Kto się boi Kwiatkowskiego?

Szukanie haków na przeciwników w gorącym okresie przedwyborczym to już nie tylko polska tradycja. Poszukiwanie kozłów ofiarnych przybiera na zaciekłości, gdy dotychczasowe elity czują oddech opozycji na plecach tak mocno, jak obecnie Platforma Obywatelska. Można by cynicznie potraktować te rozgrywki jako dramatyczny spektakl w rodzaju „Igrzysk śmierci”, z tym że polityczna rywalizacja rodzi prawdziwe ofiary, do których często należy sama demokracja. W takich kategoriach należy traktować ostatnie ataki na prezesa Naczelnej Izby Kontroli – instytucji powołanej, aby zapobiegać samowoli innych organów władzy.

27 sierpnia portal tvn24.pl poinformował, że Prokuratura Apelacyjna w Katowicach zamierza zwrócić się o uchylenie immunitetu szefa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego oraz przewodniczącego Klubu Poselskiego PSL Jana Burego w związku z podejrzeniami o ustawianie konkursów na kierownicze stanowiska w Izbie. Kwiatkowski miał lobbować za swoim kandydatem na jedną z ważnych posad w centrali oraz w katowickiej i rzeszowskiej delegaturze NIK. W tej ostatniej kwestii rzekomo znalazł wspólny język z bardzo wpływowym na tym terenie Burym. Podkarpacki baron ludowców był zainteresowany przeforsowywaniem zaprzyjaźnionych kontrolerów już w 2013 r., czyli za kadencji Jacka Jezierskiego, jednak według śledczych pomógł mu dopiero Kwiatkowski. Katowicka prokuratura chce mu postawić cztery zarzuty, PSL-owcowi – trzy.

Jeżeli się one potwierdzą, z punktu widzenia kariery politycznej prezesa NIK mamy do czynienia z przysłowiowym już przejechaniem ciężarnej zakonnicy na czerwonym świetle. Nie jest to bowiem pierwsza afera, z którą jest wiązany jego rzekomy wspólnik w szerzeniu prywaty. W 2011 r. Centralne Biuro Antykorupcyjne po zakończeniu kontroli podało, że ówczesny wiceminister skarbu złamał prawo kupując 50 proc. akcji spółki SO-RES – o 40 proc. więcej niż zezwala stosowna ustawa. Ludowiec tłumaczył się „niezamierzonym błędem”, co powinno dziwić w przypadku doświadczonego prawnika. Według tygodnika „Do Rzeczy” Bury znalazł się także pod lupą CBA ze względu na podejrzenia o wyprowadzanie pieniędzy do rajów podatkowych i wykorzystywanie wpływów w państwowych spółkach na rzecz zaprzyjaźnionych biznesmenów. Być może szef CBA Paweł Wojtunik chce się zemścić na podkarpackim polityku za usilne próby przydzielenia mu proludowcowego zastępcy.

Godna reakcja

Po ujawnieniu informacji o śledztwie Kwiatkowski za pośrednictwem Polskiej Agencji Prasowej wydał oświadczenie, w którym podkreślił swoje przywiązanie do uczciwości i rzetelności w życiu publicznym. „Katowicka prokuratura od dwóch lat wyjaśnia sprawę niektórych konkursów na stanowiska dyrektorów departamentów i delegatur. Żaden z pracowników NIK nie ma przedstawionych zarzutów. Nikt z kontrolerów nie jest o nic podejrzany. Izba zawsze w pełni wspierała i będzie wspierać wszystkie działania prokuratur zmierzające do wyjaśnienia każdej sprawy” – można przeczytać w dokumencie. Prezes przypomniał także, że konkursy niejednokrotnie natrafiały na różnego rodzaju przeszkody, które trzeba było usuwać np. nominując na wakujące posady kontrolerów z innych delegatur.

Według Kwiatkowskiego, nowe procedury kadrowe miały być sposobem na przewietrzenie złożonych głównie z weteranów tego zawodu kadr. Od czasu zmiany prawa, średnia wieku dyrektorów spadła z 57 do 49 lat, a liczba kobiet w tym gronie wzrosła z 15 do 25 proc. Ponad 20 proc. nowych szefów jednostek może się pochwalić tytułem doktora. Nadal jest to grupa ludzi doświadczonych – średnia długość stażu jej członka w NIK wynosi ponad 10 lat. Wysokie kwalifikacje kadry kierowniczej to jeden z powodów, dla których liczba Polaków pozytywnie oceniających Izbę wzrosła o 16 proc.

Nerwowe czekanie

W oświadczeniu Kwiatkowski przyznał, że reformując NIK „mógł spowodować czyjeś niezadowolenie, naruszyć jakieś interesy i zostać pomówionym”, jednak przypomniał, że jest „zasadnicza różnica” między rozmową z szefem danego klubu parlamentarnego lub komisji sejmowej w celu przekonania do swoich racji, a nielegalnym lobbingiem. „Mimo zainicjowania sprawy w okresie wyborczym, ufam w dobre intencje prokuratury i wierzę, że sprawa zostanie rzetelnie wyjaśniona. Jestem spokojny o jej finał, bo nigdy nie złamałem prawa, zawsze w swoim życiu postępując uczciwie. Dowodem na to jest moja dotychczasowa służba publiczna” – zakończył, zapowiadając, że w celu szybkiego wyjaśnienia sprawy wystąpi do marszałek Sejmu o uchylenie immunitetu.

Z takim samym wnioskiem do Małgorzaty Kidawy-Błońskiej wystąpiła Prokuratura Generalna. Kwiatkowski przekazał prowadzenie bieżących spraw swoim zastępcom i zapowiedział „powstrzymywanie się od aktywności zewnętrznej”. Politycy, w tym partyjny zwierzchnik Janusz Piechociński, oczekują na taki sam ruch ze strony Burego, który jak na razie milczy. Trudno sądzić, aby wierzył w wyciszenie skandalu, aczkolwiek można się domyślać, że nikt nie chce być czarną owcą, której „odstrzelenie” ma ocalić wyborczy wynik partii balansującej na granicy progu wejścia do parlamentu i mogącej liczyć głównie na głosy własnych działaczy, ich rodzin i klienteli, co do tej pory wystarczało do zapewnienia sobie dalszego bytu.

Zapłaci za głodne dzieci?

Tym bardziej Platformie nie żal Kwiatkowskiego, który był jej czołowym działaczem, ale od dwóch lat nie ma z nią ani formalnie, ani faktycznie niczego wspólnego. Kiedy w 2013 r. obejmował odpowiedzialne stanowisko, miał za sobą sześć lat parlamentarnej kariery oraz trzy lata sprawowania funkcji ministra sprawiedliwości. W tym czasie był znany m.in. z popierania rządowej wersji wyjaśnienia katastrofy lotniczej w Smoleńsku, choć z perspektywy czasu uznał ówczesne działania gabinetu Tuska za błędne. Mało kto się spodziewał, że będzie dla swoich kolegów tak niewygodnym szefem NIK. Publikowane za jego kadencji raporty piętnowały oszustwa przy systemie opłat za autostrady ViaTOLL i skandaliczne opóźnienia w budowie świnoujskiego Gazoportu. Alarmowanie o braku prawnej możliwości skutecznego nadzoru rządu nad służbami specjalnymi mogło być kolejnym powodem ruchu Wojtunika.

Instytucja kierowana przez Kwiatkowskiego znalazła się też w tle skandalu, jakim było wybuczenie przez posłów PO wygłaszającego orędzie prezydenta Andrzeja Dudy. To kontrolerzy NIK w 2010 r. ogłosili, że prawie 60 proc. małopolskich uczniów objętych programem dożywiania otrzymuje posiłki niespełniające norm dietetycznych. W połączeniu z regularnym wytykaniem niedostatecznego przygotowania szkół do przyjęcia sześciolatków można więc wręcz mówić o podłożeniu przez Izbę politycznej bomby demograficznej pod lekkomyślnych decydentów. Jej prezes uważał kontrolę polityki prorodzinnej za najważniejsze – obok przeglądu wydatkowania funduszy unijnych – zadanie swoich podwładnych w czasie kadencji.

NIK miała poważne zastrzeżenia do zarządzania Lasami Państwowymi, co także w oczach przeciętnego platformersa stawiało jej pracowników na pozycjach „wrednych PiS-owców”. Stefan Niesiołowski jednoznacznie twierdził, że „wszystkie te raporty są pisane tak, jakby w redakcji Gazety Polskiej je pisano”. Szefowie Izby z racji swoich prerogatyw i walorów osobowych nieraz znajdowali się na pierwszej linii politycznego frontu. Wiele wskazuje na to, że jeden z nich – Walerian Pańko – za swoją pryncypialność zapłacił życiem. Kwiatkowski jest człowiekiem z wizją, chciał aby jego ludzie patrzyli dalej, niż na koniec własnego biurka. Na tle kolegów z łódzkiej listy PO – Cezarego Grabarczyka i Andrzeja Biernata – jaśniał niczym diament. Trudno się więc dziwić, że w imię świętego spokoju został bezpardonowo zgaszony.

Autor jest dziennikarzem Gazety Finansowej

Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN