Mandat posła Kopycińskiego powinien zostać wygaszony

Jeszcze nowo wybrany Sejm nie zdążył zebrać się na pierwszym posiedzeniu, a już kielecki poseł Sławomir Kopyciński pośpiesznie przeszedł z SLD do Ruchu Palikota. Aspekt moralny jest w tej sytuacji oczywisty, doszło do obrzydliwego oszukania wyborców. Jednak można również mnożyć uzasadnione wątpliwości prawne – czy mandat posła Kopycińskiego nie powinien wygasnąć?

 

Stosując wykładnię systemową, a więc taką, która rozpatruje określony problem w kontekście całego systemu prawnego, można z dużą dozą pewności powiedzieć, że mandat posła Kopycińskiego wygasł. Do identycznego wniosku doprowadzi nas również wykładnia logiczna. Gdyby polskie prawo było logiczne, to Sławomir Kopyciński nie byłby już posłem.

 

Na kogo głosowali wyborcy?

Polski system wyborczy uwypukla rolę partii politycznych. Zasady ordynacji, wielkość okręgów wyborczych, wysoki stopień anonimowości, niski poziom identyfikowalności powodują, że wyborcy oddają swoje głosy przede wszystkim na partie polityczne, na szyld partyjny. W akcie głosowania kluczowy jest czynnik identyfikacji politycznej, zaś o wiele mniej istotną rolę odgrywa element jakości kandydata. Idąc dalej tropem tego rozumowania, całkowicie uprawnione wydaje się pytanie, czy wyborcy, dzięki którym poseł Kopyciński zdobył mandat, głosowali w pierwszej kolejności na partię polityczną, czy na konkretną osobę? Ale odwracając nieco sytuację, można zadać jeszcze inne pytanie – czy poseł Kopyciński bez szyldu partyjnego (w tym przypadku SLD) byłby w stanie zdobyć mandat? Odpowiedź brzmi – nie! Kielecki parlamentarzysta został wybrany dzięki poparciu ludzi, którzy zagłosowali na SLD. I można w socjologicznie uzasadniony sposób postawić tezę, że gdyby Kopycińskiego na liście SLD nie było lub gdyby znalazł się na innej konkurencyjnej liście, to głosy tych ludzi i tak padłyby na SLD. W tym punkcie polski system prawny jest niekonsekwentny. Przepisy ustawy o wykonywaniu mandatu posła nie korespondują z regulacjami ordynacji wyborczej. Otóż wszystko byłoby ok., gdyby w Polsce obowiązywała ordynacja jednomandatowa. Wówczas walor jakości kandydata chyba jednak rośnie, chociaż dla ostatecznych wyników wyborczych najistotniejszy jest też występujący w danym okresie ogólnokrajowy trend. Ale w wyborach jednomandatowych kandydat zdobywa mandat dzięki sumie głosów, która padła na jego nazwisko. Na liście partyjnej nie ma już innych kandydatów. Trudniej jest więc rozstrzygnąć, czy mandat został uzyskany dzięki popularności danego ugrupowania, czy też konkretnego kandydata. W przeważającej mierze – wbrew rozmaitym twierdzeniom – i w systemie jednomandatowym – kluczowy jest trend polityczny, ale mogą zdarzać się od tej reguły indywidualne odstępstwa. W systemie proporcjonalnym takich odstępstw nie ma.

 

Kluczowy jest czynnik polityczny

Zatem, gdyby w Polsce obowiązywała ordynacja jednomandatowa, to – abstrahując od aspektu etycznego, oceny moralnej całej sytuacji – poseł Kopyciński mógłby sobie iść dokąd chce. Jednak polski system wyborczy funkcjonuje według zasad proporcjonalnych. Obowiązująca ordynacja ma charakter proporcjonalny. Uwydatnia się to w dwóch istotnych punktach. Od strony aktu głosowania, w społecznym procesie wyborczym, wyborcy głosują w pierwszej kolejności na partię polityczną. Częstokroć kandydatów, którzy znajdują się na partyjnych listach wyborczych nawet nie znają; są oni dla nich indywidualnie nieidentyfikowalni, jednak kluczowy jest czynnik polityczny, określona preferencja polityczna, partyjny szyld. Najlepszym przykładem jest fenomen Ruchu Palikota, w ramach którego mandaty zdobyli zupełnie nierozpoznawalni ludzie, ulokowani na pierwszych miejscach partyjnej listy. Bez tego szyldu nie weszliby do Sejmu. Również od strony sposobu liczenia głosów, algorytmu przeliczania wielkości poparcia na liczbę miejsc w Sejmie, mandaty w pierwszej kolejności przyznaje się partiom, dokonuje się ich podziału pomiędzy startujące w wyborach ugrupowania polityczne. Dopiero później ulegają one rozdaniu w ramach konkretnej listy partyjnej. W jakiejś mierze ustawa o wykonywaniu mandatu posła próbuje uwzględniać tę sytuację. Na przykład, gdy poseł – nie daj Boże – umrze, utraci zdolność do parlamentarnej pracy, albo na skutek rozmaitych wydarzeń zrezygnuje z mandatu, wówczas mandat przypada kandydatowi z kolejno największą liczbą głosów z tej samej listy partyjnej. W systemie proporcjonalnym w razie wygaśnięcia mandatu nie organizuje się wyborów uzupełniających, gdyż jest on przyporządkowany partii. Jednak polskie prawo nie przewiduje sytuacji, co się dzieje, kiedy w ramach tej samej kadencji konkretny poseł przechodzi z jednej partii do drugiej. Stosując wykładnię systemową, analizując problem w kontekście całego systemu prawa wyborczego, powinno być to jednoznaczne z wygaśnięciem mandatu.

 

Matematyka obnażyła prawo wyborcze

Kazus posła Kopycińskiego jest ewidentnym przykładem naruszenia konstytucyjnej zasady reprezentatywności. Na marginesie uważam, że polscy prawnicy powinni coś z tą sytuacją zrobić, o to właśnie apeluję do nich w tym tekście. Pogwałcone zostało, bowiem podstawowe, konstytucyjne prawo do wyłaniania parlamentarnej reprezentacji. Wyborcy oddali swoje głosy w pierwszej kolejności nie na konkretnego posła, lecz na konkretną partię oraz program. Warto zwrócić uwagę, na konsekwencje wynikające z tego faktu. Polski system wyborczy jest tak skonstruowany, że na posła Kopycińskiego głosy oddało niewiele ponad 7 tys osób, a w wyniku jego zachowania grubo ponad 40 tys. utraciło swoją parlamentarną reprezentację, zostało pozbawionych mandatu. Poseł Kopyciński nie oszukał jedynie wyborców, którzy postawili krzyżyk bezpośrednio przy jego nazwisko, ale tych wszystkich ludzi, którzy głosowali na 32 kandydatów startujących w wyborach z ramienia SLD. Na jego mandat złożyło się bowiem również poparcie, uzyskane przez innych kandydatów umieszczonych na partyjnej liście. Właśnie argumentacja czysto matematyczna jest najbardziej miażdżąca dla Sławomira Kopycińskiego – w tym również dla niespójności polskiego systemu wyborczego. Liczby w tym przypadku najlepiej przemawiają do wyobraźni i obnażają absurdalność całej sytuacji. Kopyciński zdobył 7003 głosy, co w przeliczeniu na wielkości względne daje zaledwie 1,62 proc. ogółu głosujących w okręgu kieleckim. Z kolei lista SLD, na której się znajdował, zdobyła łącznie 40?096 głosów. W ramach listy rezultat Kopycińskiego daje tylko 16,63 proc. Łatwo zatem policzyć, że do zdobycia sejmowego mandatu potrzebne było jeszcze pięciu takich Kopycińskich, zakładając, że zdobyliby zbliżone do niego poparcie. 83,37 proc. głosów, które przyczyniło się do zdobycia w tym okręgu mandatu przez SLD nie padło na Kopycińskiego, tylko na innych kandydatów tej partii. Do otrzymania miejsca w Sejmie przez Kopycińskiego przysłużyli się więc w miażdżącej większości pozostali kandydaci SLD, ale mandat przypadnie Ruchowi Palikota.

 

Kwestia honoru

Najbardziej groteskowy w całej sytuacji jest fakt, że poseł Kopyciński przeszedł z SLD do Ruchu Palikota. Tym samym Palikot stał się jego politycznym mentorem. Jednak przy okazji wyszła na jaw hipokryzja obydwu Panów. Nieco ponad rok temu Palikot w podobnej sytuacji – gdy opuszczał Platformę Obywatelską – zrezygnował z mandatu. Dlaczego zatem teraz nie domaga się identycznej postawy od Kopycińskiego? Czy w sprawie Kopycińskiego obowiązują inne standardy? Dlaczego sam Kopyciński – skoro tak bardzo imponuje mu Palikot – nie pójdzie drogą swojego nowego politycznego idola? Teraz widać jak na dłoni, że zachowanie Palikota sprzed roku nie było motywowane przez kryteria etyczne, honor, przyzwoitość, lecz wynikało z zabiegu czystko marketingowego, obliczonego na polityczny zysk. Mamy do czynienia dokładnie z taką samą sytuacją, a jednak Janusz Palikot nie piętnuje postawy Kopycińskiego, ochoczo przyjmuje go w szeregi swojego ruchu. Jest w tym postępowaniu jakaś niespójność i niekonsekwencja. Tymczasem poseł Kopyciński nie posiada za grosz honoru. Zdradził swoich wyborców, podobnie jak wcześniej Arłukowicz, Kluzik-Rostkowska i wielu, wielu innych.