Największe pieniądze leżą pod stołem, w sferze działań zakulisowych!

Całkiem niedawno telewizja TVN podała, że krakowski poseł PO, Łukasz Gibała mógł wydać na kampanię wyborczą kilkaset tysięcy złotych, nie wliczając w to kampanii „Kierunek Kraków”, którą równocześnie prowadził. Szacunki na temat kosztów kampanijnych Gibały są tym bardziej zadziwiające, że w wypowiedzi dla TVN podsumowali je jego partyjni koledzy. Dziennikarze nie rozłożyli tej sprawy na czynniki pierwsze, a szkoda, bo daje ona wiele do myślenia.

 

Przykład Łukasza Gibały jest o tyle istotny, że można z niego wyabstrahować ogólny mechanizm. Indywidualny przypadek z punktu widzenia analizy socjologicznej wydaje się drugorzędny. Nie o sytuację samego Gibały chodzi, lecz o praktyki stosowane w polskiej przestrzeni publicznej, które mogą być źródłem poważniejszych patologii. Dlatego warto wyjść poza indywidualną perspektywę sprawy Gibały i zastanowić się, co nam ona mówi w odniesieniu do życia publicznego w Polsce, poszukać szerszego kontekstu.

 

Izba wolontariuszy?

Uposażenie poselskie w okresie całej kadencji Sejmu wynosi w przybliżeniu 480 tys. zł. Tyle przez cztery lata wykonywania mandatu posła zarobią osoby, które w ostatnich wyborach parlamentarnych otrzymały zaufanie wyborców. Jeżeli poseł wydaje na kampanię wyborczą kilkaset tysięcy złotych, licząc się jednocześnie z koniecznością zawieszenia wcześniejsze pracy bądź działalności biznesowej, gdyby udało mu się wejść do Sejmu, to powstaje pytanie, jaki jest w tej sytuacji rachunek ekonomiczny; jaka siła popycha posłów do Sejmu, że są w stanie zasiadać tam wbrew ekonomicznej opłacalności? Wydanie 100 tys. zł na kampanię wyborczą powoduje, że przez rok czasu należy pracować za darmo; 200 tys. kosztów kampanijnych, to dwa lata działalności w paramencie bez wynagrodzenia, 300 – trzy, 400 – cztery itd. Wyliczankę tę można ciągnąć w nieskończoność. Im wyższa pula kosztów kampanii wyborczej, tym mniejsze zyski z racji zasiadania w Sejmie. Możliwe są trzy wytłumaczenia zachowania posłów, którzy inwestują w kampanię wyborczą więcej niż w rzeczywistości zarobią, bądź przeznaczają na nią równowartość kilku lat swojej późniejszej pracy w parlamencie: po pierwsze – albo posiadają jakieś wyjątkowo wolontariackie usposobienie (formalnie takiej ewentualności nie można wykluczyć, chociaż jej prawdopodobieństwo jest niskie), po drugie – albo z wykonywaniem mandatu posła wiążą się jakieś dodatkowe, nieoficjalne, pozakulisowe zyski, po trzecie – albo koszty kampanii wyborczej pokrywa biznes, kandydaci na posłów otrzymują pieniądze od biznesu, który, jak wiadomo, kierując się tym samym rachunkiem ekonomicznym, pieniędzy za darmo raczej nie daje, posłowie muszą później spłacić udzielony im kredyt poprzez różnego rodzaju działania. Pierwszy wariant jest mało prawdopodobny. Trudno w zdroworozsądkowym rozumowaniu przyjąć założenie, że posłowie zawieszają swoją wcześniejszą pracę, poświęcają działalność biznesową, aby sprawować mandat posła, poniżej poziomu finansowej opłacalności. Jednak gdy rozważymy drugi i trzeci wariant, to w postępowaniu takim można znaleźć pewien sens. Drugi i trzeci wariant prowadzi właściwie do tego samego wniosku – że biznes posiada wymierny interes, aby zainwestować pieniądze w konkretnego posła (ewentualnie posłów), zaś z działalnością w Sejmie, czy w szerszym rozumieniu – w ogóle z działalnością publiczną – mogą wiązać się pewne pozakulisowe korzyści. Nie da się stwierdzić, że akurat tak było w przypadku posła Łukasza Gibały, na to w chwili obecnej nie ma żadnych dowodów, ale w wielu podobnych sytuacjach mogło tak być.

 

Cnotą polityka musi być transparentność

Cofnijmy się na chwilę w czasie do okresu afery hazardowej. Spróbujmy sprawę Łukasza Gibały rozważyć w jej kontekście. Z formalnego, empirycznego punktu widzenia obydwie sytuacje nie mają ze sobą nic wspólnego, nic na razie nie wskazuje, aby poseł Gibała, w jakikolwiek sposób był uwikłany w nielegalny hazardowy lobbing lub inną działalność o podobnym charakterze. Jednak porównanie obydwu spraw pozwala na wyabstrahowanie pewnych patologicznych mechanizmów, które mogą być obecne w przestrzeni polskiego życia publicznego. Analiza socjologiczna daje możliwość do przeprowadzenia takiego zabiegu. Gdy zestawimy ze sobą aferę hazardową i sprawę wysokich wydatków kandydatów do Sejmu na kampanię wyborczą, to obydwie sytuacje uzyskują sens, mogą być one dla siebie nawzajem kontekstem poznawczym. Sprawa Łukasza Gibały doskonale nadaje się jak tło afery hazardowej. W rzeczywistości nim nie jest, ale teoretycznie, w wielu innych przypadkach, w ujęciu czysto hipotetycznym mogłaby być. Przypomnijmy sobie, o co chodziło w aferze hazardowej. Prominentni politycy PO zabiegali, poza głównym nurtem oficjalnego życia publicznego, w sferze działań zakulisowych, o korzystne regulacje prawne dla przedstawicieli hazardowego biznesu. Forma prowadzonego postępowania, rodzaj podejmowanych relacji przesądzają kwestię, że chodziło o poczynania na pewno dwuznaczne moralnie, być może niezgodne z prawem, niewykluczone również, że korupcyjne. Wprawdzie w rozumowaniu procesowym, prowadzonym według zasad postępowania karnego ,nie ma dostatecznych dowodów, aby przyjąć taką tezę, ale w wymiarze rozważań czysto racjonalnych istnieją wystarczające przesłanki, aby uznać ją za wysoce prawdopodobną. Osoba pełniąca funkcję publiczną, dysponująca mandatem społecznego zaufania, powinna być z definicji kimś przejrzystym, transparentnym, nie mającym niczego do ukrycia; jeżeli zaś prowadzi działania zakulisowe, ukrywa coś przed opinią publiczną, szyfruje rozmowy telefoniczne za pomocą grypsów, spotyka się na cmentarzu (pomijając już nawet fakt, że zachowania takie są typowe dla przedstawicieli przestępczego syndykatu), to znaczy, że właśnie posiada coś do ukrycia, że podjęła się działań dyskwalifikujących ją w oczach opinii publicznej, że być może weszła w kolizję z prawem. W kontekście całej sytuacji mogą pojawiać się domniemania o działalności korupcyjnej. W sprawę afery hazardowej zaangażowani byli prominentni politycy PO: przewodniczący klubu parlamentarnego i jednocześnie szef sejmowej komisji finansów publicznych, a także skarbnik partii. Gdy do tego dodamy fakt, że hazardowi potentaci wpłacali wcześniej pieniądze na kampanię PO, to suma wszystkich tych okoliczności tworzy bardzo niedobry obraz, daje podstawy do poważnych podejrzeń. Jednak nie to jest najistotniejsze. Bo z ekonomicznego punktu widzenia, w kontekście rozwoju gospodarczego, długofalowych interesów państwa kluczowy jest mechanizm, iż prawdopodobnie przedstawiciele hazardowego biznesu woleliby zainwestować swoje pieniądze w korzystne rozwiązania prawne uzyskane dzięki przychylności spolegliwych polityków, niż w nowe technologie zwiększające obiektywnie jakość i atrakcyjność hazardu. Jeżeli na styku relacji biznesu z polityką postępowania takie jest reguła, to polska gospodarka nigdy nie będzie rozwijała się w stopniu optymalnym.

 

Korupcja dławi wzrost innowacyjności

We współczesnych czasach społeczeństwa informacyjnego forsuje się paradygmat budowania gospodarki innowacyjnej opartej na wiedzy. W nowoczesnych teoriach ekonomicznych uwypuklane są elementy innowacyjności, nowych technologii i kapitału ludzkiego. Ekonomiści dość zgodnie twierdzą, że dla rozwoju gospodarczego państw doganiających (czyli takich jak Polska) kluczowy jest czynnik wysokiego poziomu inwestycji prywatnych, gdyż to one prowadzą do wysokiego stopnia absorpcji nowych technologii z zewnątrz, podnoszą poziom innowacyjności, modernizują infrastrukturę gospodarczą, co wtórnie jeszcze bardziej rozpędza gospodarkę. Z punktu widzenia teorii ekonomicznej rozumowanie takie jest poprawne, jednak socjologia analizująca rozwój gospodarczy w kontekście innych dziedzin, daje szerszy obraz. W rzeczywistości społeczno-gospodarczej, a zwłaszcza na styku jej relacji z polityką oraz administracją publiczną, istnieje cały katalog czynników, który może blokować rozwój innowacyjności, a w ślad za tym również rozwój gospodarczy, nawet w warunkach wysokiego stopnia inwestycji prywatnych. Jednymi z podstawowych elementów hamujących innowacyjność są zjawiska korupcji i rozbudowa struktury sieci klientelistycznych. Trzeba sobie powiedzieć wprost, że nie będzie dynamicznego procesu innowacyjności w systemie przeżartym do dna przez korupcję. Przesądza o tym prosta kalkulacja – przedsiębiorcom, przedstawicielom wielkich firm, bardziej opłaca się przeforsować korzystne zapisy prawne, uzyskać koncesje ze strony polityków lub administracji, zapewnić sobie przywileje krypto-monopolistyczne niż implementować nowe technologie, nowe rozwiązania technologiczne, które dawałyby przewagę nad konkurencją. Po prostu tę przewagę nad konkurencją łatwiej, a zarazem taniej jest uzyskać na obszarze regulacji prawnych.

 

W tym kontekście warto przywołać słowa prof. Andrzeja Zybertowicza, wypowiedziane w wywiadzie dla „Gazety Finansowej” z lipca br.: „Politycy dysponują narzędziami regulacji i redystrybucji. Biznesmeni kalkulują: czy inwestować miliony w nowe technologie, np. w zakresie uzależnienia ludzi od hazardu, czy wystarczy wydać tysiące, by uzyskać korzystne regulacje ustawowe, które także zwiększą zyski? Taka pogoń za rentą polityczną, czyli tendencja biznesmenów do mnożenia zysków, nie poprzez działania produkcyjne, innowacyjne – społecznie korzystne – lecz działania lobbystyczne (które mogą być legalne i nielegalne) ma to do siebie, że z punktu widzenia teorii ekonomicznej jest pasożytnicza. W ten sposób zasoby społeczne się marnotrawi”.

 

Wszystkie badania prowadzone w Polsce pokazują, że rozmiary korupcji są gigantyczne. Jeden z ostatnich raportów Transparency International dowodzi, że korupcja w Polsce jest na takim samym poziomie jak w Kostaryce i Omamie. W tym samym rankingu wyższe pozycje od naszego kraju zajęły Botswana, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Cypr i Puerto Rico. Również wyniki analiz EBNG (Europejskiego Badania Nadużyć Gospodarczych) oceniają Polskę jako państwo o wysokim ryzyku korupcji. Tymczasem źródła korupcji są łatwe do zdiagnozowania. Wynika ona przede wszystkim z mało liberalnej gospodarki, zbyt wielkiego wpływu polityków na życie gospodarcze, nieprzejrzystości przepisów prawnych, omnipotencji administracji publicznej oraz nadmiernej uznaniowości urzędników. Niestety, w polskim systemie społeczno-gospodarczym wszystkie wymienione cechy są obecne.

 

Ukryta racjonalność

Patrząc z perspektywy mechanizmów korupcyjnych i rozbudowanej struktury sieci klientelistycznej, politykom może się opłacać inwestowanie niebotycznych sum pieniężnych w kampanię wyborczą, nawet przy oficjalnym założeniu nieracjonalności takiego postępowania, w sensie ekonomicznym. Prawdziwa racjonalność może się bowiem kryć w sferze działań zakulisowych, tam też mogą ogniskować się największe korzyści, niedostępne dla oglądu opinii publicznej. Pewną podpowiedź dla tej sytuacji stanowi teoria socjologiczna Maksa Webera, mówiąca, że działania ludzkie oparte są na tak zwanej racjonalności instrumentalnej. Człowiek ze zbioru wartości wybiera określone cele i przy uwzględnieniu alternatywnych kosztów oraz korzyści dobiera odpowiednie środki.

 

Z drugiej strony, rozważając większą opłacalność, zapewnienia sobie korzystnych rozwiązań prawnych, w stosunku do kosztów kreowania procesu innowacyjności, również z punktu widzenia przedstawicieli biznesu, inwestowanie w polityków może być działaniem w pełni racjonalnym, przynoszącym wymierny zysk. W kontekście całej sprawy należy rozważyć jeszcze jednej aspekt. Limit wydatków na kampanię wyborczą wynosi 60 tys. zł. Jeżeli zatem ktoś przekracza tę granicę, to wchodzi w ewidentną kolizję z prawem. Z kolei finansowanie wydatków kampanijnych przez biznes, powyżej ustalonego ustawowo progu finansowego, jest jednoznaczne z dokonywaniem transferów pieniężnych poza kontem wyborczym, a więc nie w ramach stworzonych na okoliczność kampanii wyborczej kanałów bankowych. Kto może dawać pieniądze pod stołem? Były dyrektor Biura Analiz i Informacji nieistniejącego już Urzędu Ochrony Państwa, a obecnie członek rady konsultacyjnej przy ABW – Piotr Niemczyk, w nieopublikowanej części wywiadu dla „Gazety Finansowej”, na pytanie, czy za kreowaniem polityków może stać zorganizowana przestępczość, udzielił następującej odpowiedzi: „To prawda! W tym przypadku pokusa, czyli ich świadomość (czytaj przedstawicieli grup przestępczych) już w połowie lat 90. była taka, że mogli uznać, iż warto to zrobić. Jeżeli to przewidzieli – a część z tych osób ma na pewno do tego wystarczający potencjał intelektualny – to rzeczywiście może tak być”. To nie jest ocena statystycznego śmiertelnika, przechodnia z ulicy, tylko człowieka, który przez wiele lat działał na pierwszym froncie walki ze zorganizowaną przestępczością. To daje wiele do myślenia…

 

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Finansowej”, publicystą miesięcznika ekonomicznego „Home&Market” i komentatorem politycznym magazynu „Gentleman”.