Euro – pośpiech wskazany

Postępujące od maja ub.r. umocnienie naszej waluty w sposób naturalny wywołuje dyskusje o optymalnym poziomie wyceny złotego. Poziom ten ma być z jednej strony wystarczająco dobry, by poprawić wycenę zadłużenia zagranicznego, z drugiej zaś strony niewygórowany, by nie skomplikować zanadto pozycji eksporterów.

Na te dwa warunki dodatkowo nakładają się rozważania o ewentualnym kursie usztywnienia złotego do euro w momencie wchodzenia do systemu ERM-2 i – później – do strefy euro.

W ostatnich kilku latach złotowa wycena euro prezentowała się rozmaicie. Jeszcze w czerwcu 2001 r. by kupić jedno euro potrzeba było mniej niż 3,40 zł. W lutym 2004 r. kurs momentami przekraczał 4,90 zł. Zmiany kursu w dużej mierze wynikały z różnic wyceny euro względem dolara. W czerwcu 2001 euro warte było ok. 85 centów, natomiast w lutym ub.r. chwilami nawet więcej niż 128 centów.

Obecny kurs złotego wobec euro jest niemal taki jak na początku istnienia wspólnej waluty. Część ostatniego wzrostu była odreagowaniem poprzedniej tendencji spadkowej. Być może bliscy jesteśmy wypracowania nowego punktu równowagi. Aby jednak odpowiedzieć na pytanie, gdzie może być ten punkt, trzeba najpierw rozważyć dwie inne kwestie.

Po pierwsze, kwestia kursu euro względem dolara. Czym innym bowiem jest kurs 4,10 zł za euro (i, oczywiście, jego opłacalność dla eksporterów) przy światowym kursie euro na poziomie 130 centrów, czym innym byłby spadek kursu euro do zaledwie 100 centów. Najbardziej odczuwalną – choć nie jedyną – różnicą jest wysokość kosztów zaopatrzenia w surowce.

Po drugie, nie należy zapominać, że wzmiankowany punkt równowagi – czy raczej minimalnej opłacalności – będzie zmieniał się wraz z upływem czasu. Kreśląc plany na przyszłość powinniśmy się liczyć z niezbyt śpieszną, ale jednak, aprecjacją złotego. Będzie ona oparta głównie na naszej przewadze w tempie wzrostu wydajności pracy. Dzięki aprecjacji nasi eksporterzy będą mogli łatwiej znosić coraz niższe wyceny euro wobec złotego.

Warto zauważyć, iż drugi ze wzmiankowanych czynników wnosi ciekawe spojrzenie na problem, jak forsownym marszem dążyć do członkostwa w strefie euro.

Można odnieść wrażenie, że część zwolenników późniejszego wejścia jako jeden z ważniejszych elementów układanki traktuje możliwość wydłużenia okresu, w którym będzie utrzymywać się szansa sterowania kursem złotego w kierunku deprecjacji.

O ile wykluczymy scenariusz, w którym świadomie i z premedytacją wywołane zostanie załamanie okraszone kryzysem walutowym, na deprecjację w średnim terminie nie mamy co liczyć.

Każdy rok opóźniania naszego wejścia do strefy euro oznacza więc zakotwiczenie złotego do wspólnej waluty po coraz silniejszym kursie. A skoro tak, może się okazać, że proporcja między zwolennikami szybszego i późniejszego wejścia do unii monetarnej gwałtownie się zmieni. Lepiej będzie zdążyć przy 3,80-3,90 zł za euro niż czekać na 3,50.

Nawet bardzo duże organizmy gospodarcze nie są w stanie w sposób efektywny zarządzać kursem. Jak uczy doświadczenie, przeprowadzanie interwencji bywa kosztowne i mało skuteczne – zawsze znajdzie się grupa graczy zainteresowanych sprawdzeniem tego, ile wytrzyma instytucja interweniująca. Tak było choćby w początku istnienia euro, kiedy wspólna waluta zaczęła się osłabiać. Każde stwierdzenie przedstawiciela ECB lub któregoś z krajów członkowskich w tonie „osiągnęliśmy absolutne minimum, po którym wspólna waluta może już tylko zacząć wzrastać”, kwitowane było przez rynek przeceną euro o kolejne 2-3 centy.

Oczywiście, pozostają nam jeszcze twarde negocjacje o ostateczny kurs usztywnienia złotego w systemie ERM-2. Wyobraźmy sobie, że zdolność przekonywania naszych przedstawicieli jest przeogromna i że możemy pokusić się o deprecjację sięgającą nawet 20 proc. Tylko kto wtedy wytłumaczy rzeszy kredytobiorców, że wzrost ich zadłużenia i płaconych comiesięcznie rat o 20 proc. jest pozytywny? Bo o konsekwencjach tego scenariusza dla gospodarki – choćby w postaci załamania popytu konsumpcyjnego (bo podwyższone raty trzeba opłacić kosztem innych wydatków) – nawet nie warto dyskutować…

Autor jest głównym ekonomistą Banku Ochrony Środowiska