„Kto pod kim dołki kopie” po angielsku…

„Kto pod kim dołki kopie” po angielsku…
Ryszard Czarnecki
eurodeputowany PiS
„Co za dużo to i krowa nie zje” – to stare polskie powiedzenie jest dobrą ilustracją ostatniego oświadczenia liderów wspólnoty żydowskiej w Wielkiej Brytanii, którzy – niespodziewanie dla wielu domorosłych obserwatorów – wzięli w obronę polskiego polityka Michała Kamińskiego oskarżonego o antysemityzm. Brytyjscy Żydzi zareagowali na zarzuty wobec byłego ministra Kancelarii Prezydenta RP, że rzekomo był i jest antysemitą. Eurodeputowany Prawa i Sprawiedliwości został oczyszczony z zarzutów przez grono, które zapewne o antysemityzmie może powiedzieć więcej niż niektórzy polscy dziennikarze i brytyjscy politykierzy. Problem jednak pozostał. Ten problem to granie kartą antysemityzmu w politycznych rozgrywkach. Polski europoseł padł ofiarą brytyjsko-brytyjskiego meczu zapasów politycznych. Idąca na dno, po dwunastu latach rządów, Partia Pracy rozpaczliwie chce zmniejszyć kilkunastoprocentową stratę do Partii Konserwatywnej. A uderzenie w Kamińskiego – pierwszego w historii Polski polityka, który został szefem frakcji w Parlamencie Europejskim – było w gruncie rzeczy atakiem na konserwatystów: to właśnie torysi wraz z PiS-em i czeską, rządzącą partią ODS, są głównymi „akcjonariuszami” grupy politycznej Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy. Chciano uderzyć w torysów – zamiast kija wzięto Kamińskiego. Dodatkowo Michał Kamiński stał się zakładnikiem w rozgrywce brytyjsko-amerykańskiej. Gdy rządząca Zjednoczonym Królestwem Labour Party zobaczyła, że administracja Obamy już ma ich w nosie i woli rozmawiać z Williamem Hague’m, ministrem spraw zagranicznych w gabinecie cieni torysów, a nie z brytyjską lewicą, zaczęła szantażować Hillary Clinton, że spotyka się ona z politycznym kolegą polskiego (rzekomego) antysemity. Ten manewr szefa brytyjskiego MSZ Davida Milibanda spalił jednak na panewce i nawet wręcz osłabił jego szanse na stanowisko „ministra spraw zagranicznych UE”. Sam zaś Miliband powinien o Polsce i polskich politykach mówić ostrożniej, ma bowiem trupa w rodzinnej szafie: jego dziadek był żołnierzem Armii Czerwonej, która w 1920 roku usiłowała ukraść Polakom niepodległość…
Czasem robienie na siłę z Polaków antysemitów nie opłaca się, Dear Mr Miliband.
„Co za dużo to i krowa nie zje” – to stare polskie powiedzenie jest dobrą ilustracją ostatniego oświadczenia liderów wspólnoty żydowskiej w Wielkiej Brytanii, którzy – niespodziewanie dla wielu domorosłych obserwatorów – wzięli w obronę polskiego polityka Michała Kamińskiego oskarżonego o antysemityzm.

Brytyjscy Żydzi zareagowali na zarzuty wobec byłego ministra Kancelarii Prezydenta RP, że rzekomo był i jest antysemitą. Eurodeputowany Prawa i Sprawiedliwości został oczyszczony z zarzutów przez grono, które zapewne o antysemityzmie może powiedzieć więcej niż niektórzy polscy dziennikarze i brytyjscy politykierzy. Problem jednak pozostał. Ten problem to granie kartą antysemityzmu w politycznych rozgrywkach. Polski europoseł padł ofiarą brytyjsko-brytyjskiego meczu zapasów politycznych. Idąca na dno, po dwunastu latach rządów, Partia Pracy rozpaczliwie chce zmniejszyć kilkunastoprocentową stratę do Partii Konserwatywnej. A uderzenie w Kamińskiego – pierwszego w historii Polski polityka, który został szefem frakcji w Parlamencie Europejskim – było w gruncie rzeczy atakiem na konserwatystów: to właśnie torysi wraz z PiS-em i czeską, rządzącą partią ODS, są głównymi „akcjonariuszami” grupy politycznej Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy. Chciano uderzyć w torysów – zamiast kija wzięto Kamińskiego. Dodatkowo Michał Kamiński stał się zakładnikiem w rozgrywce brytyjsko-amerykańskiej. Gdy rządząca Zjednoczonym Królestwem Labour Party zobaczyła, że administracja Obamy już ma ich w nosie i woli rozmawiać z Williamem Hague’m, ministrem spraw zagranicznych w gabinecie cieni torysów, a nie z brytyjską lewicą, zaczęła szantażować Hillary Clinton, że spotyka się ona z politycznym kolegą polskiego (rzekomego) antysemity. Ten manewr szefa brytyjskiego MSZ Davida Milibanda spalił jednak na panewce i nawet wręcz osłabił jego szanse na stanowisko „ministra spraw zagranicznych UE”. Sam zaś Miliband powinien o Polsce i polskich politykach mówić ostrożniej, ma bowiem trupa w rodzinnej szafie: jego dziadek był żołnierzem Armii Czerwonej, która w 1920 roku usiłowała ukraść Polakom niepodległość…
Czasem robienie na siłę z Polaków antysemitów nie opłaca się, Dear Mr Miliband.
 
Autor jest eurodeputowany PiS