Lekcja taczeryzmu

Moja teza zgodnie z którą Europa potrzebuje nowej Margaret Thatcher, została dość szybko podchwycona przez media, głównie we Francji. Nie chodziło mi jednak o wyrażenie poparcia dla jej polityki, a raczej o to, w jaki sposób brytyjska polityk przekonała do siebie wyborców. W Europie od kilku lat nie mieliśmy wyborów, w których elektorat głosowałby na konkretną strategię polityczną. Na pewno nie na taką skalę, jak w maju 1976 r., kiedy Thatcher przebojem zdobyła władzę.

Potrzeba zdecydowanych polityków
Niedawne wybory w Danii, Hiszpanii, Finlandii i Wielkiej Brytanii to nic więcej jak protesty przeciwko dotychczasowemu rządowi. W żadnym z tych wypadków nie może być mowy o świadomym wyborze trudnej drogi przez reformy. Również wyborcy we Francji i w Grecji poparli polityków antyunijnych, czym dali wyraz swojej niechęci i protestu wobec Unii Europejskiej jako źródła wszelkiego zła.
Cechą charakterystyczną polityki Thatcher, po objęciu władzy, było zdecydowane i dynamiczne działanie w postaci diametralnych reform. I o tym właśnie mówiłem, nie zaś o tym, że potrzebujemy jej strategii politycznej. Chociaż tak zdecydowany, nastawiony na niepopularne reformy polityk z pewnością dałby dobry przykład innym europejskim decydentom i stanowił przeciwwagę dla wprowadzonej przez Niemcy dyscypliny.

Bezkompromisowość cnotą
Zdaję sobie sprawę z tego, że Niemcy tak naprawdę Europie przewodzić nie chcą i ostrożnie podchodzą do tematu narzucania jakichkolwiek zmian, w obawie przed pogorszeniem się ich wewnętrznej sytuacji. Moje pytanie jednak brzmi: dlaczego debata publiczna w Europie jest tak ostrożna i anemiczna? No i dlaczego wszyscy się na to zgadzają? Jedyna szansa na wyjście z kryzysu zadłużeniowego opiera się o otwartą debatę. Z każdym kwartałem, w którym jedynie gramy na czas, zbliżamy się do naprawdę trudnej sytuacji. Właśnie teraz potrzebujemy stanowczej, bezkompromisowej polityki. Tego potrzebują wyborcy i powinni dać temu wyraz przy urnach. Mam nadzieję, że nie wszyscy jeszcze zamieniliśmy się w wyznawców Facebooka czy iPada, nie mających pojęcia o tym, co się dzieje poza własnym podwórkiem.

Nadchodzi krytyczny moment
Podróżując po Europie nie czuć jeszcze kryzysu, poza być może Grecją. Dzieje się tak tylko dlatego, że programy oszczędnościowe nie przynoszą efektów z dnia na dzień. Tak, rządy dużo mówią o reformach, a niektóre nawet zmieniły w tym kierunku prawo. Niemniej jeżeli obecna sytuacja wygląda nieciekawie, poczekajcie aż reformy, te w latach 2012-13, zostaną wprowadzone w życie. Wtedy dopiero można będzie mówić o kryzysie.
Najbliższe kwartały będą dla UE dość nieprzyjemne. Nadzieja jednak w tym, że w obliczu trwającego kryzysu, programów oszczędnościowych i podwyżek podatków pojawi się rzeczywista wola wprowadzenia reform, kosztem obecnej gry na czas. To dobra wiadomość. Już niedługo znajdziemy się w punkcie, w którym gorzej już być nie może. Jestem niemal pewny, że stanie się to przed końcem 2013 r. A wtedy ktoś gdzieś w Europie, może nawet w Niemczech, dostanie mandat do wprowadzenia prawdziwych zmian i pójdzie śladami Thatcher.

Wybierajmy mężów stanu
Margaret Thatcher przeprowadziła reformy, których efekty czujemy nawet dziś. Bez względu na ostateczne rezultaty, jej bezkompromisowa polityka zmian i bezpośredniej konfrontacji okazała się mieć zasadniczy wpływ na losy nie tylko Wielkiej Brytanii, ale i całej Europy. To właśnie takich przywódców potrzebujemy w obliczu dzisiejszego kryzysu. Miejmy nadzieję, że prędzej czy później również wyborcy to zrozumieją i podejmą odpowiednią decyzję przy urnie.

Autor jest ekonomistą specjalizującym się w analizach makroekonomicznych, jest również głównym ekonomistą i ekspertem Saxo Banku.

Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN