Jedynie liberalizm może pokonać kryzys!

Wielu publicystów ekonomicznych lansuje pogląd, jakoby globalny kryzys gospodarczy, który w 2008 r., po upadku Lehman Brothers dotknął świat, był przejawem ostatecznej kompromitacji liberalizmu. Jednak w rzeczywistości jest dokładnie na odwrót: to nie liberalna doktryna ekonomiczna doprowadziła do gospodarczej regresji, lecz jej radykalne wypaczenie. Zatem najlepszym sposobem na wyjście z kryzysu będzie powrót do czystego liberalizmu.

Nieprzypadkowo w rankingu wolności gospodarczej, opracowywanym regularnie przez „The Wall Street Journal” i Heritage Foundation, Grecja plasuje się na jednej z najniższych pozycji spośród wszystkim państw europejskich. Tam, gdzie jest niski poziom wolności gospodarczej, skomplikowane procedury prawne, rozbudowany aparat biurokratyczny, ograniczenia krępujące swobodę działalności przedsiębiorców i wysokie obciążenia fiskalne, ludzie cierpią biedę. Z kolei w państwach wprowadzających odważne, liberalne rozwiązania gospodarcze, obserwujemy dynamiczny rozwój i szybkie dochodzenie do dobrobytu. Na liberalizmie korzystają wszyscy, ale w największym stopniu ludzie ze społecznych nizin. Bo liberalizm jest przede wszystkim dla ludzi biednych.

Paradoks historii
Dziejowy błąd, jaki popełniono w 2008 r., polegał na ucieczce od liberalnego systemu gospodarczego. Reakcja na kryzys  wielu przywódców państw była typowo histeryczna; sięgnięto po rozwiązania przeciwne od pożądanych. W ferworze panicznego strachu przed utratą politycznej popularności zastosowano interwencję państwa: uruchomiono opiewające na biliony dolarów pakiety ratunkowe; zaczęto implementować metody protekcjonistyczne; zamiast deregulować gospodarkę na wiele jej obszarów nałożono gorset mechanizmów regulacyjnych, zwiększono obciążenia podatkowe i rozbudowano biurokrację. Jednak to wszystko nie zdało egzaminu. W rezultacie błędnej polityki świat jeszcze bardziej pogrążył się w kryzysie.
Problemy, które współcześnie występują w wielu krajach, są efektem odejścia od liberalizmu. Unia Europejska stała się obecnie bastionem różnego rodzaju socjalistycznych utopii. Rozmiary brukselskiej administracji już dawno przekroczyły granicę absurdu. W ramach wspólnotowej polityki wciąż wytwarza się nowe dyrektywy prawne. Na wszystko musi być regulacja, nawet na tak błahą czynność jak ustawianie drabiny. Nie bez kozery rosyjski dysydent, pisarz i obrońca praw człowieka – Włodzimierz Bukowski nazywa Unię Europejską „związkiem socjalistycznych republik europejskich”. Jeżeli Europa dalej będzie kontynuować ten kurs, zaprowadzi rozwinięte kulturowo narody Starego Kontynentu na manowce. Po ponad 20 latach od obalenia muru berlińskiego i ostatecznego zwycięstwa nad socjalizmem, doktryna wymyślona nad Renem, a implementowana później we wszystkich krajach bloku środkowoeuropejskiego, znów dochodzi do głosu. Nowo wybrany prezydent Francji, François Hollande, zapowiedział daleko idącą korektę socjalną w gospodarce wolnorynkowej. Państwo ma tworzyć nowe miejsca pracy i odejść od polityki zaciskania pasa, zaś osoby najlepiej zarabiające będą objęte dodatkowymi obciążeniami fiskalnymi. Hollande uważa, że głównym celem prowadzonej polityki gospodarczej musi być rozwój gospodarczy; tyle tylko, że tego postulatu nie da się osiągnąć za pomocą programów oraz transferów socjalnych. To są rozwiązania destruktywne i w gruncie rzeczy antyrozwojowe.

Ofiary polityki socjalnej
Wielu polityków wyraża przeświadczenie, że nakładanie wyższych podatków na bogatych doprowadzi do zadośćuczynienia postulatom sprawiedliwości społecznej. Jednak tego typu rozumowanie uderza przede wszystkim w ludzi biednych, pogłębiając strukturę polaryzacji w procesie redystrybucji dochodów. Osoby najlepiej zarabiające są właścicielami środków produkcji, zarządzają przedsiębiorstwami, fabrykami, firmami usługowymi, prowadzą sklepy oraz rozmaite sieci handlowe. Z łatwością mogą więc przerzucać obciążenia fiskalne na pracowników, a także na konsumentów. Każdorazowe podniesienie stawek podatkowych przekłada się bezpośrednio na cięcia w zatrudnieniu oraz skoki cen podstawowych produktów. W efekcie dochodzi do wzrostu bezrobocia i zwiększania kosztów egzystencji. Ofiarami tego rodzaju sytuacji są zawsze ludzie o najniższych dochodach. Rozbudowana polityka socjalna, zamiast pomagać, w gruncie rzeczy szkodzi najbiedniejszym, bo spowalnia rozwój gospodarczy. Bogaci posiadają szerokie możliwości rekompensowania strat powstałych w wyniku fiskalnych poczynań państwa. Przerzucają koszty wyprodukowania określonych produktów czy świadczonych usług na pracowników oraz konsumentów. Wraz ze zwiększeniem wymiaru podatków dochodzi do zawężenia ich zakresu. Restrykcyjna polityka fiskalna, będąca konsekwencją rozbudowanych świadczeń socjalnych, zawęża realny obszar podatkowy. W rezultacie osoby najbardziej aktywne – biznesmeni, przedsiębiorcy – wchodzą w przestrzeń gospodarki nierejestrowanej, zasilają teren tzw. szarej strefy, a w najgorszym wypadku stają się partnerami dla przestępczego półświatka. Wbrew pozorom, państwo wcale nie zyskuje na zaostrzeniu polityki podatkowej. W krótkim okresie może ona służyć doraźnemu zwiększeniu wpływów budżetowych i bieżącym zabiegom, polegającym na redukcji głębokości deficytów, ale w dłuższej perspektywie dochody państwa ulegają wyraźnemu uszczupleniu, a w ślad za tym zmniejsza się również zdolność do realizowania funkcji socjalnych. Naturalną koleją rzeczy tracą na tym najbiedniejsi.
Rozmiary długu publicznego oraz deficytów budżetowych należy mierzyć w kontekście wzrostu gospodarczego, a więc w odniesieniu do wymiernego wskaźnika, jakim jest PKB. Podnoszenie obciążeń fiskalnych dławi aktywność przedsiębiorców, tłumi energię gospodarczą i koniec końców prowadzi do zahamowania wzrostu gospodarczego. Natomiast obniżenie PKB przekłada się na wzrost długu publicznego i deficytów budżetowych. A zatem restrykcyjna polityka podatkowa, zamiast obniżać poziom zadłużenia państwa, wywołuje efekt przeciwny od zamierzonego, w postaci zwiększania już istniejących długów.

Pieniądze wyrzucone w błoto!
Świat popełnił w 2008 r. dramatyczny błąd, wszedł na drogę, która może doprowadzić do katastrofy ekonomicznej. Państwa zakłóciły naturalny rytm procesów gospodarczych. Wzięły na swoje barki ciężar kryzysu wywołanego w sektorze prywatnym. Koszty regresji gospodarczej zostały przesunięte z wymiaru prywatnego w publiczny, a więc w gruncie rzeczy na podatników i wszystkich obywateli. Zintensyfikowano interwencyjną rolę państwa. Uruchomiono programy ratunkowe opiewające na biliony dolarów. Ale pomoc została skierowana do najgorzej prosperujących banków i najbardziej nierentownych przedsiębiorstw. W ten sposób zakłócono werdykt wolnego rynku. Tymczasem kondycję ekonomiczną poszczególnych podmiotów powinna weryfikować naturalna sytuacja gospodarcza. Jaki był sens pomagać bankom inwestycyjnym, które źle zarządzały aktywami finansowymi, marnotrawiąc pieniądze swoich klientów? Po co kierować, idącą w setki miliardów euro, pomoc dla Grecji? Dlaczego za błędy nieodpowiedzialnych bankierów, inwestorów, menedżerów czy polityków mają zapłacić wszyscy obywatele? To są pieniądze wyrzucone w błoto! Tego rodzaju operacje nie przełożą się w żadnym stopniu na wzrost gospodarczy. Tak samo aktywizacja opiekuńczej roli państwa, rozbudowywanie pakietów socjalnych czy próba wyrównywania dysproporcji w redystrybucji dochodów poprzez restrykcyjną politykę fiskalną nie poprawi losu ludzi żyjących na granicy ubóstwa, nie wyciągnie ich z zapaści, z biedy. Tego rodzaju posunięcia przyczynią się jedynie do obniżenia przedsiębiorczej kreatywności społeczeństwa, zwiększenia bezrobocia i w rezultacie obniżenia wzrostu gospodarczego. W konsekwencji rozwiązania, które miały spowodować przezwyciężenie kryzysu, wtórnie mogą doprowadzić do jego pogłębienia.

Nędza intelektualna poppolityki
Politycy oraz eksperci ekonomiczni błędnie zareagowali na kryzys z roku 2008. Postawiono fałszywą diagnozę sytuacji gospodarczej. Uznano, że winę za zaistniałe perturbacje ponosi liberalizm. Tymczasem przyczyną kryzysu ekonomicznego było odejście od pragmatycznego modelu gospodarki liberalnej i przesunięcie środka ciężkości polityki gospodarczej w stronę koncepcji socjalnych. Wizerunkowy sposób uprawiania polityki w Stanach Zjednoczonych, Francji, Włoszech, Hiszpanii czy Grecji poskutkował wypaczeniem optymalnej doktryny liberalnej. W wielu państwach formacje prawicowe stały się jedynie konserwatywną wersją lewicy. Politycy prawicowi zaczęli żonglować hasłami lewicowymi. Górę wzięła skłonność do ulegania naciskom rozmaitych grup interesów, realizowania posunięć popularnych i zaniechania najbardziej potrzebnych reform. Były prezydent Francji, Nicolas Sarkozy czy poprzedni premier Włoch, Silvio Berlusconi to ikony poppolityki, symbole upadku myśli prawicowej i „grabarze” gospodarczego rozwoju. Ci ludzie wyrządzili światu ogromną krzywdę! Konsekwencją takiego stanu rzeczy może być dojście do władzy w wielu państwach świata ugrupowań lewicowych, które poprzez implementację programów socjaldemokratycznych oraz uruchomienie transferów socjalnych doprowadzą do jeszcze większej eksplozji kryzysu. Doświadczenia ostatnich lat pokazują niezbicie, że drastyczne problemy ekonomiczne dotknęły państwa o najmniejszej przestrzeni wolności gospodarczej, przygniecione ciężarem rozrośniętej biurokracji, skomplikowanych procedur prawnych i rozbudowanej polityki socjalnej. Według Indeksu Wolności Gospodarczej (Index of Economic Freedom, w skrócie IEF), opracowywanego rokrocznie przez „The Wall Street Journal” i Heritage Foundation, państwa najbardziej dotknięte kryzysem, takie jak Grecja, Włochy, Portugalia i Hiszpania, zajmują niskie pozycje w rankingu wolności gospodarczej. Cechują się znacznym stopniem rozmaitych ograniczeń prawnych, dużą liczbą kodyfikowanych przepisów, wysokimi obciążeniami podatkowymi, silną obecnością interwencji państwa w gospodarce oraz aktywnością szarej strefy. Tymczasem wiele z państw o wysokim wskaźniku wolności gospodarczej, takich jak Hongkong, Singapur, Australia, Nowa Zelandia czy Kanada, dobrze lub relatywnie dobrze obroniło się przed kryzysem. To dowodzi, że kraje o zaawansowanej gospodarce liberalnej są bardziej odporne na problemy gospodarcze, nawet wówczas, gdy są one zjawiskiem o charakterze globalnym. Z kolei współczynnik Giniego dowodzi ewidentnie, że spośród krajów europejskich największe rozwarstwienie społeczne występuje w państwach postkomunistycznych, opierających się w przeszłości na modelu gospodarki socjalistycznej. A zatem realizowanie programów socjalnych, zamiast usuwać dysproporcje w dochodach, prowadzi do zwiększenia nierówności społecznych i wcale nie służy sprawiedliwości społecznej. Migracja ludności przebiega w kierunku gospodarek liberalnych o niskim poziomie interwencji państwa, a także szerokim zakresie wolności gospodarczych. Ludzie wybierają wolność zamiast świadczeń socjalnych, gdyż te w ostatecznym rozrachunku prowadzą do zniewolenia.

Bogactwo spłynie
Jaka w takim razie powinna być optymalna reakcja na kryzys? Gdy pojawią się poważne zawirowania ekonomiczne, państwo musi obniżać podatki i skierować pomoc do osób najbardziej przedsiębiorczych i zaradnych gospodarczo. Tylko jednostki kreatywne mogą „wyprodukować” wzrost gospodarczy, który przyczyni się do przełamania kryzysu. Filozofię pomagania biednym należy zaprojektować w taki sposób, aby – paradoksalnie – w pierwszej kolejności pomagać bogatym. Bogactwo spłynie! Liberalizm to model gospodarczy powodujący, że ludzie o najwyższych dochodach podzielą się dobrobytem, nawet wbrew własnej woli. Z indywidualnej pogoni za zyskiem można wyabstrahować dobro wspólne. Dążenie do realizacji jednostkowych, egoistycznych interesów jest w stanie wytworzyć wartość dodaną i uzyskać efekt synergii. Z drugiej strony, pomoc skierowana bezpośrednio do biednych nie jest efektywna. Osoby pozostające w trudnej sytuacji materialnej czy żyjące na skraju ubóstwa nie są w stanie wytworzyć wzrostu gospodarczego. Pieniądze zostaną przejedzone. Przepadną w ramach konsumpcji albo zaspokajania podstawowych potrzeb egzystencjalnych. Bogactwo i dobrobyt, podobnie jak woda z górzystych skał, mogą spływać z góry na dół, lecz rzadko kiedy w przeciwnym kierunku. Tak po prostu stanowią prawa natury, rządzące nie tylko w przyrodzie, ale również w ekonomii. Rzecz jasna, biednym trzeba pomagać, nie można ich pozostawić samym sobie. Gdy ktoś cierpi głód, państwo musi interweniować. Jednak nie należy tego robić w ramach długotrwałej i powszechnej polityki społecznej. Świadczenia oraz transfery socjalne demobilizują ludzi, tłamszą kreatywność gospodarczą, zniechęcają do przedsiębiorczości. W efekcie dysproporcje w dochodach zostają utrwalone, rozmiary rozwarstwienia społeczno-ekonomicznego ulegają pogłębieniu, a sprawiedliwość społeczna pozostaje jedynie pustym, propagandowym sloganem. Beneficjenci polityki socjalnej najczęściej nie zmieniają swojego społecznego statusu, bardzo rzadko wykazują aktywność gospodarczą, w przytłaczającej większości przypadków rezygnują z szans na rozwój i zatracają się w otchłani biedy. Socjalne modele gospodarcze psują człowieka, czynią z ludzi niewolników, a przede wszystkim hamują rozwój gospodarczy. Zamiast pomagać biednym, w drastyczny sposób im szkodzą. Realizowanie tego rodzaju polityki, wtórnie tylko poszerza terytorium biedy. Cały szkopuł tkwi w tym, aby kryzys był traktowany nie jako problem lecz wyzwanie. Kiedy pojawią się jego pierwsze symptomy, należy robić wszystko, co jest w stanie jeszcze bardziej odciążyć ludzi aktywnych gospodarczo. Podstawowym celem musi być zdynamizowanie działalności gospodarczej oraz przynajmniej utrzymanie dotychczasowego poziomu zatrudnienia. Obniżenie podatków, a także innych obciążeń, związanych z prowadzeniem przedsiębiorstw spowoduje, że koszty perturbacji ekonomicznych nie uderzą w najbiedniejszych. Wzrost bezrobocia czy podwyżki cen są procesami odczuwalnymi w największym stopniu przez osoby znajdujące się już i tak w trudnym położeniu materialnym. Za to pomoc skierowana do osób o najwyższych dochodach, aktywnych gospodarczo i przedsiębiorczych przyczyni się do zdynamizowania wzrostu gospodarczego, a w konsekwencji do  wzrostu płac oraz zatrudnienia. W dłuższej perspektywie największymi beneficjentami zaprojektowanej w ten sposób polityki będą – paradoksalnie – ludzie cierpiący wcześniej biedę.

Menedżerowie własnego losu
Socjalne modele polityki gospodarczej mają charakter elitarny, służą zabezpieczaniu interesów establishmentu i utrzymywania ekonomicznej przewagi elity nad resztą społeczeństwa. Liberalizm jest filozofią egalitarną, adresowaną do mas, opiera się na wierze w kreatywność oraz twórczą inwencję człowieka. Jedynie powrót do aktywnych programów liberalnych może być skuteczną odpowiedzią na doskwierający światu kryzys. W czasach gospodarczego impasu należy implementować politykę angażującą, zachęcającą społeczeństwa do kreatywnego wysiłku oraz pobudzającą wzrost gospodarczy. Ludzie biorący sprawy w swoje ręce stają się menedżerami własnego losu, poznają wartość wolności i kształtują w sobie odpowiedzialność za podejmowane decyzje.
Kurs, jaki obrało wiele państwa Unii Europejskiej przypomina dolewanie benzyny do ognia. Postulaty głoszone przez nowo wybranego prezydenta Francji, Françoisa Hollande’a, a także innych przywódcy europejskich o socjalnych poglądach, bez różnicy, czy reprezentują lewicową, czy prawicową proweniencję, są nie do przyjęcia. Zwiększenie obecności państwa w gospodarce, poszerzanie zakresu interwencjonizmu państwowego, rozbudowywanie administracji oraz podnoszenie obciążeń fiskalnych dla osób z najwyższymi dochodami, posiadającymi w praktyce największy potencjał aktywności gospodarczej, tylko zaostrzy konsekwencje istniejącej recesji. Konieczne są działania dokładnie w przeciwnym kierunku. Dziś świat potrzebuje nowego spojrzenia ekonomicznego. Skuteczną odpowiedzią na kryzys mogą być jedynie odważne reformy strukturalne i ofensywna polityka liberalna.

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Finansowej”, publicystą miesięcznika ekonomicznego „Home&Market” i komentatorem politycznym magazynu „Gentleman”. W plebiscycie Stowarzyszenia Eksporterów Polskich został uznany publicystą ekonomicznym roku 2011.