Energetyczne trio

Turecka polityka względem basenu Morza Śródziemnego przeżywa w ostatnim czasie spore trudności. Wszystko za sprawą ogromnych złóż surowców energetycznych, które są systematycznie odnajdywane we wschodniej części akwenu. Co ciekawe, punktem centralnym nowych problemów Ankary okazuje się Cypr.

Relacje Turcji z Cyprem od lat cechują się napięciem. Wszystko z powodu podziału etnicznego wyspy pomiędzy zamieszkującą jej północną część ludnością pochodzenia tureckiego, a dominującymi nad resztą terenu Grekami. Ta różnorodność od wielu lat rzutuje na sytuację wewnętrzną kraju, a także jego relacje ze światem zewnętrznym. Punktem kulminacyjnym problemów w relacjach z Ankarą były lata 70. zeszłego stulecia. Wówczas to Turcy siłą oddzielili północ Cypru od reszty kraju, ustanawiając nieuznawane nigdzie na świecie (poza samą Turcją) państwo: Turecką Republikę Cypru Północnego.

Nowy wymiar sporu
Od ponad trzydziestu lat Ankara i Nikozja starają się dojść do porozumienia w sprawie rzeczywistego statusu politycznego wyspy. Czy na jej terenie mieszczą się dwa państwa cypryjskie? Czy może jedno, które wymaga wspólnego zarządzania, tak aby reprezentowało interesy wszystkich cypryjskich grup etnicznych, a nie tylko dominujących Greków? Problem – co zrozumiałe – jest na tyle skomplikowany i delikatny, że w jego rozwiązanie od dawna angażują się liczne podmioty i organizacje międzynarodowe, z Organizacją Narodów Zjednoczonych na czele. W ostatnich miesiącach turecko-cypryjski spór nabrał jednak nowego wymiaru. Wszystko z powodu niedawnych odkryć ogromnych złóż surowców energetycznych zlokalizowanych w pobliżu południowego wybrzeża Cypru. Według pierwszych, szacunkowych założeń, pokłady gazu ziemnego tylko w jednym z badanych obszarów (określanym jako Blok 12/pole gazowe Afrodyty) są na tyle duże – 200 mld m3 gazu – że ich wykorzystanie zaspokoi zapotrzebowanie energetyczne Cypryjczyków na kilkadziesiąt lat. Biorąc pod uwagę wszystkie podmorskie złoża będące w zasięgu mieszkańców wyspy, przed Nikozją rysuje się niezwykle miła perspektywa niezależności energetycznej rozłożonej na około 150 lat, a także możliwości eksportu ogromnych ilości surowca za granicę. To co cieszy Cypryjczyków, Turków wręcz przeraża. Kształtowana od lat pozycja ich kraju w regionie w dużej mierze oparta była właśnie o kwestie energetyczne, w tym zwłaszcza połączenia (jako państwo tranzytowe) dostawców surowców takich jak ropa naftowa i gaz ziemny z regionu Azji Centralne j i Kaukazu z ich europejskimi odbiorcami. Perspektywa bogatego w surowce Cypru, skłonnego dzielić się swoimi skarbami z pełnymi pieniędzy Europejczykami jest więc Ankarze wybitnie nie na rękę. I nie chodzi tu tylko i wyłącznie o kwestie godzenia takiej perspektywy w ich własne, rozwijane przez lata, interesy. Eksportujący ropę i gaz Cypr, to Cypr bogaty i z o wiele większymi koneksjami politycznymi niż obecnie. A to z kolei oznacza większa asertywność i siłę nacisku Nikozji w dalszych sporach o status prawny wyspy.

Region szczęściarzy
Problemy Turcji nie ograniczają się jednak tylko do Cypru. Odkrycia surowców energetycznych na wschodnim Morzu Śródziemnym dotyczą praktycznie wszystkich państw regionu. Własne zasoby szacuje (i to z zadowoleniem) Izrael. Według wstępnych danych Tel Awiw będzie mógł liczyć na eksploatację co najmniej 750 mld m3 gazu ziemnego (według pomiarów ze złóż Tamar i Leviethan). Pozwoli to Izraelczykom na uzyskanie tego, czego od dawna pragnęli – niezależności energetycznej. W chwili obecnej Tel Awiw jest w dużym stopniu uzależniony od dostaw gazu ziemnego z Egiptu. Blisko 40 proc. wykorzystywanego w Izraelu surowca pochodzi z egipskich złóż. Nie jest to dużo, jeżeli weźmie się pod uwagę fakt, że jedynie 36 proc. izraelskiej energii elektrycznej pochodzi od tego surowca. Mając jednak na uwadze przewidywania specjalistów, twierdzących iż w niedalekiej przyszłości odsetek ten wzrośnie aż do 70 proc., poziom uzależnienia od Egipcjan znacznie wzrasta na niekorzyść Izraelczyków. Jest to niepokojące, zważywszy z jednej stron na stałe ryzyko sabotowania instalacji przesyłowych zlokalizowanych na Półwyspie Synaj (do ataków na rury przesyłowe oraz ich czasowego wyłączenia dochodzi regularnie od lat), a także polityczną niestabilność wewnątrz samego Egiptu, jako konsekwencję obalenia w zeszłym roku prezydenta Hosniego Mubaraka. Perspektywa eksploatacji własnych złóż pod dnem Morza Śródziemnego spadła więc na izraelskich polityków jak manna z nieba. „Wybawienie” to dobre słowo również w kontekście Grecji. Co prawa kraj ten znajduje się daleko od bogatych złóż wschodniego Morza Śródziemnego, jednak nie jest on ich zupełnie pozbawiony. Najnowsze wyniki badań wskazują, że Grecy mogą liczyć na eksploatację co najmniej 26 mld baryłek ropy naftowej zlokalizowanych pod dnem Morza Jońskiego i Egejskiego. W perspektywie kryzysu finansowego, zapaści gospodarczej oraz bolesnych cięć wydatków budżetowych, perspektywa eksploatacji i sprzedaży surowca za granicę daje Grekom szansę na lepsze jutro.

Potrójna współpraca
Wszystkie trzy państwa (Cypr, Izrael, Grecja) są obecnie na etapie mniej lub bardziej zaawansowanych badań dna morskiego. Kwestią czasu jest rozpoczęcie próbnych odwiertów (w niektórych przypadkach już do tego doszło), a także konkretnych pracy wydobywczych. Co więcej, wiele wskazuje na to, że pomimo odległości od siebie, wszystkie trzy strony zamierzają współpracować. Jak? W najprostszy z możliwych sposobów – eksportując swe podmorskie bogactwa. W najdogodniejszym położeniu jest Grecja, która ze względu na przynależność geograficzną do kontynentu europejskiego, musi jedynie zapewnić skuteczny i bezpieczny transport eksploatowanej z morza ropy na ląd, a następnie przesłać surowiec ropociągiem w kierunku jego odbiorcy. W nieco gorszej sytuacji znajdują się pozostałe dwa państwa, w tym zwłaszcza Izrael. Ze względu na „nieciekawe” otoczenie politycznej (fakt sąsiadowania z nieprzewidywalnymi państwami arabskimi), najdogodniejszym z punktu widzenia Tel Awiwu sposobem przesyłu surowców energetycznych w świat jest wykorzystanie Morza Śródziemnego. W tym przypadku rozwiązań jest kilka. Dwa z nich rozpatrywane są jednak jako najbardziej prawdopodobne: transport surowców na Cypr, przeładunek na statki transportowe, a następnie ich przesył do portów w krajach odbiorczych lub ich transport podmorskimi ropo- i gazociągami, ciągnącymi się od wschodniego Morza Śródziemnego aż do południowej Europy (np. przy wykorzystaniu greckich portów przeładunkowych lub też instalacji odbiorczych na wybrzeżach tego państwa). W tym drugim przypadku jednak również w grę wchodzi zaangażowanie w cały proces Cypru. Tak więc, wszystko wskazuje na to, że Tel Awiw i Nikozja (a także Ateny) są zmuszone do nawiązania współpracy, zarówno w procesie szacowania rozmiarów złóż oraz i ich lokalizowania, a następnie eksploatacji oraz przesyłu.

Turecki problem
Zarysowująca się perspektywa współpracy nowej energetycznej „trojki” nie bez powodu jest solą w oku Ankary. Potencjalny sojusz Izraela, Cypru oraz Grecji stanowi bowiem zagrożenie dla tureckich interesów w regionie. I to nie tylko ze względu na wspomnianą już wieloletnią politykę lansowania Turcji jako klucza Europy do złóż ropy i gazu na Kaukazie i w Azji Centralnej. Nie, w grę wchodzi jeszcze jedna kwestia – regionalna rywalizacja polityczna. Jak wiadomo, relacje Turcji z Cyprem są napięte. Ze względu na solidarność etniczną z cypryjskimi Grekami (a także inne uwarunkowania strategiczne), Ateny również nie utrzymują zbyt dobrych relacji z Ankarą. W ich naprostowaniu nie pomaga bynajmniej szereg różnego rodzaju posunięć greckich polityków, które tylko antagonizują sąsiada (mowa np. o restrykcyjnej polityce antyemigracyjnej Grecji, wymierzonej m.in. w emigrantów z terytorium Turcji). W ostatnich latach o wiele gorzej ma się też niedawny (i nieformalny) sojusz Turków z Izraelczykami. Po wydarzeniach z czerwca 2010 r. (ataku izraelskich komandosów na turecki statek wiozący – oficjalnie – pomoc humanitarną dla Palestyńczyków), a także szeregu następujących w konsekwencji tego wydarzenia zgrzytów politycznych pomiędzy Ankarą a Tel Awiwem, Turcji daleko jest do wyrażania tak dużej sympatii względem Izrael jak to jeszcze niedawno miało miejsce. Nie tracący czasu Izraelczycy zaczęli zawiązywać nowe przyjaźnie z innymi państwami regionu, w tym – właśnie – z Cyprem i Grecją. Temat podmorskich złóż energetycznych oraz współpracy przy ich eksploatacji i eksporcie, tylko dodał rozpędu rodzącemu się sojuszowi. Bez wątpienia Turcja znalazła się w trudnym położeniu. Zwłaszcza jeżeli weźmie się pod uwagę fakt, iż przed perspektywą eksploatacji nowych surowców energetycznych stanęły też Liban (spierający się z Izraelem o delimitację wyłącznych stref ekonomicznych/dostęp do złóż) oraz Syria. Nie trzeba wspominać, że relacje Ankary z Damaszkiem znajdują się ostatnio w bardzo złym stanie ze względu na czynną pomoc udzielaną przez Turków syryjskiej opozycji walczącej z reżimem Bashara al-Assada.

Ankara nie składa broni
Pomimo trudnego położenia geopolitycznego w regionie, Turcja nie zamierza składać broni i w dalszym ciągu dostrzega szansę na obronę swoich interesów strategicznych. Bardzo pomocna w tej kwestii może okazać się kwestia – wspomnianego już – podziału etnicznego Cypru oraz funkcjonowania (pomimo braku uznania międzynarodowego) TRPC. Ankara z pewnością skusi się na wykorzystanie tych dwóch czynników (co zresztą robi już od dłuższego czasu). Jak? W bardzo prosty sposób. Wystarczy użyć argumentu (bez względu na jego racjonalność) o tym, że ze względu na funkcjonowanie dwóch państw cypryjskich (o ile nie de iure to przynajmniej de facto) grecka Republika Cypru nie może – zdaniem Ankary – działać w imieniu wszystkich mieszkańców wyspy. A przez to rozumie się w tym przypadku eksploatację podmorskich złóż surowców energetycznych (ich rozpoczęcie w sierpniu zeszłego roku przez Cypryjczyków i współpracujących z nimi Izraelczyków, turecki premier Recep Erdogan określił jako „szaleństwo”). Swoje podejście do sprawy Turcja potwierdziła wysyłając w zeszłym roku specjalny statek do zbadania złóż zlokalizowanych na południe od wybrzeży Cypru. W celu ochrony towarzyszyło mu kilka okrętów marynarki wojennej. Z kolei nad ich głowami latały tureckie samoloty bojowe, stacjonujące na mocy specjalnego porozumienia na terenie TRPC. W tym samym czasie doszło też do incydentu, w który zaangażowany został Izrael. Należące do tego państwa dwa samoloty F-15 przeleciały bardzo nisko nad badawczo-wojenną ekspedycją Turcji, zmuszając tym samym tureckie F-16 do poderwania się z baz na terenie północnego Cypru w celu przegonienia intruzów. Tego typu metody są często stosowane w relacjach międzypaństwowych, jako sposób pokazania swojego niezadowolenia z działań drugiej strony lub też w celu zwyczajnego „prężenia muskułów”. W tym przypadku Tel Awiwowi chodziło zapewne o jedno i drugie.

Możliwa jest eskalacja działań siłowych
Trudno jednoznacznie przewidzieć, jak potoczą się dalsze losy tureckiej polityki względem nowego energetycznego trio w regionie. Z punktu widzenia prawa, działania eksploatacyjne Cypru na terenie własnej wyłącznej strefy ekonomicznej są dozwolone. Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że Ankara zrobi wszystko, co w jej mocy, aby z jednej strony nie uszczuplić własnych wpływów i pozycji politycznej w stosunku do Europy, a z drugiej, aby maksymalnie osłabić korzyści ekonomiczne (i polityczne) państw „trojki”, w tym zwłaszcza Cypru, wynikające z eksploatacji złóż ropy naftowej i gazu ziemnego. Wobec tak zarysowanej sytuacji należy liczyć się z dalszym instrumentalnym traktowaniem kwestii podziału etnicznego Cypru oraz istnienia TRCP. Możliwa jest też dalsza eskalacja wykorzystania argumentów siłowych, zarówno przez Turcję (np. poprzez organizację w regionie gier wojennych lub zwiększanie współpracy wojskowej z władzami TRCP) jak i Cypr, Grecję oraz Izrael, czego potwierdzeniem jest niedawne podpisanie specjalnej umowy pomiędzy Nikozją a Tel Awiwem, umożliwiającej stacjonowanie elementów lotnictwa i marynarki wojennej jednej ze stron w bazach drugiej – naturalnie w określonych sytuacjach.

Autor jest ekspertem w dziedzinie bezpieczeństwa, szefem Działu Bezpieczeństwo Międzynarodowe miesięcznika „Stosunki Międzynarodowe”, jest również współpracownikiem Instytutu Jagiellońskiego.

Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN