Lekarz bronił chorych dzieci, szpital go pozwał

Krytykował politykę finansową szpitala, w którym pracuje, ostrzegał pacjentów i wytykał rektorowi Uniwersytetu Medycznego działalność wątpliwą etycznie. Teraz nie wychodzi z sądu. Wciąż nie milkną echa wypowiedzi medialnych, które w obronie praw pacjentów i etyki zawodowej wygłosił profesor Andrzej Boznański, znany wrocławski lekarz. Pozwał go m.in. szpital, w którym pracuje, a zarzuty dotyczą pośrednio informowania matek chorych dzieci o warunkach, jakie panują na oddziałach.

Wrocławski Uniwersytet Medyczny ma dwie placówki medyczne – Uniwersytecki Szpital Kliniczny (USK) oraz Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny nr 1 (SPSK 1). To właśnie w tym drugim profesor Andrzej Boznański jest kierownikiem Kliniki Pediatrii, Alergologii i Kardiologii. Dwa lata temu, podczas spotkań senatorów z Uniwersytetu Medycznego wyraził swoje obawy w związku z przeniesieniem dziecięcych klinik pediatrycznych SPSK 1 do innego budynku. Później próbował przekonać rektora i władze szpitala, że najważniejsze jest dobro dzieci, a ta decyzja godzi w podstawowe prawa pacjenta.

boznJak grochem o ścianę

Niestety, choć obawy profesora – jak wynika z przebiegu rozpraw sądowych – były w pełni uzasadnione, to wówczas, władze SPSK 1 i Uniwersytetu Medycznego (UM) nie potraktowały ich poważnie. Klinika dziecięca miała zostać przeniesiona, bo szpital był w fatalnej sytuacji finansowej, a przeprowadzka rzekomo miała przynieść szpitalowi zysk. Rektor UM argumentował, że stary budynek można dobrze sprzedać, a poza tym, nie będzie trzeba inwestować w remont. Problem w tym – że budynek, do którego przeniesiono klinikę, jest równie stary i także wymagał remontu. Nikt nie potrafi również odpowiedzieć na pytania ile kosztowała przeprowadzka. Budynek ostatecznie kupiła Politechnika Wrocławska.

Profesor Andrzej Boznański uważa, że od zdrowia dzieci, pieniądze nie mogą być ważniejsze, dlatego zdecydował się na poruszenie tej kwestii w mediach. Jak wówczas poinformował – nowa siedziba placówki jest jedynie pochlapana farbą, a warunki zdecydowanie gorsze. Podkreślał, że żadna odpowiedzialna matka nie zdecyduje się na leczenie dziecka z zaburzeniami odporności w miejscu, gdzie zlokalizowany jest też oddział chorób zakaźnych. Tym bardziej, że z oddziałem chorób zakaźnych połączone było nie tylko RTG, lecz także windy, co jest niedopuszczalne. Ponadto liczne i potwierdzone przez Inspektora Nadzoru Budowlanego uchybienia, odstępstwa od obowiązujących przepisów, tragiczny stan instalacji technicznych 150-letniego budynku były wystarczającym powodem, aby wieloletni krajowy konsultant ds. chorób zakaźnych określił warunki w nowej siedzibie mianem skandalicznych oraz narażających przebywające tam osoby na bezpośrednie zagrożenie zdrowia. Andrzej Boznański ujawnił także wiele innych patologii we wrocławskim środowisku medycznym. Publicznie zapytał, jak to możliwe, że dyrektor szpitala klinicznego jest współwłaścicielem przychodni pozyskującej kontrakty z NFZ na te same usługi, co zarządzana przez niego placówka. I dlaczego córka rektora Uniwersytetu Medycznego kupiła za 1 zł udziały w spółce, „które to udziały kilka tygodni wcześniej jeden z jej prezesów zapłacił pozostałym trzem współwłaścicielom (w tym dyrektorowi jednego ze szpitali) blisko pół miliona złotych”. Jak zauważył „spółka ta była udziałowcem innej spółki medycznej, do której decyzją jednego z dyrektorów szpitali nagle zaczęli być kierowani pacjenci tego szpitala celem wykonania kosztownych badań diagnostycznych”.

Profesor został pozwany przez szpital, w którym pracuje (postępowanie nadal trwa) i przez dyrektora drugiej placówki – USK (wygrał już dwa postępowania – karne i cywilne – w sądach pierwszej instancji), jednak sądowy zakaz wypowiedzi, który otrzymał od wrocławskiej temidy obowiązuje do czasu zakończenia postępowań apelacyjnych.

W sądzie, profesor Andrzej Boznański miał okazję zapytać m.in. Pawła Wróblewskiego (dyrektora Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej), jak to możliwe, że pomimo wspólnych ciągów komunikacyjnych dla chorych oddziału zakaźnego i oddziału kardiologicznego, braku jakiejkolwiek wentylacji w połowie pomieszczeń szpitalnych i we wszystkich poradniach (w tym poradni onkologicznej) sanepid dał zgodę na przyjmowanie pacjentów. Paweł Wróblewski stwierdził, że przecież, w budynku są okna i skoro inspektor wydał pozwolenie, to wszystko było zgodne z prawem. Nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, czym są ciągi komunikacyjne, które według rozporządzenia ministra zdrowia, nie mogą być połączone z oddziałem zakaźnym. Szef sanepidu nie potrafił również podać żadnych szczegółów i zasłaniał się niewiedzą. Warto dodać, że Paweł Wróblewski jest również lekarzem, zatrudnionym w Uniwersytecie Medycznym, prezesem Dolnośląskiej Izby Lekarskiej oraz przewodniczącym sejmiku województwa dolnośląskiego. Wcześniej był marszałkiem województwa dolnośląskiego.

Dlaczego szpital kliniczny zdecydował się pozwać profesora? Monika Maziak, rzecznik prasowa wyjaśnia:

– Szpital pozwał prof. Andrzeja Boznańskiego w trosce o dobre imię placówki, które profesor będąc jej pracownikiem publicznie podważał. Mówił on o stwarzanym przez szpital zagrożeniu dla zdrowia i życia pacjentów w związku z przenosinami kierowanej przez niego kliniki z budynku przy ul. Hoene Wrońskiego na ul. Chałubińskiego – mówi Monika Maziak. – Zdaniem profesora współdzielenie obiektu z oddziałem zakaźnym miało narażać pacjentów – zaprzeczają temu wszelkie ekspertyzy Państwowego Wojewódzkiego Inspektora Sanitarnego. Przedstawiał nieprawdziwe i niczym niepoparte informacje o sytuacji ekonomicznej szpitala, mówiąc o wzroście zobowiązań i zadłużenia SPSK1 do kwoty 40 tys. złotych dziennie, rzutowało to na opinię jednostki w oczach instytucji współpracujących i mogło utrudniać jej funkcjonowanie. Zarzucał też władzom szpitala łamanie porządku prawnego poprzez łamanie uchwał Senatu Uniwersytetu Medycznego, co nie jest prawdą i o czym jako członek owego gremium prof. Boznański powinien wiedzieć – dodaje.

W toku rozprawy ustalono jednak, że dyrektor szpitala podjął działania, aby dopracować część uchybień, które zgłaszał profesor. Zrobił to jednak dopiero po wypowiedziach medialnych.

Jak dotąd jedną z niewielu osób ze środowiska uniwersyteckiego, która odważyła się głośno popierać obawy i zastrzeżenia prof. Boznańskiego, jest były dziekan Wydziału o Zdrowiu, profesor Jerzy Heimrath, który w wyniku decyzji rektora Uniwersytetu Medycznego od 1 października przestał już być pracownikiem uczelni i szpitala klinicznego (wbrew stanowisku, obecnego dziekana i rady wydziału) .

Zmarli przez zaniedbania?

Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny nr 1 we Wrocławiu ma ostatnio sporo problemów. Dwa lata temu to właśnie w tej placówce zmarł 17-letni chłopak, u którego zdiagnozowano anemię hemolityczną autoimmunologiczną. W szpitalu, po rutynowym zabiegu wycięcia śledziony, dostał krwotoku wewnętrznego. Na operację czekał 80 minut. Zmarł. Ojciec chłopca uważa, że większe szanse na przeżycie miałby, gdyby krwotoku dostał w domu, a nie w tym szpitalu. W toku śledztwa okazuje się np., że według NFZ, śmierć nastąpiła na oddziale, który formalnie nie istniał, a poza tym, lekarz pełnił dyżur na dwóch oddziałach jednocześnie. Kontrola wykazała również szereg nieprawidłowości i w jej wyniku nałożono na szpital ponad 100 tys. zł kary. Dwóch lekarzy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej skierował w tej sprawie do Sądu Lekarskiego. NFZ uznał skargę ojca chłopca na działania dolnośląskiego NFZ (opieszałość w zakresie rozpatrywania skargi i opóźnienia w przeprowadzeniu kontroli). A to nie koniec fatalnej passy wrocławskiego szpitala. W tym miesiącu, sąd skazał jednego z lekarzy SPSK 1 za nieumyślne spowodowanie śmierci noworodka. Dopiero po ośmiu latach od tragedii. Trwa postępowanie przeciwko poprzedniej prokuratorce, która zajmowała się sprawą. Sąd próbuje ustalić, dlaczego kobieta przedłużała sprawę czy fałszowała dokumenty i dlaczego przewlekłość tłumaczyła przetrzymywaniem dokumentów przez biegłych, a nigdy one do nich nie dotarły. Akta ostatecznie odnalazły się w Białymstoku.

Według przyrzeczenia składanego przez polskich lekarzy, mają oni wypełniać swoje obowiązki sumiennie, „służyć życiu i zdrowiu ludzkiemu”, „według najlepszej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek” oraz nie nadużywać zaufania pacjentów. Czy profesor Boznański wypełniając swój obowiązek złamał prawo? Czy istnieje usprawiedliwienie dla sądu, który w takim przypadku decyduje się na kneblowania ust profesorowi? Jak długo jeszcze, pacjenci będą umierać na korytarzach ze względu na znieczulicę lekarzy?

——
——