Na „zielonej wyspie” pomalowano trawę

Z poseł Beatą Szydło rozmawia Roman Mańka.

Czy mogłaby Pani wskazać główny rys różnicy pomiędzy koncepcją gospodarczą PiS a PO?

Obecny rząd prowadzi politykę na zasadzie doraźnych działań, przypominającą gaszenie pożaru, gdy już się pali oraz podejmowanie cząstkowych inicjatyw, które tylko na kilka miesięcy rozwiązują np. problemy zadłużenia czy bezrobocia. PO nie implementuje koncepcji mającej systemowy kształt i konsekwentnie realizowanej. Większość działań jest dyktowana względami marketingowymi. A więc, główny rys różnicy pomiędzy Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością sprowadza się do konstatacji, że PO nie posiada programu działania, my zaś go mamy.
PiS stawia na rozwój. Staramy się proponować rozwiązania prorozwojowe, zwiększające liczbę inwestycji. Jednak nie zapominamy o elementach państwa solidarnego, czyli wyrównywania szans egzystencji społeczno-gospodarczej, zarówno w wymiarze podmiotów prawnych, jak i ludzi. Tymczasem polityka PO, forsowana choćby w obszarze emerytalnym, nie ma niczego wspólnego ze sprawiedliwością społeczną.

Wielu obserwatorów życia politycznego zarzuca, że PiS jest partią
socjalistyczną, lokującą się po prawej stronie sceny politycznej. Którego
bieguna jest dzisiaj bliżej PiS: socjalnego czy liberalnego?

Nie wpadajmy w stereotypy utarte w obiegu publicznym. Odbieranie działań adresowanych do najsłabszych grup społecznych, borykających się obecnie z ogromnymi problemami na rynku pracy jako swego rodzaju polityki socjalistycznej, jest podejściem anachronicznym. Jest to typowo stereotypowe myślenie. W rzeczywistości oferta programowa PiS mieści się w obszarze paradygmatu konserwatywnego, zorientowanego na podejście prospołeczne oraz solidarnościowe. Oczywiście w tym miejscu pojawia się pytanie dotyczące znaczenia polityki liberalnej.

PO jest formacją liberalną?
Trudno uznać za liberalną partię, która nieustannie podnosi podatki i uderza swą polityką w przedsiębiorców. Wszystkie działania podejmowane przez PO, takie jak choćby podnoszenie stawek VAT czy zwiększanie wymiaru składek rentowych, ograniczają przedsiębiorczość. W dyskursie publicznym krąży wiele stereotypów przypisujących uczestnikom życia politycznego tożsamości, których w rzeczywistości nie posiadają i przyczyniają się do powstawania uproszczeń.
PiS odwołuje się do pojęcia patriotyzmu gospodarczego. Myślimy przede wszystkim o rozwoju polskiej gospodarki, zwiększeniu rodzimej produkcji oraz stworzeniu realnych szans dla naszych przedsiębiorców. Nie zapominamy jednak o podatnikach, a także potrzebie zdynamizowania rynku pracy w celu poprawy położenia najuboższych grup społecznych.

Jakie są konkretne założenia programu PiS w sferze rozwoju polskiej gospodarki?

Koncentrujemy się na trzech zasadniczych obszarach działania. Pierwszy ma strategiczne znaczenie dla rozwoju gospodarki i dotyczy zmiany obecnie funkcjonującego systemu podatkowego. Polski model polityki fiskalnej jest chronicznie niewydolny. PiS uważa, że można go poprawić, ale nie poprzez rewolucję czy uciekanie się do podwyższania stawek podatkowych. Klucz do uzdrowienia sytuacji leży na płaszczyźnie prawa, a więc w zakresie zmiany aktualnie obowiązujących przepisów prawnych. W tej materii złożyliśmy dwa projekty ustaw dotyczące podatków od osób fizycznych i prawnych oraz VAT-u.
Drugi obszar wymagający radykalnych reform, obejmuje rynek pracy. Opracowaliśmy Narodowy Program Zatrudnienia i skierowaliśmy go do Sejmu. Projekt zawiera rozwiązania adresowane do przedsiębiorców, pracodawców, ale także do samorządów i pracowników. Jest to kompleksowa koncepcja nastawiona na tworzenie nowych miejsc pracy, głównie dla ludzi młodych. Przewiduje ona wiele instrumentów zwiększających zatrudnienie w gospodarce, takich jak np.: dotacje dla przedsiębiorców i samorządów, a także stypendia dla pracowników. Program ma charakter horyzontalny, jest rozłożony na okres 10 lat. Szacujemy, że tylko na jego bazie, bo to jest jedynie jeden z elementów zaprezentowanej przez nas filozofii walki z bezrobociem, w Polsce mogłoby powstać ok. miliona dwustu tysięcy nowych miejsc pracy. Obciążenia wynikające z tego tytułu dla budżetu państwa byłoby zbilansowane, gdyż wydatki poniesione w pierwszej fazie realizacji programu, później zrekompensowałyby się w rezultacie zwiększenia miejsc pracy, a w ślad za tym, poszerzenia obszaru fiskalnego. Z tym wiązałaby się reguła, według której z poszczególnych segmentów Narodowego Programu Zatrudnienia można byłoby skorzystać tylko raz, żeby uniknąć sytuacji, że określone podmioty są wielokrotnymi beneficjentami dotacji budżetowych. Trzeci pakiet proponowanych przez nas rozwiązań dotyczy odbudowy rodzimego przemysłu. Polska nie może pozostać krajem, na którego terenie powstają tylko montownie podzespołów produktów wytwarzanych przez zagraniczne fabryki.

A istnieje jeszcze coś takiego jak polski przemysł?

Pewnie niewiele go jeszcze pozostało, ale jakieś elementy można wskazać. Dlatego świadomie kładziemy nacisk na odbudowę polskiego przemysłu. Niewątpliwie istnieje to, co stanowi społeczną treść struktur przemysłowych, czyli kadra, a ujmując rzecz w szerszym rozumieniu – kapitał ludzki. Są też miejsca, gdzie występują silne tradycje przemysłowe oraz zachowała się część infrastruktury. Przemysł powinien stać się jednym z filarów polskiej gospodarki, drugim musi być polska przedsiębiorczość. Gdy spojrzy się na naszą gospodarkę, widać, że małe firmy stanowią jej podstawę.
Wszyscy mówią o deregulacji czy uproszczaniu przepisów prawnych, jednak w praktyce niewiele z tych haseł wynika. Tymczasem można doprowadzić do realnego usprawnienia administracji i ograniczenia przerostów biurokratycznych. Wówczas na pewno będzie lepiej. Mówi o tym jeden z naszych dokumentów przygotowany wspólnie z Fundacją Republikańską w zakresie administracji. Jednak pamiętajmy, że gospodarka to nie tylko sprawy związane z kapitałem czy produkcją. Podstawą życia gospodarczego musi się stać oświata. W programie PiS ten element został bardzo mocno zaakcentowany. Na przykład opowiadamy się za odbudową szkolnictwa zawodowego, aby stworzyć silne zaplecze ludzi posiadających wysokie kwalifikacje do wykonywania pracy w przemyśle lub w sektorze prywatnym.

PiS ocenia negatywnie aktualny system edukacji?

Obecna formuła edukacyjna oparta o sześcioklasową szkołę podstawową,
trzyletnie gimnazjum i trzy – a właściwie dwuipółletnie – liceum nie zdaje egzaminu. Model, który nie przygotowuje w odpowiedni sposób do matury, skupiając się w praktyce jedynie na uczeniu młodych ludzi rozwiązywania testów, nie może być oceniany jako dobry. Dlatego postulujemy gruntowną zmianę ustroju szkolnictwa. Jednak propozycje zmian w systemie edukacyjnym są tylko jednym z elementów naszego podejścia, zorientowanego na budowę potencjału ludzkiego. Oprócz tego posiadamy duży program skierowany do rodzin. Dostrzegamy poważne zagrożenia dla Polski, jakie wiążą się z negatywnymi trendami demograficznymi.

W jaki sposób odpowiedziałaby Pani ministrowi finansów Jackowi Rostowskiemu, który nazwał program PiS „piramidą finansową”? W jego ocenie propozycje zgłoszone przez PiS w pierwszym roku ich implementacji kosztowałyby budżet państwa 50 mld zł, a na przestrzeni kolejnych trzech lat – 80 mld zł.

Minister Rostowski skompromitował się swoją wypowiedzią i chyba wszyscy to zauważyli. Sformułowaliśmy odpowiedź pokazującą, że tego typu twierdzenia są nieprawdziwe. Enuncjacja ministra finansów była czysto PR-owskim zagraniem. Stąd myślę, że szkoda czasu, aby z nim polemizować. Wyjaśnijmy sobie jedną podstawową rzecz: zaprezentowany przez nas program ma charakter horyzontalny i jest rozpisany na kilka lat. W pierwszym roku zakładamy wprowadzenie mechanizmów pobudzających gospodarkę, takich jak np.: obniżenie składki rentowej dla przedsiębiorców; rozpoczęcie zmian w systemie emerytalnym, ponieważ uważamy, że powinna istnieć możliwość wyboru pomiędzy ubezpieczeniami w ZUS a OFE, co w dłuższym okresie również powinno przynieść oszczędności budżetowe; wprowadzenie pierwszego etapu programu rodzinnego i Narodowego Programu Zatrudnienia.
Według naszych szacunków w pierwszym roku implementacji tych rozwiązań, ich koszty wyniosłyby ok. 13 mld zł, przy osiągniętych wpływach wynikających z tego tytułu w granicach 11 mld. Czyli mielibyśmy ok. dwa mld deficytu. Przy założeniu, że na nasz program pozytywnie zareagowałyby rynki finansowe, obniżeniu uległaby również wysokość kosztów związanych z obsługą długu publicznego, co oznaczałoby kolejne oszczędności dla budżetu. W ten sposób nasz program byłby stopniowo wprowadzany w następnych latach. Na pewno jego koszt nie wyniesie 50 mld w ciągu jednego roku budżetowego. Minister Rostkowski dokonał manipulacji, przedstawił wyliczenia instrumentalnie, skupiając się jedynie na stronie wydatkowej; całkowicie zaś pominął przychody do budżetu. Recenzja ministra Rostowskiego się nie broni, szczególnie w kontekście nowych pomysłów rządu. Propozycje rządu to kolejne zadłużanie Polski, przerzucanie zadań na samorządy i planowanie oraz przesuwanie pieniędzy w budżecie, na zasadzie zabierania jednym i dodawania innym. Dobrym przykładem jest chociażby zwiększanie pieniędzy na opiekę przedszkolną, kosztem dofinansowania szkół. Przedszkola powinny być finansowane z budżetu, ale nie powinno się tych pieniędzy zabierać szkołom. W budżecie takie środki można znaleźć gdzie indziej, chociażby w administracji.

Minister Finansów jest jednak strażnikiem budżetu, musi zatem przejrzeć
przysłowiową złotówkę po kilka razy z każdej strony, zanim ją wyda.

W Polsce potrzebna jest inna filozofia spojrzenia na rolę ministra finansów oraz tego co powinien on robić. Oczywiście jego obowiązkiem jest koncentrowanie się na księgowaniu i rachunkowości – na tym niewątpliwie polega jego misja, bo jest strażnikiem państwowej kasy. Tyle tylko, że jeżeli będzie się skupiał jedynie na tym obszarze, to zabraknie miejsca na działania prorozwojowe. Roli ministra finansów nie można sprowadzić wyłącznie do poczynań doraźnych i zapewniania zgodności księgowej w tabelach. To nie jest dobry sposób postępowania. Na gospodarkę trzeba patrzeć szerzej. Podejście czysto monetarystyczne powoduje, że w pewnym momencie nie ma już możliwości obcinania większej liczby wydatków. Metody oszczędnościowe, które zaproponował minister Rostowski niespecjalnie się sprawdzają, bo dług publiczny nieustannie rośnie. W tej chwili nie można już wprowadzać kolejnych cięć czy podwyższać podatków, gdyż ludzie tego rodzaju polityki nie wytrzymają. Trzeba myśleć inaczej. Czyli prowadzić gospodarkę w taki sposób, aby do budżetu wpływało coraz więcej pieniędzy.

Może Pani zapewnić społeczeństwo, że w przypadku przejęcia przez PiS władzy nie podwyższycie progów emerytalnych?

Całą dyskusję na temat emerytur należy rozpocząć od modyfikacji reformy systemu emerytalnego. Na pewno trzeba odejść od obecnego stanu i wprowadzić dobrowolność wyboru. Podwyższanie składek emerytalnych, podatków, danin czy jakichkolwiek innych zobowiązań, nie jest dobrym rozwiązaniem. Oczywiście szczegółowa odpowiedź na to pytanie będzie możliwa dopiero wówczas, kiedy dokładnie poznamy sytuację.

Chodziło mi o progi wieku emerytalnego, które wywołują w Polsce liczne kontrowersje. Czy PiS może zagwarantować, że w razie ewentualnego objęcia władzy przywróci formułę 60/65?

Mówimy stanowczo, że najlepszym rozwiązaniem jest powrót do stanu istniejącego przed tegoroczną reformą systemu emerytalnego wprowadzoną przez rząd Donalda Tuska. Jednocześnie opowiadamy się za dobrowolnością wyboru – jeżeli ktoś wyrazi intencje, aby pracować dłużej, to proszę bardzo. Ale minimalny próg uprawniający do przechodzenia na emeryturę powinien być wyznaczony na granicy 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. W mojej ocenie  reforma emerytalna przeforsowana przez obecną koalicję rządową przy pomocy głosów Ruch Palikota, nie przyniesie spodziewanych efektów. Zresztą trudno ją nawet nazwać reformą. Dlatego opowiadamy się za wycofaniem z tego pomysłu. Prawo i Sprawiedliwość zniesie obecny przepis o przejściu na emeryturę w wieku 67 lat. Jesteśmy za dobrowolnością wyboru. Ma to dotyczyć nie tylko momentu przechodzenia na emeryturę, lecz także decyzji czy płatnicy składek chcą pozostać w ZUS-ie czy też odejść do OFE. Najpoważniejszym problemem jest wysokość emerytur. To jest kwestia podstawowa. Należy się zastanowić, co zrobić, aby ludzie otrzymujący
aktualnie najniższe emerytury mogli godziwie przeżyć od miesiąca do miesiąca. Obecnie pracujemy nad projektem ustawy, która zwalniałaby z opodatkowania najniższe emerytury, kształtujące się na poziomie do tysiąca złotych. Taka propozycja zostanie przez nas złożona.

To ile osoba otrzymująca obecnie tysiąc złotych zyskałaby na wprowadzeniu takiej ustawy?

Nie płaciłaby podatków.

Czyli dostałaby do ręki całe tysiąc złotych?

Mówiąc fachowo, tysiąc złotych netto, a więc – do ręki. Ale następowałoby to w formie zwrotu podatkowego. Chodzi o wprowadzenie odpowiedniego mechanizmu budżetowego. Emeryci składaliby deklaracje podatkowe, a później otrzymywali  nazwijmy to, zwrot nadpłaconego podatku w formie wyrównania do tysiąca złotych emerytury miesięcznie.

No i właśnie prof. Stanisław Gomułka twierdzi, że tej części programu PiS dotyczącej systemu emerytalnego, najbardziej się obawia. Uważa, że jest to rozwiązanie niemożliwe do realizacji, które może doprowadzić do katastrofy finansów publicznych.

Podobne obawy mogą budzić poczynania rządu Platformy Obywatelskiej. Osobiście rozumiem zastrzeżenia prof. Gomułki i możemy o nich dyskutować. Jednak nie sądzę, aby nasze propozycje mogły doprowadzić do ruiny finansów publicznych, zwłaszcza jeżeli będziemy próbowali w innych obszarach gospodarki implementować programy prorozwojowe. Obecnie nasze finanse publiczne są i tak w kiepskim stanie, a będą w jeszcze gorszym, jeśli zostaną utrzymane propozycje rządu PO, a więc w praktyce, ciągłe podwyższanie kosztów pracy, utrwalanie strukturalnie wysokiego bezrobocia
oraz przygniatanie budżetów gospodarstw domowych kolejnymi podatkami. Ostatnio pojawił się nawet tak kuriozalny pomysł, jak podatek od deszczu. Co prawda adekwatna możliwość funkcjonuje w polskim prawie, tyle tylko, że tego rodzaju przepisy są nieegzekwowalne i dotyczą poziomu samorządów. Jednak w przypadku propozycji podatkowych PO nie mamy do czynienia z jakimś abstrakcyjnym ośrodkiem samorządowym, lecz obciążenia uderzą w konkretnych ludzi. Można się zastanawiać, czy za tysiąc złotych miesięcznie, a właściwie mniej, gdyż trzeba odliczyć rozmaite podatki, najbiedniejsze rodziny będą w stanie przetrwać. W Polsce są ludzie, którzy otrzymują świadczenia emerytalne czy rentowe w wysokości nieprzekraczającej 500 – 600 zł. A więc musimy brać pod rozwagę również kwestie społeczne. Zgadzamy się z postulatem stabilizowania finansów publicznych, a także szukania rozwiązań
niepogłębiających deficytu budżetowego i długu publicznego, czyli wdrażania mechanizmów prorozwojowych, ale nie wolno nam zapominać o drugim ważnym elemencie – musimy uwzględniać kondycję ekonomiczną społeczeństwa i patrzeć jak ludziom się żyje. Czy mogą wytrzymać więcej, czy też kolejne obciążenia przekroczą ich możliwości egzystencjalne?
Odpowiadając wprost na obawy wyartykułowane przez prof. Gomułkę, mogę powiedzieć stanowczo: w naszym programie kwestie dotyczące rozwoju rynku pracy czy  zwiększenia inwestycji korespondują z możliwościami budżetowymi. Poza tym, projekty systemu podatkowego zaproponowane przez PiS przewidują rozwiązania dające przedsiębiorcom możliwość korzystania z ulg podatkowych z tytułu działalności inwestycyjnej.

Z tego co zrozumiałem Państwo proponują inną konstrukcję budżetu?

Politykę finansową można inaczej poukładać. Pytanie – jaki będzie budżet? Nie łudźmy się, sytuacja jest bardzo trudna i prawdopodobnie zacznie się jeszcze bardziej pogarszać. Ale jeżeli nie zrobimy niczego, aby przełamać stagnację – zadowalając się, tak jak miało to miejsce przez ostatnie pięć lat dniem dzisiejszym, coś tam tylko pudrując w celu wytworzenia wirtualnego wizerunku w mediach – kryzys będzie się dalej pogłębiał i w pewnym momencie możemy stanąć w obliczu dramatycznej sytuacji. Wiele kontrowersji budzi również dotychczasowe wykorzystywanie środków unijnych. Potrzebne jest racjonalne gospodarowanie funduszami europejskimi, a nie realizowanie inwestycji, których wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Zobaczymy jakim rezultatem się one zakończą, ale zapewne część pieniędzy trzeba będzie zwrócić. Do tego dochodzą jeszcze problemy z wykonawcami poszczególnych robót i wiążąca się z tym groźba wypłacania ogromnych kar.

Pani zdaniem środki z Unii Europejskiej były źle inwestowane?

Nie zawsze pieniądze z funduszy pomocowych były właściwie wykorzystywane. Zbyt wiele mamy przykładów marnowania pieniędzy inwestycyjnych. Z jednej strony realizowane są inwestycje kosztochłonne, które w żaden sposób nie wpływają na rozwój, z drugiej nieudolność w prowadzeniu inwestycji prowadzi do dodatkowych kosztów. Symboliczne jest budowanie w ramach inwestycji unijnych fontann w każdej prawie polskiej miejscowości. Ludzie nie mają kanalizacji, ale władze lokalne fundują im fontannę. Niewielu też się zastanawia, ile jej utrzymanie będzie potem kosztować, a na to pieniądze
muszą już wyłożyć podatnicy. Myślę, że teraz symbolem marnowania pieniędzy publicznych stanie się Stadion Narodowy. Kolejna kwestia, budząca kontrowersje, to chociażby szkolenia, realizowane w ramach różnych programów np. w ramach priorytetu Kapitał Ludzki. Warto się przyjrzeć, jaki jest efekt tych szkoleń, ile osób korzystających z nich znalazło na przykład stałe zatrudnienie. Wydawanie środków unijnych musi być efektywniejsze, skuteczniejsze, a przede wszystkim skierowane na rzeczywiste programy
rozwojowe.

Czy w Polsce mamy już do czynienia z kryzysem?

Moim zdaniem tak.

A czy w ostatnich latach Polskę dotknął czy nie, bo zdania ekonomistów są na ten temat podzielone?

Kryzys pojawił się w naszym kraju już w roku 2009. To był moment, w którym nastąpiła pierwsza od wielu lat nowelizacja budżetu. Jednak perturbacje ekonomiczne nie były konsekwencją realnych dysfunkcji w polskiej gospodarce. Przypomnę, że rząd premiera Tuska przejął po okresie sprawowania władzy przez PiS dobry stan finansów publicznych i budżetu i dobrą sytuację na rynku pracy. To był kryzys wywołany złymi decyzjami rządu Platformy Obywatelskiej. Przyjęto zbyt optymistyczne, propagandowe założenia makroekonomiczne, budowane dla celów marketingowych pod konkretne wybory polityczne. Mieliśmy do czynienia z całą sekwencją działań propagandowych instrumentalizujących polską gospodarkę, a przede wszystkim sferę finansów publicznych. W 2009 r. miały się odbyć wybory do Parlamentu Europejskiego, a więc aby zapewnić PO spektakularne zwycięstwo, rząd śrubował wydatki budżetowe w pierwszych sześciu miesiącach, co doprowadziło w konsekwencji do nowelizacji ustawy budżetowej już po rozstrzygnięciu wyborów. Podobnie w 2010 r., kiedy przypadły wybory prezydenckie i samorządowe, mimo trudnej sytuacji finansów publicznych kontynuowano tę samą politykę budżetową. Analogicznie w roku 2011, gdy kalendarz polityczny przewidywał wybory parlamentarne. Przez cały czas utrzymywano mit „zielonej wyspy”.

Czyli mówiąc kolokwialnie – na zielonej wyspie malowano trawę?

Moim zdaniem tym właśnie cechowały się poczynania obecnego rządu i przyniosły one ogromną szkodę dla polskiej gospodarki. Gdyby w 2009 r. uczciwie powiedziano, że nadchodzą trudne czasy i trzeba zmienić filozofię myślenia o finansach, ale nie w kierunku podwyższania podatków, czy nikt by nie miał pretensji, że koalicja rządząca podejmuje reformy. Przypomnę, że wówczas Prawo i Sprawiedliwość, dostrzegając nadchodzące problemy, zaproponowało rządzącym pakt stabilizacyjny. Zostaliśmy wtedy wyśmiani,
a politycy PO z uporem lepszej sprawy twierdzili, że kryzysu nie ma. Dzisiaj okazuje się kto miał rację. Niestety, to gorzka satysfakcja. Straciliśmy pięć lat. Tymczasem dla celów propagandowych podtrzymywano mit zielonej wyspy, podwyższając w międzyczasie VAT i inne obciążenia. W rezultacie takiej polityki osiągnięto marny efekt. Minister Rostowski, poprzez rozmaite sztuczki statystyczne, uprawia grę księgową. Na koniec roku budżetowego wszystko mu się bilansuje, deficyt okazuje się mniejszy od zakładanego, ale
to jest czysta propaganda, niewiele znacząca dla realnej gospodarki. Proszę zwrócić uwagę, że mimo różnego rodzaju cięć budżetowych, koszty obsługi dług  publicznego permanentnie rosną. W strukturze naszego zadłużenia niepokoi wysoki udział długu zewnętrznego. To prowadzi do coraz większego uzależnienia od sytuacji zewnętrznej. Stąd jesteśmy w coraz większym stopniu uzależnieni od rynków finansowych, kursów walut i różnego rodzaju agencji ratingowych. To może w pewnym momencie spowodować, że ta tykająca bomba z opóźnionym zapłonem wybuchnie

Jednocześnie minister Rostowski umacnia złotówkę, angażując w tym celu spore
środki budżetowe. Czy to dobra metoda zwiększania wartości własnej waluty?

Minister Rostowski zręcznie posługuje się rozmaitymi instrumentami finansowymi, tyle tylko, że niewiele z tego wynika dla polskiej gospodarki, a w ślad za tym i dla obywateli. W sposób sztuczny umacnia złotówkę, zaciąga kolejne kredyty, dysponuje elastyczną linią kredytową, która również sporo kosztuje budżet państwa. Jednak co z tego, skoro wszystkie te działania nie prowadzą do realnego pobudzenia polskiej gospodarki. Cały czas podtrzymywany jest stan tykającej bomby, a rząd hołduje myśleniu, aby lont się jak
najdłużej palił, nie myśląc o tym, co będzie za cztery, pięć czy dziesięć lat. Czasami mam wrażenie, że jest to polityka na przeczekanie. Liczenie, że być może sytuacja się samoczynnie poprawi.

Jednak kryzys panuje w całej Europie. Sytuacja gospodarcza Polski jest uzależniona od czynników zewnętrznych.

Jeszcze do tego roku premier Tusk i minister Rostowski łudzili się, że poprawi się sytuacja gospodarcza naszego głównego partnera handlowego, czyli Niemiec. Jednak ta kalkulacja okazała się błędna – wszystko wskazuje na to, że nasi zachodni sąsiedzi się tak szybko nie pozbierają. A więc kiedy problemy naszego otoczenia zaczną się pogłębiać, położenie Polski może stać się jeszcze trudniejsze. Oceniając globalne tendencje makroekonomiczne w Europie, rząd wykazał się krótkowzrocznością i całkowitym brakiem wyobraźni. Trzeba liczyć przede wszystkim na siebie, budując siłę rodzimej gospodarki. Nie wiemy co będzie z Unią Europejską. W tej chwili słyszymy, że
mają powstać jakieś dwa unijne budżety. Koncepcja Tuska, aby trzymać się kurczowo Niemiec, powoli zamienia się w ruinę. Na tym fundamencie nie znajdziemy swojej szansy na szybki rozwój gospodarczy. Dlatego z przykrością stwierdzam, że czekają nas jeszcze trudniejsze czasy.

Prof. Krzysztof Rybiński twierdzi, że w okresie rządów Platformy Obywatelskiej zadłużano się „w przyszłości”, czyli mówiąc obrazowo – zabierano pieniądze mojej córki, aby rozwiązywać problemy teraźniejszości, w celu utrzymania się przy władzy i amortyzowania zjawisk kryzysowych.

Aktualnie Polska ma zaciągnięty jeden z najdroższych kredytów na świecie, który jest rozłożony w czasie, a jego ciężar spadnie na następne pokolenia. Diagnoza prof. Rybińskiego jest trafna.

Jestem ostrożny w bezkrytycznym traktowaniu teorii spiskowych, jednak trzeba przyznać, że one czasami prawdziwie opisują charakter rozmaitych zjawisk politycznych, społecznych czy gospodarczych. Czy nie jest tak, że Polskę świadomie i celowo się zadłuża, podobnie jak Grecję, aby później zbankrutowała i można było ją przejąć?

Najlepiej do wyobraźni przemawiają fakty, na nich się więc skoncentrujmy: ponad 70 proc. polskiego sektora bankowego znajduje się w rękach zagranicznego kapitału i jest uzależnione od rynków zewnętrznych; pozwolono na zniszczenie polskiego przemysłu; nie zagwarantowano równych szans dla polskich rolników, w zestawieniu z wykonawcami tego samego zawodu w innych krajach Unii Europejskiej; nie zapewniono polskim firmom realizującym zlecenia państwowe płynności finansowej, a z drugiej strony do prowadzenia
najważniejszych inwestycji infrastrukturalnych zaangażowano podmioty zagraniczne, które znajdują się poza kontrolą państwa polskiego i trzeba będzie najprawdopodobniej im zapłacić wysokie odszkodowania z tytułu zerwanych kontraktów; doprowadzono do zabicia polskiego handlu poprzez wpuszczenie praktycznie do każdego, nawet najmniejszego, miasta gigantycznych sieci handlowych, z którymi mali przedsiębiorcy nie mają żadnych szans.

W kontekście wszystkich tych działań rodzi się pytanie: dlaczego to zrobiono? Czy ktoś, prowadzący zaprojektowaną w ten sposób politykę gospodarczą, kieruje się polskimi interesami i liczy, że będziemy mogli poważnie konkurować z innymi graczami na arenie europejskiej?

Trudno powiedzieć, dlaczego polski rząd przyjął postawę bezkrytycznego hołdowania
wszystkim koncepcjom pojawiającym się w UE, bez domagania się silnej i równoprawnej pozycji dla naszego kraju. To przypomina trochę postawę ubogiego krewnego, który koniecznie chce być na salonach, więc tylko potakuje i siedzi cicho. Tymczasem w UE wszyscy walczą o swoje. Nie łudźmy się, to bezwzględna walka o własne interesy. A, że jest to lukrowane wspólnotową propagandą jednoczenia się, to inna sprawa. Czasami odnoszę wrażenie, że w Brukseli wszyscy, poza politykami PO, doskonale rozumieją, iż
kapitał ma narodowość.
Polska jest dużym krajem, jesteśmy atrakcyjnym rynkiem. Niestety, na przestrzeni ostatnich 5 lat nie wykorzystaliśmy swojej szansy na zbudowanie pozycji lidera w regionie. Uzależniając się od Niemiec, pozwoliliśmy na zepchnięcie naszej gospodarki do roli peryferii. Obecnie Polska jest krajem montowni rozmaitych podzespołów, wykorzystywanych w złożonym procesie produkcji różnego rodzaju towarów, wytwarzanych przez niemieckie przedsiębiorstwa.
Symbolicznym przykładem braku odpowiedniej podmiotowości polskiej polityki jest los jaki spotkał kolebkę Solidarności, czyli Stocznię Gdańską. Rząd premiera Tuska, który przecież sam mieszka w Gdańsku, nie potrafił tego zasłużonego dla naszej historii zakładu uratować. Tymczasem w momencie kiedy zamykano Stocznię w Gdańsku jej odpowiedniczka po drugiej stronie Odry, w Rostocku, otrzymywała dotację z Unii Europejskiej. Nam powiedziano, że się tego nie da załatwić. Podobnie jest w obszarze rolnictwa. Były minister Marek Sawicki ciągle powtarzał, że polscy rolnicy nie mogą otrzymać wyższych dopłat, gdyż Niemcy na tym by stracili. Nie zapewniliśmy sobie symetrii w stosunkach międzynarodowych, istniejących w ramach Unii Europejskiej.

Niektórzy uważają, że Polska jest kolonią.

Nie posunęłabym się aż do tak daleko idącej diagnozy, ale na pewno staliśmy się krajem kompletnie uzależnionym od innych gospodarek, w tym niemieckiej. Polska w pewnym sensie przestaje być państwem suwerennym gospodarczo, dlatego PiS kładzie w swej filozofii myślenia o gospodarce potężny nacisk na budowanie i propagowanie patriotyzmu gospodarczego. Niemcy są patriotami gospodarczymi, podobne nastawienie prezentują Francuzi czy Brytyjczycy.

Wiele troski wykazuje Pani wobec ludzi najbiedniejszych i chwała Pani za to.
Jednak jak to się ma do faktu, że kiedy PiS sprawował władzę, obniżano
podatki dla najbogatszych? W Waszym postępowaniu ujawnił się poważny
dysonans pomiędzy zapowiedziami a realną polityką.

Dzięki temu, że wicepremier Zyta Gilowska obniżyła podatki, Polska w następnych latach, aż po czas obecny, mogła się rozwijać. Skonsumował to, a właściwie roztrwonił, rząd Donalda Tuska. Ludzi najsłabszych, znajdujących się w najtrudniejszej sytuacji materialnej należy wspierać, ale żeby ta pomoc była możliwa, trzeba tworzyć warunki
działania dla osób produkujących. Ci, którzy inwestują, muszą posiadać środki na otwieranie nowych przedsięwzięć, zwiększanie zatrudnienia i, koniec końców, na wytwarzanie polskiego PKB. Dlatego pozostawienie większej ilości pieniędzy w kieszeniach przedsiębiorców czy spowodowanie, aby społeczeństwo przeznaczało więcej środków na konsumpcję, jest dobrą drogą.
Obecny rząd prowadzi politykę odwrotną, chce zabrać pieniądze z ulg dla najbogatszych rodzin. W tym momencie pojawia się pytanie o kryterium – co to znaczy najbogatsze rodziny? Rząd twierdzi, że dotyczy to gospodarstw domowych, których dochód osiąga poziom 120 tys. zł rocznie. Tyle tylko, że w tej grupie znajdują się nierzadko młodzi ludzie zakładający rodziny, posiadający jedno dziecko, cechujący się ambicjami zawodowymi. Oni te pieniądze mogliby przeznaczyć na konsumpcję, np. na zakup mieszkania, dzięki
czemu pobudzane jest budownictwo, co ma dla rozwoju gospodarki bardzo duże
znaczenie. Jeżeli budżet nie będzie miał skąd brać środków finansowych, to najuboższym
warstwom społecznym nie uda się pomóc. A więc należy prowadzić politykę dwutorową: z jednej strony, wspierać tych którzy produkują, zarabiają pieniądze, wytwarzają PKB, a z drugiej, pomagać osobom znajdującym się w najtrudniejszej sytuacji.

To samo mówił były premier Wielkiej Brytanii i lider Labour Party, Tony Blair, uważany za twórcę kanonu nowoczesnej socjaldemokracji. Stworzył on paradygmat europejskiej centrolewicy, wg którego, najpierw trzeba wytworzyć dochód, a dopiero później go podzielić

Myślę, że nie tylko Tony Blair i socjaldemokracja posiada patent na tego typu poglądy. Można je odnaleźć również w Społecznej Nauce Kościoła. Trzeba wytwarzać dochód narodowy i dzielić go sprawiedliwie. Jednak przy tym wszystkim niezwykle ważne jest, aby pozostawić ludziom możliwość kreowania swobodnych działań gospodarczych. Musimy mieć świadomość znaczenia odbudowania polskiego przemysłu dla przyszłości naszego kraju. Jestem tego ogromnym orędownikiem. Ale to nie będzie ani łatwe, ani nie stanie się szybko. Natomiast poprawę warunków działania dla polskich przedsiębiorców
można zapewnić od razu. Dzięki temu natychmiast powinny zacząć powstawać małe polskie firmy i próbować aktywnie działać na rynku. W historii przeżywaliśmy już podobny boom po wprowadzeniu reform ministra przemysłu Mieczysława Wilczka, dziś już uważanych wręcz za mityczne. To w ten sposób zaczynał się polski kapitalizm. Kiedy na przełomie lat 80. i 90. stworzono ludziom możliwość prowadzenia swobodnych biznesów, polska gospodarka zaczęła się rozwijać. To jest droga, która może wyprowadzić nas na prostą.

Wielu ekspertów wyraża opinię, że w programie PiS znajdują się propozycje mogące wywołać skutki przeciwne do zamierzonych – mam na myśli na przykład postulat dotyczący wprowadzenia tzw. podatku bankowego. Przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich, Ryszard Petru, uważa, że koszty tego rodzaju rozwiązań zostaną przeniesione na klientów i to właśnie w ich kieszenie faktycznie uderzą.

Nie zgadzamy się z takimi konstatacjami i stoimy na stanowisku, że podatek konstruowany w formie opodatkowania aktywów jest najbezpieczniejszy dla klientów. Analizowaliśmy mechanizmy wprowadzone w różnych krajach, wybierają ostatecznie model opodatkowania aktywów, który gwarantuje, że koszty podatków nie będą w łatwy sposób przerzucane na ludzi korzystających z usług bankowych.
Jeżeli stawiamy sobie za cel ochronę najsłabszych grup społecznych, to budżet musi skądś pozyskiwać pieniądze. W ubiegłym roku sektor bankowy wygenerował w Polsce zyski w wysokości 15,5 mld zł, zaś obecnie zarobi ok. miliarda więcej. Gdy do tego dodamy, że relatywnie odprowadza on do budżetu państwa mniejsze daniny niż firmy produkcyjne, to pojawia się uzasadnione pytanie, czy dzielimy się biedą równo. PiS uważa, że sektor bankowy jest poważnym źródłem, z którego budżet państwa może zaczerpnąć środki finansowe w taki sposób, aby koszty tego transferu nie zostały
przeniesione na klientów. Konkurencja bankowa też przecież nie jest bez znaczenia.
Ale my mówimy o jeszcze jednej niezmiernie ważnej sprawie w kontekście banków, a mianowicie o ich repolonizacji. Trzeba spowodować, aby część podmiotów składających się na sektor bankowy – w naszej ocenie jest to ok. 30 proc. banków znajdujących się obecnie w polskich rękach – nadal w polskich rękach pozostała. Uważamy również, że należy doprowadzić do sytuacji, w której dwa, trzy banki mogłyby być wykupione przez PKO BP. To kluczowe w procesie repolonizacji sektora bankowego.

Ale w ten sposób wywołacie wojnę z potężną grupą interesów.

Jeśli nie ma się odwagi i nie próbuje podejmować wyzwań, lepiej od razu wycofać się z życia publicznego. Nie chcę mówić, że przeprowadzimy rewolucję, bo konserwatyści unikają działań o charakterze rewolucyjnym, ale na pewno jesteśmy politykami odważnymi, zdolnymi do kreowania reform. Tego po prostu w Polsce inaczej nie da się zrobić. Alternatywa jest bardzo czytelna: albo zmienimy system i zaczniemy funkcjonować w innej rzeczywistości społeczno-gospodarczej, albo kolejne rządy, ktokolwiek by ich nie tworzył, będą trwały w impasie. Na powagę obecnej sytuacji gospodarczej nakłada się jeszcze dodatkowo inercja struktur administracyjnych. Poruszamy się w ramach skostniałych instytucji biurokratycznych, które począwszy od
najniższego, a skończywszy na najwyższym szczeblu, oplatają przedsiębiorców
i ludzi siecią niemocy. Utrzymując ten system dalej będziemy dreptać w miejscu.

Wiele emocji budzi także postulat PiS, proponujący wprowadzenie podatków
dotyczących wielkich sieci handlowych, czyli hipermarketów. Wiemy, że dzięki istnieniu tych ośrodków, społeczeństwo dysponuje możliwością zakupu tanich towarów, a wiele osób znajduje tam zatrudnienie. Czy to rozwiązanie nie uderzy w konsumentów i rynek pracy?

Polscy handlowcy muszą otrzymać takie same szanse konkurowania na rynku, jak
wielkie sieci handlowe. Jednak jest to nie tylko problem małych przedsiębiorców, chcących prowadzić sklepy, lecz także producentów, dostawców czy pracowników, którzy przez hipermarkety nie są traktowani w sposób partnerski, czyli na równych warunkach.
Część ekspertów obawia się, że opodatkowanie wielkich sieci handlowych może spowodować przerzucenie kosztów tych obciążeń na klientów. Jest to argumentacja ignorująca reguły wolnego rynku i konkurencji – w tym przypadku mogą również zadziałać mechanizmy rynkowe, które nie pozwolą na przerzucanie ciężaru opodatkowania na barki klientów. Konkurencja szybko sprowadzi na ziemię podmioty podwyższające ceny. Poza tym, istnieje Urząd Ochrony Konsumentów, który dysponuje możliwościami racjonalnego monitorowania sytuacji z korzyścią dla klientów. To wszystko można zrobić pod jednym
wszakże warunkiem – że politycy biorący odpowiedzialność za Polskę, wykażą się odwagą i wyobraźnią.

Eksperci wskazują zazwyczaj na potrzebę dokonywania cięć budżetowych, co istotnie osłabia dynamikę wzrostu gospodarczego. Jedynie nieliczni analitycy zwracają uwagę na, moim zdaniem, kluczowe zjawisko marnotrawstwa, tymczasem to właśnie w tej sferze rozchodzą się największe pieniądze, wyprowadzane z kasy państwowej różnego rodzaju lewymi kanałami. Skala marnotrawstwa jest w Polsce ogromna. Czy zamiast destruktywnego dla gospodarki rygoryzmu w dziedzinie wydatków budżetowych, nie powinniśmy najpierw uszczelnić budżetu państwa?

Trudno mi oszacować realny poziom tego zjawiska, ale na pewno duża liczba środków finansowych jest marnotrawiona. Stąd PiS opowiada się za budżetem zadaniowym. Ten postulat powtarzamy od wielu lat. U jednych nasza propozycja wywołuje ironiczny uśmiech na twarzy, ale Ci, którzy w praktyce zaczęli stosować to rozwiązanie, uważają je za dobry pomysł. Budżet zadaniowy służy racjonalizacji wydatków publicznych. Wprowadzenie tego mechanizmu powoduje, że pieniądze nie są marnowane, a przede wszystkim proces planowania inwestycji tworzony jest z sensem i w sposób racjonalny
realizowany do końca.
Wiele ostatnio podróżuję po Polsce. W mediach wszyscy się zachwycają budowanymi autostradami. Jednak jakość tych inwestycji najlepiej oceniać naocznie. Oczywiście, gdzieś powstają konkretne odcinki dróg, ale całe przedsięwzięcie przypomina trochę typową polską prowizorkę. W jednym miejscu pozostają niedokończone fragmenty budowy, w innych powstają dziury w nawierzchni asfaltowej, w jeszcze innych zapadają się wiadukty. Gdy się jedzie samochodem, napotyka się kawałek autostrady, potem zwykłą drogę, a następnie znowu autostradę. To jest typowy polski wynalazek, taka nasza
ciekawostka. O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego w ten sposób realizuje się ważne inwestycje infrastrukturalne? To jest po prostu wyrzucanie pieniędzy w błoto.
Do tego dochodzi marnotrawstwo w strukturach administracji, robienie rozmaitych nieracjonalnych zakupów, nawet w sferze najprostszych artykułów biurowych, nie wchodząc już w aspekt różnego rodzaju szkoleń czy wyjazdów służbowych. W Polsce mamy do czynienia z miliardami wyrzucanymi w błoto. Hołduje się zasadzie: „hulaj dusza piekła nie ma”. Identyczne patologie występują obecne w dziedzinie spółek skarbu państwa. Aby się o tym przekonać wystarczy przeanalizować zarobki prezesów i członków rad nadzorczych.

Nie oszukujmy się, pieniądze są również wysysane z budżetu państwa przez rozmaite działania korupcyjne.

To jest właśnie ten element polskiej rzeczywistości, który musi zostać naprawiony. W strukturze wydatków budżetu państwa, bądź w jego otoczeniu istnieje cały zestaw rozmaitych agencji, fundacji, funduszy, stowarzyszeń, w ramach których dokonywane są niejasne transfery finansowe. Przypominam sobie, kiedy jeszcze w Sejmie poprzedniej kadencji, pracowaliśmy nad ustawą o finansach publicznych, która obecnie już obowiązuje. Przedstawiciele rządzącej koalicji zapewniali nas wówczas, że przyjęcie tego
aktu prawnego w zaproponowanej przez rząd formie, stanie się remedium na wszystkie problemy związane z nieracjonalną gospodarką finansową. To miała być rewolucja, prowadząca do radykalnej poprawy sytuacji. Co się okazało? Osiągnięto efekt przeciwny do zamierzonego. W ramach ustawy o finansach publicznych dokonano kosmetycznego retuszu pewnych negatywnych elementów gospodarki finansowej, często polegało to jedynie na zmianie nazewnictwa, ale wszystkie anachroniczne struktury generujące straty budżetowe pozostały nadal.
W następnym roku, gdy na podstawie wprowadzonej w życie ustawy o finansach publicznych realizowano wykonanie budżetu, okazało się, że koszty funkcjonowania niektórych instytucji państwowych są wyższe niż poprzednio. Wyszło na jaw, że kiedy zlikwidowano gospodarstwa pomocnicze, powołując w ich miejsce inne podmioty, to mimo zmiany nazewnictwa i formy prawnej pozostali ci sami ludzie, wykonujący praktycznie identyczne czynności. Zmiana polegała jedynie na tym, że wzrosły koszty działalności rozmaitych instytucji budżetowych, bo jeden podmiot musiał wystawiać drugiemu fakturę VAT. Czyli robiono to samo, tylko drożej. To jest sytuacja chora!
Dopóki nie wprowadzimy zmian w sposobie zarządzania administracją publiczną i nie stworzymy strategicznego centrum w strukturze rządu, nie ma co marzyć o żadnych poważnych oszczędnościach. Niestety, obecne instytucje państwa nie są skonfigurowane w sposób spójny i działają na zasadzie „każdy sobie rzepkę skrobie”, starając się wyszarpnąć z budżetu państwa jak najwięcej środków finansowych dla siebie.

PiS wyprzedził PO w badaniach preferencji politycznych, stając się liderem sondaży. Czy jesteście przygotowani do przejęcia w Polsce władzy? Posiadacie zaplecze eksperckie, intelektualne, merytoryczne?

Jesteśmy chyba najlepiej zorganizowanym klubem w polskim parlamencie. Wśród naszych posłów działa grupa ekspertów, którzy posiadają tytuły naukowe i do tej pory pracują na uczelniach. Są też ludzie mający doświadczenia zawodowe w różnych branżach przemysłu i gospodarki czy osoby związane z zapleczem eksperckim rozmaitych instytutów i think tanków, tak jak np. dr Paweł Szałamacha z Instytutu Sobieskiego bądź Przemysław Wipler z Fundacji Republikańskiej. Współpracujemy również na co dzień z grupą ekspertów spoza klubu parlamentarnego. Tak więc mogę powiedzieć wprost – jesteśmy dobrze przygotowani do przejęcia władzy. Jednak przede wszystkim posiadamy determinację oraz odwagę, aby wprowadzić pożądane zmiany i wiemy, w jaki sposób to zrobić. Nasze szuflady są pełne, mamy program. Ostatnie pdebaty, które organizujemy, pokazują, że na pewno jesteśmy poważnym partnerem do merytorycznej rozmowy o Polsce. Oczywiście możemy się spierać o konkretne kwestie, prowadzić dyskusję czy określone rozwiązania są lepsze lub gorsze, ale bez wątpienia jesteśmy otwarci na przyjmowanie merytorycznych argumentów i gotowi do wypracowania consensusu korzystnego dla Polski.
Im szybciej PiS przejmie władzę, tym lepiej dla naszego kraju. Wówczas sprawy gospodarcze i wszystkie inne, bo nie da się oddzielić gospodarki od nauki czy funkcjonowania państwa ruszą. Spójrzmy na państwo jako całość. My się nauczyliśmy traktować pewne dziedziny w izolacji. Jednak w ten sposób nie zajedziemy daleko. Jeżeli dzisiaj słyszymy, że minister finansów znajduje się w permanentnym konflikcie i nie rozmawia z ministrem gospodarki a zarazem wicepremierem, to tego rodzaju polityka zaprowadzi nas na manowce. To nie jest poważne! Trzeba rozmawiać ze wszystkimi stronami debaty publicznej i rozumieć państwo jako dobro wspólne.

Prof. Piotr Gliński będzie kandydatem na premiera, gdy PiS przejmie władzę czy, mówiąc językiem sportowym, jest tylko tzw. zającem, mającym za zadanie wyprowadzić na finiszowe metry lidera partii?

Prof. Gliński jest kandydatem na premiera rządu technicznego. Zdajemy sobie sprawę, że w tym momencie wybory są niemożliwe, pozostały do nich trzy lata, natomiast dalsze utrzymywanie obecnego rządu w tak długim okresie oznaczałoby katastrofę dla Polski. Dlatego sformułowaliśmy ponadpolityczną propozycję adresowaną do wszystkich frakcji parlamentarnych, aby wspólnie dokonać konstruktywnej zmiany aktualnego rządu, polegającej na odwołaniu gabinetu Donalda Tuska i wyborze premiera pozaparlamentarnego. Skoro rzeczywiście jest prawdą to, co deklarują ugrupowania zasiadające w obecnym parlamencie, że zależy im na Polsce, że chcą, aby sprawy naszego kraju posuwały się w dobrym kierunku, że mają na względzie przyszłość polskiego Narodu, to powinni ze zrozumieniem przyjąć naszą propozycję wyboru na
stanowisko premiera, człowieka spoza układu partyjnego. Prof. Gliński nie jest w żaden sposób związany z PiS czy jakąkolwiek inną opcją polityczną i właśnie dlatego forsujemy jego kandydaturę. Jest człowiekiem orientującym się w problematyce zarządzania państwem, posiada w tym zakresie ogromną wiedzę oraz dorobek naukowy.
Stworzenie rządu technicznego jest jedyną szansą na wyprowadzenie Polski z kryzysu. On nie musi realizować w całości programu PiS, może przejąć najlepsze pomysły z zestawu propozycji różnych formacji politycznych. Chodzi o to, aby prof. Gliński w ramach rządu technicznego, również przy innej formule funkcjonowania parlamentu, uporządkował sprawy Polski i przeprowadził nasz kraj do momentu następnych wyborów parlamentarnych. Później zaś, zgodnie z regulacjami konstytucji, władzę przejęłyby te partie, które zwyciężą w demokratycznym głosowaniu.

A jeżeli okazałoby się, że to PiS wygrywa kolejne wybory parlamentarne, kim byłaby poseł Beata Szydło? Jaką Pani widzi dla siebie rolę?

Jestem pokornym posłem. Zostawmy zatem ten wątek nierozstrzygnięty. To jest zbyt odległa perspektywa, aby o niej dyskutować. Osobiście nie cierpię na przerost ambicji, staram się dobrze wykonywać powierzone zadania i słuchać rad innych ludzi, bo wiadomo, że nikt nie jest alfą i omegą. W swojej działalności politycznej przyjęłam regułę otaczania się osobami mądrzejszymi od siebie i czerpania z ich bogatych doświadczeń. Moją aspiracją jest, aby PiS wygrał wybory, a później zobaczymy. Czas pokaże.

Beata Szydło – wiceprezes PiS i poseł na Sejm obecnej kadencji. Zajmuje się
sprawami gospodarczymi, jest wiceprzewodniczącą sejmowej Komisji Finansów
Publicznych. Posiada bogate doświadczenia samorządowe – w przeszłości
pełniła funkcję burmistrza gminy Brzeszcze, w województwie małopolskim oraz
radnej powiatu oświęcimskiego.
W 1989 r. ukończyła studia na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Jagielońskiego w Krakowie, na którym podjęła studia  doktoranckie. Jest również absolwentką studiów podyplomowych Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz studiów w zakresie zarządzania terytorialnego Akademii Ekonomicznej w Krakowie. W 2005 r. została po raz pierwszy wybrana z listy PiS posłem na Sejm V kadencji, z najlepszym wynikiem w powiecie chrzanowskim. Dwa lata później zapewniła sobie reelekcję w trakcie  przyspieszonych wyborów parlamentarnych, otrzymując 20.486 głosów. W ostatnich wyborach po raz trzeci zdobyła mandat poselski, podwajając swój
rezultat wyborczy – głosowało na nią 43.612 osób.
24 lipca 2010 r. została wybrana na funkcję wiceprezesa PiS.