Miliardy z Unii, biliony z Niemiec?

Niedawnemu krachowi ekonomicznemu w Grecji towarzyszyły gwałtowne protesty jej społeczeństwa. Mieszkańcy Hellady, z temperamentem jak przystało na południe Europy, niemal na każdym kroku okazywali swoją niechęć, graniczącą z pogardą dla „księgowego Unii Europejskiej”, czyli Niemiec. Presja Angeli Merkel na uporządkowanie stanu finansów publicznych na Akropolu sprawiła, że jak bumerang powróciła w ulicznych i domowych dyskusjach kwestia wysokości i ewentualnego egzekwowania strat, jakie Grecja poniosła wskutek II wojny światowej. A kwota to niemała i obliczona – w tym przypadku wyjątkowo skrupulatnie przez zwykle wyluzowanych Greków – na ponad 200 mld dolarów amerykańskich.

Ostatnie dni nad Wisłą, z powodu publikacji w mediach o prowieniencji prawicowej, sprawiły że powrócił temat odszkodowań za niemiecką agresję na Polskę, jej okupację w latach 1939–1945 i z tego wynikające starty materialne i ludzkie, za sprawą jednego ze znanych ekspertów ds. międzynarodowych Grzegorza Kostrzewy-Zorbasa. Po trwającym rok dochodzeniu ustalił on, że wbrew powszechnej opinii o zamknięciu kwestii ewentualnych roszczeń naszego kraju względem Niemiec (obecne RFN jest w myśl konstytucji prawnym kontynuatorem Rzeszy) może ona mieć swoją kontynuację. Dlaczego? Za sprawą braku stosownego dokumentu w miejscu najbardziej do tego uprawnionym, czyli w rejestrze prowadzonym przez sekretarza generalnego ONZ w Nowym Jorku. Miał on trafić tam po zadeklarowanym zrzeczeniu się odszkodowań (z udziałem państwa polskiego) przez władze PRL w roku 1953. Procedura rejestracyjna wspomnianego dokumentu miała zaś dokonać się w 1969 r. Tyle tylko, że w pionie podległym sekretarzowi generalnemu dokumentu na wagę bilionów złotych nie ma. Podobnie jak w zasobach biblioteczno-archiwalnych.

Skoro padła już kwota, to trzeba powiedzieć, że jest ona wyliczona przez ekspertów (działającego pod koniec II wojny i tuż po jej zakończeniu) Biura Odszkodowań Wojennych przy Prezydium Rady Ministrów. Wtedy to oszacowano straty państwa polskiego na ponad 250 mln dolarów, co dzisiaj przekładałoby się na 850 mld dolarów. A przy obecnym kursie dawało dwa biliony złotych i jeszcze co najmniej pół z trzeciego. Przy czym mówimy o urealnieniu wartości w oparciu o inflację w ciągu minionych 70 lat, bez karnych odsetek. Przy czym warto dodać, że straty będące wynikiem niemieckiej agresji i okupacji Polski wspomniani eksperci z BOW wyliczyli, biorąc pod uwagę wyłącznie składniki materialne. A przecież niemal w każdej polskiej rodzinie, oprócz utraty domu czy innych składników majątkowych, miały miejsce znacznie boleśniejsze ubytki – życia ludzkiego. I związane z tym ostatnim, a odczuwalne na pokolenia, deformacje demograficzne. Gdyby wziąć to wszystko pod uwagę, ostrożne szacunki mówią o potencjalnych roszczeniach na kwotę 18 bilionów złotych. To suma niewiarygodnie wielka, nawet z punktu widzenia kolejnego urzędującego ministra finansów i jego, liczonych w dziesiątkach miliardów, rocznych deficytów budżetowych. Sam fakt ukazania się wspomnianej w polskiej prasie publikacji, za sprawą monitoringu niemieckiej ambasady w Warszawie, może nie spowodował stanu alarmowego w urzędzie kanclerskim, ale sprawił, że jeszcze bardziej niż do tej pory Berlinowi zależeć będzie na politycznym status quo nad Wisłą. Setki miliardów z Unii, biliony reparacji z Niemiec? Do tego przewidywane ogromne wpływy z wydobycia gazu łupkowego? Wygląda na to, że George Friedman, znany specjalista w dziedzinie geopolityki, w książce „Następne 100 lat” nie mylił się, przewidując wejście Polski do grona europejskich, a nawet światowych potęg. Ale czy uwzględnił ewentualny
„niemiecki bonus”?

Autor jest ekspertem psefologii, publicystą

Avatar

Marcin Palade

ekspert psefologii, publicysta