostu konsumpcji maleje. Zaś ludzi, którzy w życiu kawioru (metaforycznie pojmowanego) jeszcze nie skosztowali, przeważnie mają silniejszą ukierunkowaną na dobrostan motywację do pracy, aby więcej zarobić i zasmakować dostatniego, bogatszego życia. To oczywiście uproszczony obraz, bo trzeba pamiętać, że w Polsce występują ogromne, jedne z największych w Europie, nierówności dochodowe. W gospodarstwach domowych wiele jest rodzin, które ledwo wiążą koniec z końcem. Ale niezaspokojone potrzeby, to zarazem potencjał rynkowy; potencjalny, choć jeszcze niepoparty pieniądzem, popyt, Te apetyty konsumpcyjne są siłą, która – przy racjonalnej polityce społeczno-gospodarczej może napędzać naszą gospodarkę. Opinia o sile polskiej gospodarki nie przebija się jednak łatwo do świadomości społecznej, tym bardziej, że historycznie utrwaliło się pejoratywne rozumienie pojęcia „polnische Wirtschaft”, jako synonimu polskiej niegospodarności. Termin ten powoli, pod wpływem  niekwestionowanych dokonań gospodarczych naszego kraju, staje się  na szczęście coraz bardziej archaiczny.

Cieszę się, że postrzega Pani Polskę jako kraj niedoceniany, z wielkimi możliwościami rozwojowymi. Ale z drugiej strony, znam opinie ekonomistów uważających, że Polska jest krajem przecenionym, że wiele poważnych problemów i wyzwań pozostaje niezauważanych. Wskazuje się m.in. na głęboką polaryzację pomiędzy obszarami metropolitarnymi (Warszawa, Kraków, Wrocław, Gdańska), a przestrzenią polskiej prowincji. W wielu miejscach naszego państwa jest nadal bieda.

Polska posiada potencjał w postaci położenia geograficznego, warunków klimatycznych,   wykształconych ludzi, rosnącej mobilności społeczeństwa i wynikających stąd możliwości pracy  zagranicą oraz inwestowania zarobionych pieniędzy w naszym kraju.

Nie bez znaczenia jest też historycznie uwarunkowana umiejętność elastycznego reagowania (słynna przypisywana Polakom zdolność do improwizacji) na zagrożenia i przystosowywanie się do zmian. Oznacza to tym samym otwartość na nowe trendy, co zwiększa możliwości wykorzystania szans, jakie stwarza przełom cywilizacyjny, a także kształtujący się nowy, oparty na technologiach informacyjnych model gospodarki – w tym gospodarki zwirtualizowanej (wikinomii oraz makrowikinomii).

Można jeszcze dodać intensyfikację inwestycji w infrastrukturę (m.in. dzięki dofinansowywaniu ze środków unijnych), co generuje mnożniki inwestycyjne, przekładając się na dodatkowe impulsy wzrostu produktu krajowego brutto, determinującego poziom krajowego bogactwa;

Ale potencjał  rozwojowy wynika również „renty zacofania” i możliwości dokonywania, w różnych dziedzinach tzw. żabiego skoku, czyli możliwości przejścia od razu do wyższych faz rozwoju z pominięciem faz pośrednich, przez które wcześniej przechodziły kraje wyżej rozwinięte. Jest to możliwe dzięki wykorzystywaniu doświadczeń innych krajów, co skraca czas dochodzenia do wyższego poziomu oraz zmniejsza ryzyko błędów, dzięki uczeniu się na błędach innych.

Jednak, z drugiej strony występuje cały katalog negatywnych zjawisk, które powodują, że istniejące walory są marnotrawione. Mamy bowiem w Polsce do czynienia z dużym bezrobociem, a także  wielkimi dysproporcjami społeczno-ekonomicznymi, które niestety rosną. Współczynnik Giniego (wskaźnik mierzący poziom nierówności społecznych, przyp. red.) pnie się w górę. Po jednej stronie są przejedzeni bogacze; zaś po drugiej ludzie, którym często niemalże na konieczne codzienne wydatki nie starcza. Tymczasem, popyt tworzą masy, a nie bogata elita. Ona kreuje  jedynie pewien wąski rodzaj popytu ekskluzywnego. Natomiast ludzie, którzy z trudem wiążą koniec z końcem, każdą zarobioną złotówkę natychmiast kierują do sklepu. I właśnie te środowiska, mniej bogatsze, w największym stopniu nakręcają koniunkturę gospodarczą. Dlatego też wysoce skontrastowane, duże  rozwarstwienie społeczno-ekonomiczne jest w Polsce poważnym problemem, stanowi bowiem, barierę popytu.

Jednak szczególnie trudnym problemem, którego rozwiązanie wymaga z natury dłuższej perspektywy, są przemiany demograficzne, w tym przede wszystkim  zbyt niska rozrodczość oraz niski przyrost naturalny.

Rząd zaproponował rozwiązanie. Jak Pani ocenia propozycję 2 x 67, czyli zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn? Koalicja PO-PSL przeforsowała już w Sejmie odpowiednią ustawę w tej sprawie.

Reforma zorientowana na wydłużenie wieku emerytalnego pozostaje w zgodzie z faktem wydłużania się długości życia ludzi, i w tym sensie jest uzasadniona. Ale ona nie może abstrahować od realiów rynkowych i społecznych, w tym przede wszystkim wysokiego bezrobocia. Dlatego też, należy tę propozycję powiązać z czasem pracy i pozostawić ludziom względną swobodę wyboru. Jeżeli ktoś przepracuje odpowiednią, wymagana w przepisach prawa, graniczna liczbę lat, powinien dysponować prawem wcześniejszego przejścia na emeryturę. Taka elastyczność wymaga  wyrazistego uzależnienia wysokości  świadczenia emerytalnego od długości okresu aktywności  zawodowej, wg zasady: tym wyższa emerytura im dłuższy okres pracy. Jednak wydłużanie wieku   emerytalnego wymaga ponadto szeregu głębokich zmian w kształtowaniu rynku pracy, systemie ochrony zdrowia oraz w polityce  demograficznej. Jeśli bowiem brakować będzie miejsc pracy, to  przy wydłużeniu wieku emerytalnego mogą wzrastać wydatki budżetu państwa, związane z pomocą dla bezrobotnych, czy inną pomocą socjalną. Z kolei, nieprawidłowości w systemie ochrony zdrowia mogą negatywnie wpływać na kondycję zdrowotną społeczeństwa i zmniejszyć możliwość utrzymywania aktywności zawodowej,  a tym samym wpływać na konieczność wzrostu nakładów budżetowych na renty i inne świadczenia zdrowotne.

Obecna propozycja rządu jest poważna?

Sama idea wydłużenia wieku emerytalnego jest, ogólnie, zasadna i wobec obecnego, niekorzystnego stanu  budżetu państwa i niekorzystniej sytuacji demograficznej, w tym rosnącej liczby emerytów, wręcz nieuchronna. Dorobkiem, ale także wielkim osiągnięciem cywilizacyjnym jest bowiem fakt, że współcześnie ludzie żyją dłużej, a przy tym, wskutek postępu technologicznego, korzystnie zmieniają się warunki pracy. Można, w związku z tym zakładać, że z wyjątkiem tzw. zawodów uciążliwych, skłonność oraz chęć ludzi do wydłużenia okresu aktywności zawodowej będzie rosła. Na rynku pracy pojawia się coraz więcej zajęć, które angażują szare komórki, a nie mięśnie. Praca fizyczna jest stopniowo wypierana przez różnego rodzaju wynalazki techniczne, co widać na każdym kroku. W takich warunkach, wydłużenie wieku emerytalnego jest krokiem kierunkowo słusznym i niezbędnym. Tyle tylko, że ludziom powinno się pozostawić pewien obszar swobody wyboru rozwiązań emerytalnych. Osoby, które osiągnęły określony próg lat pracy oraz prawo do otrzymania minimalnego chociażby świadczenia emerytalnego, a także chcą przejść na tę niską, minimalną emeryturę, powinni mieć taką możliwością. W tej sprawie istnieje wiele rozmaitych, możliwych do realizacji wariantów rozmaitych rozwiązań.

Nie uważa Pani, że w gospodarce funkcjonuje zbyt wiele regulacji prawnych?

W Polsce prawo gnije! Mamy do czynienia z inflacja prawa. Wiele aktów prawnych tworzonych w ramach procesu legislacyjnego, tuż po ich wdrożeniu, wymaga poprawek i uzupełnień. Obecnie tocząca się, pełna kontrowersji, dyskusja na temat ograniczenia liczby zawodów regulowanych, także uwidacznia nieprawidłowości w systemie prawnym. Wskazuje się m.in., że np. w Szwecji jest około 90 zawodów regulowanych, zaś w Polsce ponad 300. Z tego wynika, nie pozbawiony  ogólnej zasadności wniosek, o  konieczności zmniejszenia liczby zawodów regulowanych w naszym kraju. Nie można jednak pominąć faktu, że szwedzki system stanowienia i egzekwowania prawa jest znacznie sprawniejszy od naszego. Przy obecnych, charakterystycznych dla Polski   dysfunkcjach prawa oraz sądownictwa, odejście od regulacji niektórych zawodów może być czynnikiem obniżającym jakość świadczonych przez te zawody prac i osłabiającym ochronę interesów klientów. Może też ich narażać na zwiększone ryzyko strat, a także innych szkód. Jest wysoce prawdopodobne, że roszczenia odszkodowawcze, w sytuacji znacznej niesprawności sądów i nieprzejrzystości regulacji prawnych, nie będą należycie traktowane. Jest to prawdopodobne tym bardziej, jeśli uwzględnić cechujący Polskę, raczej niski poziom znajomości prawa oraz ekonomii, jak również wiedzy obywatelskiej. Rozwiązaniu tego problemu nie sprzyja fakt, że regulacje prawne stają się coraz mniej przejrzyste i zrozumiale dla ludzi.

A mimo to mówi się, że budujemy gospodarkę opartą na wiedzy… 

Rzeczywiście, choć powoli i z różnym w poszczególnych regionach natężeniem. Mimo wszystko, przechodzimy na nowy model gospodarki – niezbyt fortunnie określany jako tzw. „gospodarka oparta na wiedzy”. Wiedza nie jest jednak niestety synonimem mądrości. Można mieć ogromną wiedzę i informacje, a postępować niemądrze. Tworzymy gospodarkę opartą na wiedzy, ale nie na mądrości. Dowodem na taką prawidłowość są chociażby błędy popełniane w ramach projektów informatyzacji gospodarki. Wiedza i zasoby dostępnych informacji wciąż rosną, podwajając się niemalże co roku. Występuje wręcz zjawisko korka informacyjnego. Czas przeznaczony na poruszanie się w gąszczu informacji  niekiedy niszczy kreatywność,  miażdżąc strefę czasu wolnego, która przecież jest niezbędna dla twórczego myślenia. Stąd narastające zjawisko  niespójności, dychotomii wiedzy i mądrości.

Ale to zjawisko już od dawna w Polsce miało miejsce. Doprowadzono do upowszechnienia wyższego wykształcenia, formalnie niebawem każdy będzie posiadał dyplom wyższej uczelni, tymczasem reguła zapożyczona z fizyki mówi: „masa ciągnie w dół”. Czy wykształcenie wyższe nie powinno mieć charakteru elitarnego?

Nie wszyscy muszą być magistrami. Oczywiście nikomu nie można zabronić studiować na wyższej uczelni, ale trzeba stworzyć i konsekwentnie egzekwować odpowiedni system wymagań. Tymczasem, oczekiwania wobec studentów ulegają obniżeniu. Obecną sytuację w szkolnictwie wyższym oceniam krytycznie. System boloński, na który aktualnie przechodzimy, jest silnie sformalizowany, zbiurokratyzowany, obciążony nadmiernym ciężarem testowego sprawdzania wiedzy, a przede wszystkim wyrządza szkodę w strukturze owiązywania bezpośrednich relacji naukowych oraz kontaktów studentów z kadrą dydaktyczną. Nie idzie w kierunku rozwijania stosunków typu mistrz-uczeń. Przy braku takich relacji, cały proces studiowania można łatwo sprowadzić do odhumanizowanej formuły internetowej uczelni, funkcjonującej w systemie online. Ten kierunek nie sprzyja kreatywności i prawdziwemu rozwojowi intelektualnemu studentów.  Szalenie ważny jest bowiem poziom nauczania. Skądinąd w Szkole Głównej Handlowej zaobserwowaliśmy pewną znamienną sytuację: kiedy matematyka została wyeliminowana z matury, natychmiast to odczuliśmy – poprzez pogorszenie się poziomu przygotowania absolwentów pochodzących z tych od-matematyzowanych szkół. Niektórzy z nich nie wiedzieli co to jest procent; dla nich to nie była jedna setna całości, tylko odpowiedni klawisz w komputerze. Nawet, gdy trzeba było obliczyć 10 proc. od określonej sumy, posiłkowali się kalkulatorem. A przecież matematyka opiera się na abstrakcji i umiejętności identyfikowania rozmaitych współzależności, logicznych związków. Dlatego też uważam, że dokonujące się procesy globalizacji oraz standaryzacji w szkolnictwie wyższym nie sprzyjają prawdziwemu, pełnemu rozwojowi intelektualnemu. Zastępuje go proces edukacyjnej mcdonaldyzacji. W konsekwencji nawarstwionych, wieloletnich zaniedbań, ale i niefortunnych reform edukacyjnych w Polsce, mamy do czynienia z rozmaitymi paradoksami. Z jednej strony, występuje zjawisko ,w niektórych grupach  społecznych, nawet wśród nauczycieli, analfabetyzmu i cyfrowego, charakteryzującego ludzi którzy nie tykają komputerów ani innych komputerowych urządzeń; z drugiej zaś strony, mamy nierzadko do czynienia z „cyborgami”, którym, gdy się wyłączy komputery, to  zarazem wyłączają im się mózgi. Internet jest wspaniałym wynalazkiem, pokazuje wymiary życia i daje ogrom nowych  możliwości pracy oraz nauki, ale użytkowany niewłaściwie może zabijać kreatywność i intelekt.

Czego we współczesnej gospodarce należy się najbardziej obawiać?

Jednym z największych zagrożeń występującym we współczesnym świecie, nie do końca uświadamianym przez biznes, jest fakt, że znajdujemy się w okresie przełomu cywilizacyjnego, tzn. przechodzimy od modelu industrialnego do rzeczywistości bliżej niezdefiniowanej. Jedni nazywają ten stan trzecią rewolucją przemysłową, gospodarką opartą na wiedzy; inni wikinomią, czy makrowikinomią. To są kategorie do końca niezdefiniowane. Mówimy, że żyjemy w systemie kapitalistycznym, jednak dziś prawdziwych kapitalistów, w klasycznym rozumieniu, już prawie nie  ma. Podstawową cecha kapitalizmu jest bowiem prywatna własność środków produkcji. Ale w epoce Internetu podstawowym środkiem produkcji staje się informacja i wiedza, czyli mózgi.  Wiedza staje się uniwersalną „obrabiarką” W warunkach nasilającego się trendu i żądań otwartości dostępu do wiedzy oraz informacji, problematyczna staje się klasyczna definicja kapitalizmu. Każdy, kto nabył akacje spółek zostaje ich współwłaścicielem, czyli kapitalistą. Stąd też kapitalizm, z dominacja kapitału akcyjnego, określany jest jako kapitalizm ludowy – właśnie ze względu na powszechność dostępu do akcji. Ale tacy „ludowi kapitaliści” w niewielkim stopniu przypominają kapitalistów klasycznych. Akcjonariusze mają bowiem bardzo ograniczony wpływ na to co się dzieje w spółkach, których akcje posiadają. Decydują menedżerowie – stad alternatywna nazwa – kapitalizmu menedżerskiego.

Wielu ekonomistów sygnalizuje fakt, że sektor finansowy przerósł realną gospodarkę?

Sługa stał się Panem, czyli gospodarka realna została podporządkowana sektorowi finansowemu. Tymczasem w zdrowym systemie ekonomicznym, powinno być na odwrót. Sektor finansowy nadmiernie się rozrósł, kosztem sektora realnego. W książce współautorstwa Nouriela Roubiniego, pt. „Ekonomia kryzysu”, przywołuje się model tradycyjnej bankowości, sugerując zasadność powrotu do niej i znacznego ograniczenia inwestycji spekulacyjnych. Ta tradycyjna, „nudna” bankowość wyraża się w formule  3 → 6→ 3. Oznacza to, że bankier powinien przyjmować depozyty na  3 proc.; na 6 udzielać pożyczek, a od 3 (popołudniu) relaksować się na polu golfowym. Tak mniej więcej postrzegana była kiedyś tradycyjna bankowość. Łączyła podmioty mające nadwyżki pieniędzy z tymi, które inwestowały i miały ich za mało. Natomiast dzisiaj na tym łączu pojawia się cały szereg pośrednich obrotów, tylko po to aby pomnażać wirtualne pieniądze i pobierać z tego tytułu prowizje oraz procenty. Stąd też w gospodarce rośnie liczba rozmaitych form pośrednictwa, wskutek czego wydłuża się „łańcuch żywieniowy” – do wyżywienia, czyli sfinansowania w sferze realnej gospodarki.

Jednak pośredników nie może być więcej niż tych którzy wytwarzają produkty bądź usługi?

Ale jest więcej!

Na czym polega istota tzw. inwestycji spekulacyjnych?

Kluczowym czynnikiem są wahania kursów akcji czy waluty. Spekulanci nie są zainteresowani stabilnością gospodarki, bo zarabiają na różnicach kursów i cen. A zarabiają zawsze, gdyż  pobierają od zawieranych transakcji gwarantowane umową prowizje. Zatem są zainteresowani fluktuacjami na rynkach finansowych, bo żyją z wahań kursów oraz cen. Natomiast w interesie strefy realnej jest osiągnięcie stabilnej perspektywy. Inwestujący w maszyny, czy inne obiekty niezbędne do prowadzenia biznesu chcą widzieć, czy będą mogli w przyszłości odpowiednio określone obiekty wykorzystywać. Realna gospodarka potrzebuje dłuższej perspektywy i  stabilizacji. Co prawda, Keynes zwracał uwagę, że w dłuższej perspektywie wszyscy będziemy martwi, ale jednak w gospodarce realnej, niezbędny jest dłuższy horyzont, niż w inwestycjach spekulacyjnych. Tymczasem sektor finansowy nie jest zainteresowany stabilizacją, gdyż zarabia na destabilizacji. Jego siła jest obecnie tak duża, że może trząść całym światem. Spekulacyjnym  atakom sektora  finansowego nie udało się zapobiec nawet w tak stabilnym gospodarczo i dobrze rządzonym państwie, jak Szwajcaria. Frank szwajcarski był bowiem ofiarą tego typu ataków. Pokazuje to, że w gospodarce globalnej powstała głęboka, zagrażająca harmonijnemu rozwojowi, nierównowaga w relacjach pomiędzy realną gospodarką, a sektorem finansowym.

Jak Pani, jako ekspert, ocenia polityką obecnego rządu, te poprzednie cztery lata, i to co się dzieje obecnie?

Z ekonomicznego punktu widzenia mogę powiedzieć, że polska gospodarka radziła sobie dobrze z globalnym kryzysem, i to mimo dysfunkcji rządu. Niezależnie od błędów w stanowieniu prawa, niewłaściwych przepisach, niesprawnym sądownictwie, polska gospodarka się rozwijała.. Niestety, rząd niczego nie uczynił na rzecz upraszczania czy przejrzystości prawa. Ciągle „doszywane” są nowe przepisy, wprowadzające rozmaite rozwiązania, co tworzy dziurawy, źle zszyty, patchwork. Np., wszystkie regulacje dotyczące podatku VAT liczą sobie łącznie już kilka tysięcy stron, w tym  sama ustawa liczy ich ponad 180. Taka obfitość, żeby nie powiedzieć biegunka regulacyjna, to  zaproszenie dla manipulowania prawem. Rząd nie zajął się także skrupulatną analizą skuteczności regulacji oraz czynników kształtujących wielkość, jak również strukturę wpływów podatkowych. Procesy globalizacji powodują, że podatki mogą migrować – w spółkach globalnych łatwo bowiem o transfer zysków i kosztów. Istnieją przecież tak zwane raje podatkowe. Być może, korzystający z nich przedsiębiorcy chcieliby płacić podatki we własnym kraju, ale zniechęca ich mitręga podatkowa, zawiłość przepisów i nieprzejrzystość prawa. W tym zakresie, rząd nie podjął prawie żadnych, skutecznych działań! Jeżeli gospodarka funkcjonuje i rozwija się nieźle w tak  niesprzyjających warunkach instytucjonalno-prawnych, a także w warunkach tak silnych barier (w tym biurokratycznych), to tylko potwierdza siłę gospodarczą i potencjał rozwojowy kraju. A zatem bardziej funkcjonalne regulacje i formuły rządzenia, to jeden z podstawowych warunków   wyzwolenia, wciąż jeszcze wielkich i pozostających do wykorzystania rezerw potencjału gospodarczego Polski.

prof. Elżbieta Mączyńska-Ziemacka, ekonomistka, kierownik wielu projektów badawczych i autorka ponad 200 publikacji naukowych w Polsce i poza granicami kraju. Jest prezesem Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Ukończyła studia ekonomiczne na Uniwersytecie Warszawskim. Jest kierownikiem Katedry Zarządzania Finansami Przedsiębiorstwa    oraz kierownikiem studiów podyplomowych o profilu „Wycena nieruchomości” w Szkole Głównej Handlowej. Jest również pracownikiem naukowym w Polskiej Akademii Nauk. Przez ponad dziesięć lat, w okresie 1994-2005 była sekretarzem naukowym Rady Strategii Społeczno-Gospodarczej przy Radzie Ministrów. Specjalizuje się w dziedzinie analizy ekonomicznej, finansów i wyceny przedsiębiorstw, wyceny nieruchomości, systemów gospodarczych, a także strategii rozwoju społeczno-gospodarczego.