Niektórzy polscy piłkarze nie są profesjonalistami!

Z Antonim Piechniczkiem rozmawia Roman Mańka

Panie trenerze, co się dzieje z polską piłką? Od 30 lat, a więc od momentu, kiedy prowadzona przez Pana reprezentacja osiągała sukcesy na mundialu w Hiszpanii, nie możemy dobrze wypaść na żadnej imprezie rangi Mistrzostw Świata czy Europy.

Każde z niepowodzeń odnotowanych na przestrzeni ostatnich lat jest inne i wymaga innych interpretacji. Systemy prowadzenia reprezentacji za czasów trenerów Jerzego Engela, Pawła Janasa, Leo Beenhakkera czy Franciszka Smudy były odmienne. A więc o przyczyny niepowodzeń należy pytać w pierwszej kolejności poszczególnych selekcjonerów.

A dlaczego właśnie ich? Za przygotowania konkretnych drużyn odpowiadały całe sztaby ludzi.

Selekcjonerzy byli kimś w rodzaju „szefów produkcji”. Oni mieli na co dzień bezpośredni kontakt z zawodnikami. Przebywali z nimi 24 godziny na dobę. Obserwowali ich nie tylko podczas treningów, ale również w życiu okołoboiskowym. Krótko mówiąc, sami powinni wiedzieć, z kim mają do czynienia i w jakim kierunku powinien przebiegać rozwój indywidualny poszczególnych zawodników, jakie czynniki akcentować, jeżeli chodzi o przygotowanie psychiczne. A więc na pytanie o przyczyny porażek nie da odpowiedzieć się jednym słowem.

W jaki sposób można porównać przygotowanie drużyny do EURO 2012 z tym, co działo się za czasów wspomnianych przez Pana Engela, Janasa, Beenhakkera?

Najlepsze warunki do odniesienia sukcesu miał trener Franciszek Smuda. W zasadzie pracował z reprezentacją od 2,5 roku. Mógł przeprowadzić szeroką selekcję piłkarzy. Zezwolono mu na wszelkiego rodzaju eksperymenty. Łącznie przetestował ponad 70 zawodników, rozegrał z zespołem narodowym 34 mecze. Jest to bardzo długi okres. Jednak błędy popełniono na samym finiszu i one w konsekwencji doprowadziły do porażki. Tymczasem sukces był w zasięgu ręki.

Na czym polegały błędy?

Najlepszym pojedynkiem w wykonaniu polskiej reprezentacji był inauguracyjny mecz z Grecją, a mówiąc precyzyjnie: jego pierwsza połowa. Wystarczyło w pierwszych 45 minutach strzelić drugą bramkę i Grecy prawdopodobnie by się już nie podnieśli. Z kolei wygrywając pierwsze spotkanie, stawialiśmy siebie w komfortowej sytuacji. Teoretycznie rzecz traktując, przy wygranej z Grekami oraz remisach z Rosją i Czechami bylibyśmy na pierwszym miejscu w grupie. Powiedzmy sobie szczerze: to wszystko było w zasięgu ręki.

Pamiętam sytuację, kiedy na mundialu w Meksyku w 1986 r., grał Pan ze słynną Brazylią. W składzie „canarinhos” znaleźli się geniusze piłki nożnej: Socrates, Alemao, Elzo, Careca. Pan zagrał wówczas ofensywnie. Mecz przegraliśmy, ale zaprezentowaliśmy ładny, ofensywny, otwarty futbol. Dziś w drużynach Grecji, Rosji czy Czech nie ma nikogo, kto by był nawet godny noszenia butów za tymi wielkimi brazylijskimi wirtuozeriami, tymczasem trener Smuda grał do tyłu, forsował wybitnie defensywną taktykę. W meczach z Rosją i Czechami wystąpiło aż siedmiu piłkarzy usposobionych defensywnie.

Prowadzenie zespołu sprowadza się w dużej mierze do umiejętności rozmowy z piłkarzami. To jest klucz do wielu sukcesów. W ogóle w grach zespołowych, w przypadku Wagnera w siatkówce czy Górskiego w piłce nożnej, kluczem do sukcesu była zdolność do odpowiedniej komunikacji z zawodnikami. Podobnie moja filozofia trenerska, która polegała na kształtowaniu pozytywnych relacji z podopiecznymi, umiejętnemu prowadzeniu rozmów. To był klucz do sukcesu na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii czy w wielu innych meczach. Traktowałem zawodników na zasadach partnerskich. Byłem niewiele starszy od Grzegorza Laty, Józefa Młynarczyka, Władysława Żmudy czy Stefana Majewskiego. Potrafiłem znaleźć z nimi wspólny język. Wydaje mi się, że na tym samym poziomie relacji oraz interpretacji pewnych spraw był trener Smuda. Dysponował uznaniem wśród piłkarzy, szacunkiem i poważaniem. A więc, w moim odczuciu, koncepcja gry, którą przyjęła reprezentacja Polski, została wypracowana wspólnie. Było to wypośrodkowanie idei Smudy z oczekiwaniami zawodników. Nie istniała sytuacja, w której selekcjoner robi, co chce, ustala, co chce i jednoosobowo, arbitralnie obmyśla taktykę. Oni to wypracowali razem. Tymczasem założenia taktyczne weryfikuje życie: każdy trening, każda odprawa przedmeczowa mogą dostarczyć nowych przesłanek do przemyśleń. I trzeba umieć być elastycznym, słuchać sugestii zgłaszanych ze strony zawodników, żeby je później wkomponować w spójną koncepcję gry.

Jaki był największy mankament polskiej reprezentacji podczas EURO 2012?

Zabrakło „paliwa”. W każdym meczu nie wystarczyło „napędu” na 90 minut. Na wysokich obrotach zagraliśmy pierwszą połowę w pojedynku z Grecją, ale w drugiej nasi zawodnicy nie potrafili już utrzymać tempa gry. W potyczce z Rosją obydwie odsłony spotkania były mniej więcej równorzędne, potrafiliśmy wyrównać rezultat meczu, co we współczesnej piłce nożnej jest jakimś sukcesem, bo kiedy ktoś wychodzi na prowadzenie, zazwyczaj wygrywa. Najgorzej było w meczu z Czechami, w tym przypadku paliwa starczyło na pierwsze 20 minut. Gdybym był piłkarzem naszej drużyny narodowej i nazywał się Błaszczykowski czy Lewandowski, zadałbym pytanie: co stało na przeszkodzie, aby zdominować Czechów podczas całego meczu w podobny sposób, jak miało to miejsce w pierwszych 20 minutach? Wówczas musielibyśmy z nimi wygrać. Ale zabrakło „paliwa” i przegraliśmy.

Stąd wniosek, że zespół został źle przygotowany pod kątem motorycznym, a także kondycyjnym?

Nie używajmy słowa „źle”, bo to zbyt daleko posunięta teza i nie opisuje dobrze sytuacji. Sposób przygotowania był dla wielu ekspertów logiczny, jednak, niestety, zawierał również pewne mankamenty.

Jakie?

Nastawiono się głównie na przygotowanie szybkościowe. Stąd wzięły się te wszystkie ćwiczenia z gumowymi linkami czy różne inne wyrafinowane treningi, np. stretchingu. To wszystko zmierzało do jednej rzeczy, której brakowało naszej reprezentacji za czasów Leo Beenhakkera, czyli poprawienia szybkości. Natomiast ktoś zapomniał, że piłka nożna jest grą wytrzymałościowo-szybkościową i jednak większy akcent należy położyć na wytrzymałość. Cały szkopuł przygotowania zawodników tkwi w tym, aby w ostatniej minucie meczu potrafili biegać tak samo szybko, jak w pierwszej.

Pan jest zwolennikiem szkoły wytrzymałościowo-szybkościowej?

Innej nie ma! Jeszcze nikt niczego lepszego nie wymyślił. Chyba, że dojdzie do zmiany przepisów oraz struktury piłki nożnej, w takim kierunku, aby piłkarze grali sześć razy po piętnaście minut, zaś zmiany były przeprowadzane w podobny sposób, jak w hokeju, gdzie na lodowisko wchodzą nowe, wypoczęte piątki zawodników. Jednak w dotychczasowym kształcie piłka nożna jest grą wytrzymałościowo-szybkościową i takich cech wymaga od zawodników. Druga rzecz, która się z tym problemem wiąże, polega na bezgranicznym zaufaniu trenera Smudy do tzw. szkoły niemieckiej. On zaangażował do sztabu szkoleniowego polskiej reprezentacji ludzi, którzy pracowali z drużyną Niemiec i przygotowywali ją do Mistrzostw Świata w Niemczech w 2006 r. za czasów trenera Jurgena Klinsmanna, jeszcze przed Joachimem Loewem. Smudzie przyświecała koncepcja, aby polska reprezentacja była przygotowana tak samo dobrze jak zespół niemiecki.

W takim razie dlaczego Niemcy tak szybko biegają przez cały mecz, imponują kondycją, a naszym piłkarzom szło to tak słabo, że zdradzali pierwsze symptomy poważnych braków kondycyjnych już po pierwszych 20 minutach?

Albo nastąpiło gdzieś przekłamanie i sztab szkoleniowy trenera Smudy przyjął metodę, którą Niemcy nie do końca stosowali, albo po prostu doszło do tzw. oporu materii, w postaci sugestii ze strony piłkarzy, aby poszukać świeżości i nie katować ich treningami, bo czują się zmęczeni i mogą stracić dobrą formę. W tym punkcie niebywale istotny jest czynnik intelektualnych walorów trenera, który musi posiadać zdolność przekonania zawodników do obranej koncepcji przygotowań.

Powrócę jeszcze na chwilę do poszukiwania głębszych przyczyn porażki polskiej reprezentacji na EURO 2012 i załamania sukcesów polskiej piłki na przestrzeni ostatnich 30. lat. Analizując historię naszego futbolu, można zaobserwować związek dwóch faktów: problemy reprezentacji zaczęły się wówczas, kiedy zawodnicy uzyskali możliwość gry w ligach zagranicznych. Czy okoliczność, że większość piłkarzy tworzących reprezentację narodową na co dzień rozgrywa mecze ligowe poza granicami kraju nie jest utrudnieniem w przygotowaniu spójnej koncepcji gry na poziomie reprezentacyjnym?

Oczywiście, że ten fakt ma istotne znaczenie – może nie tyle w sensie warsztatowym, czyli preferowania innej koncepcji gry w Polsce niż poza granicami kraju, lecz w sferze podejścia psychologicznego. Zarówno piłkarze drużyny Kazimierza Górskiego, jak i mojej, byli podporządkowani określonym, zdrowym regułom gry przyjętym w naszej piłce. Natomiast można zaobserwować prawidłowość, nie twierdzę, że ona wystąpiła w okresach, gdy kadrą kierowali trenerzy Smuda, Beenhakker, Janas czy Engel, jednak ja ją zauważyłem w czasie, kiedy sam po raz drugi byłem selekcjonerem, że nasi piłkarze grający za granicą podporządkowują się rygorom panującym w tamtych klubach, natomiast przyjeżdżając na nasze „podwórko”, podczas meczów reprezentacji czują się z tego obowiązku zwolnieni: narzekają na prezesa polskiej federacji piłkarskiej, krytykują trenera, nie podoba im się to albo tamto.

Zaraz po odpadnięciu naszej drużyny z EURO 2012 Jakub Błaszczykowski wypomniał Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej, że zawodnicy reprezentacji nie wiedzieli w dniu poszczególnych meczów, czy otrzymają bilety dla swoich rodzin. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której wielki fan futbolu, jakim był śp. Gustaw Holoubek, który kochał piłkę nożną i znał się na niej, miałby wystąpić określonego wieczoru na scenie Teatru Narodowego, aby grać Hamleta i na 5 godzin przed sztuką, zastanawiałby się, czy jego teściowa, matka czy żona otrzymały bilety na widownię. Abstrahując od kwestii honoru i standardów dobrego smaku, czy można powiedzieć, że zachowanie Jakuba Błaszczykowskiego to brak profesjonalizmu?

To jest śmiechu warte!

Prezes Lato twierdzi, że każdy z piłkarzy reprezentacji najpierw miał dostać po cztery bilety (była na to nawet podobno specjalna uchwała zarządu PZPN), później po osiem, a ostatecznie 11 wejściówek? Jakby nie liczyć, na wszystkie mecze reprezentacji Polski jej piłkarze otrzymali łącznie 759 biletów dla swoich rodzin. Oczywiście nie liczmy trenerów i członków sztabu szkoleniowego.

To kogo Błaszczykowski chciał jeszcze obdarować tymi biletami?

Jednak czy główny problem nie leży w innym miejscu? Machnąć ręką na te bilety, ale jeżeli piłkarz, w tym przypadku kapitan drużyny narodowej, na kilka godzin przed arcyważnym meczem, nie koncentruje się na grze, założeniach taktycznych, które mu powierzono, tylko myśli, jak by tu załatwić wstęp na stadion dla swoich pociotków, to w jaki sposób on, znajdując się w takim rozproszeniu psychicznym, ma później wyjść na stadion i wygrywać? Przecież w sporcie wyczynowym każde zachwianie skupienia przedstartowego jest niezwykle istotne.

To źle świadczy o takim zawodniku i (również) jego pociotkach, którzy nie pozwalają mu się skoncentrować na grze. Niektórzy polscy piłkarze mówią o profesjonalizmie, ale, niestety, w ich wydaniu obserwujemy często pseudoprofesjonalizm. Zawodowy piłkarz w taki sposób nie powinien się zachowywać, czy, sięgając po inny przykład, nie może powiedzieć trenerowi, że nie będzie ćwiczyć dwa razy dziennie, bo zawodnicy „szukają świeżości”. Można odpowiedzieć w ten sposób, że człowiek po najdłuższym okresie wypoczynku czuje się najbardziej zmęczony. Istnieją pewne żelazne zasady przygotowania fizycznego i budowania samopoczucia. Np. gdyby dziennikarzom odebrano prawo pisania tekstów na pół roku, to oni, pisząc później jakiś artykuł, poczuliby się totalnie zmęczeni. Ale tego rodzaju sytuacje dotyczą przede wszystkim organizmu – jeżeli ktoś przez tydzień czasu będzie trenował na ćwierć gwizdka, to nie ma co liczyć, że po tygodniu będzie się czuł lepiej. On wówczas poczuje się podobnie jak reprezentacja polski podczas EURO 2012: sił wystarczy na 20 minut.

Gra w reprezentacji narodowej powinna być największym honorem. Znam młodych chłopców grających w rozmaitych klubach, którzy byliby w stanie dopłacić, aby wystąpić w zespole narodowym. Tymczasem słyszymy, że zawodnicy naszej reprezentacji targowali się jeszcze przed meczem z Rosją, aby im dołożyć dodatkowe 5 tys. euro za samo wyjście na boisko, chociaż wcześniej ustalono, że za każdy mecz każdy z piłkarzy otrzyma po 15 tys. euro plus premie. Teraz Jakub Błaszczykowski skarży się na brak biletów dla rodzin piłkarzy. Czy tak zachowują się poważni ludzie? O co w tym wszystkim chodzi? O reprezentowanie barw narodowych, honor, ambicje, osiągnięcie sportowego wyniku czy też tylko o nabijanie kieszeni i nic więcej?

Oczywiście ma Pan rację, ale ja bym dodał do tego jeszcze jedną rzecz, która jest przysłowiowym kamyczkiem do ogródka polskich mediów. Na przestrzeni wielu lat nie zauważyłem prezesa PZPN, który miałby odwagę stanowczo powiedzieć: „Panowie, waszym obowiązkiem jest grać, nie robicie tego za darmo, nie stawiajcie warunków, nie stawiajcie władz futbolowych pod ścianą, bo jak wam się nie podoba – odjazd; jak wam się nie podoba – to ja was wszystkich zmienię i zbuduję nową, dobrą reprezentację; przyjmijcie jasne reguły gry”. Tego nikt wcześniej nie powiedział. A gdy się robi krok do tyłu, gdy się ulega różnym presją, to następuje eskalacja tego rodzaju zachowań. Dzisiaj komuś się nie podoba hotel, który wybrano na bazę przygotowań, jutro nie będzie pasowało połączenie lotnicze, na trzeci dzień – sprzęt, później bilety itd., itp. Nie ma w polskiej piłce ludzi, którzy potrafiliby rozmawiać z zawodnikami z pozycji autorytetu i twardych, rygorystycznych wymagań. Czasami trzeba postawić sprawy na ostrzu noża: nie podoba ci się, to cześć, do widzenia! Pamiętam jak swego czasu wystąpiła pewna konfliktowa sytuacja w piłce niemieckiej. Otóż piłkarze niemieckiej reprezentacji byli od lat ubierani przez firmę Adidas. Później, gdy zawodnicy rozjechali się po świecie i trafili do klubów spoza Niemiec, podpisali indywidualne kontrakty z innymi podmiotami produkującymi obuwie. Wówczas jeden, drugi, trzeci „asior” stwierdzili, że będą grali w reprezentacji Niemiec, ale w butach wyprodukowanych przez firmę, z którą mają podpisany indywidualny kontrakt. Na to prezes niemieckiej federacji odpowiedział coś mniej więcej takiego: „Słuchaj – ty prywatnie możesz sobie grać w butach jakich chcesz, ale jeżeli chcesz grać w reprezentacji Niemiec, to musisz założyć adidasy”. I czym się to skończyło? Wszyscy grali w adidasach.

Czy nie jest tak, że Błaszczykowski poprzez swoje wypowiedzi wpisał się w rozgrywki, które toczą się w PZPN?

Mamy do czynienia z intrygą szytą grubymi nićmi. Uważam, że to nie jest osobiste zdanie Błaszczykowskiego, tylko ktoś mu po prostu taką interpretację wydarzeń podsunął. Ale w ten sposób sam sobie wystawia świadectwo i myślę, że gdy nadejdzie czas nowego prezesa PZPN i nowego trenera reprezentacji, a na pewno taki czas nadejdzie, to trzeba Błaszczykowskiemu powiedzieć otwarcie: „Słuchaj Kuba, nie zapominaj, jakie jest twoje miejsce w szyku, bo jeśli będziesz dalej w ten sposób postępował, nasze drogi się rozejdą”. I wtedy choćby cała Polska domagała się gry Jakuba Błaszczykowskiego w drużynie narodowej, to konsekwentny trener powinien powiedzieć: „Nie, prędzej opinia publiczna wyrzuci mnie z funkcji selekcjonera reprezentacji, niż ja zmienię zdanie w kwestii Błaszczykowskiego”.

Pan kiedyś pokazał miejsce w szyku Szarmachowi, później Kowalczykowi, natomiast gdy podczas EURO 2012 patrzyło się na reprezentację Polski, można było odnieść wrażenie, że pewni zawodnicy posiadają niezbywalne koncesje na grę w podstawowej jedenastce?

Decyzje, które podejmowałem jako trener zespołu narodowego, nie wynikały z cech mojego charakteru, a jedynie z obiektywnej oceny sytuacji. Kierowałem się rozeznaniem, w jaki sposób należy prowadzić grupę ludzi, w którym miejscu można iść na ustępstwa, a w którym trzeba się stanowczo trzymać swojego stanowiska. Uważam, że w tych sprawach miałem rację. Tymczasem od wielu lat za bardzo się pieścimy z piłkarzami reprezentacji i być może właśnie w tym punkcie tkwi sedno wszystkich naszych niepowodzeń.

Sądzi Pan, że piłkarze są rozpieszczeni?

Daleki byłbym o tego, aby komuś dokuczać, ale na pewno sytuacja wymaga rzeczowej dyskusji, analizy i oceny, a także przedstawienia zawodnikom racjonalnych argumentów.

A może po prostu trzeba sobie odpuścić najbliższe eliminacje do Mistrzostw Świata w Brazylii, rozgonić obecną kadrę na cztery strony świata i budować perspektywicznie nową reprezentację, która za kilkanaście lat byłaby w stanie nawiązać do naszych najlepszych tradycji i walczyć o medale na największych międzynarodowych imprezach?

Środki zainwestowane w zawodników tworzących obecny zespół narodowy są tak duże, że szkoda byłoby to zmarnować. Jednak na pewno należy dokonać pewnego retuszu. Nie chodzi o wyrzucanie kogoś z reprezentacji, dokonywanie zmian personalnych, ale trzeba powiedzieć otwarcie: „Panowie, przystępujemy do nowego rozdania i musicie się dostosować do określonych przez władze piłkarskie reguł gry”. Jak się komuś nie podoba, to powinien się wycofać. Przypomnę, że kiedy ja przedstawiłem jasno sprawy Kowalczykowi, Juskowiakowi i Iwanowi, to nie przegrałem z poszczególnymi piłkarzami, tylko z prezesem PZPN, Marianem Dziurowiczem, który się za nimi wstawił. Zawsze byliśmy na ty, a tu nagle powiedział do mnie: „Panie selekcjonerze, a kto będzie dla nas bramki strzelał?”. Po prostu prezes „pękł” i wówczas reakcja trenera mogła sprowadzać się tylko do jednej rzeczy: aby wstać od stołu i powiedzieć „Dziękuję”.

Być może prezes Dziurowicz uległ atmosferze wytworzonej przez media, przygniotła go presja opinii publicznej?

Właśnie do tego wątku zmierzam. Podobną atmosferę media wytwarzają również dzisiaj. Proszę zwrócić uwagę na nienawiść stacji Polsat, epatowaną np. w programie „Cafe Futbol”. Przecież tam nie ma niczego innego, tylko plucie na PZPN. Grzegorz Lato, jako prezes federacji, wykonuje bardzo odpowiedzialną pracę, tymczasem usłano mu życie cierniowymi kolcami.

Nie szkoda Panu straconej szansy na dobry wynik zespołu narodowego?

Jeżeli kogoś mi żal, to najbardziej kibiców. Zastanawiam się, czy polska elita polityczna jest taka tępa i głupia, że nie umie dostrzec, iż w naszym kraju jedynie reprezentacja potrafiła zdynamizować cały naród? Mecze zespołu narodowego przyciągały do stref kibica setki tysięcy ludzi i miliony przed ekranami telewizorów. Wszyscy ludzie chcieli tej reprezentacji pomóc. Coś porównywalnego udało się tylko w czasach pielgrzymek Jana Pawła II. Żaden z polskich polityków, jakkolwiekby się nie nazywał, nigdy czegoś podobnego nie osiągnął. Czy oni się nie powinni zastanowić, z socjologicznego punktu widzenia, co trzeba zrobić, aby przynajmniej w 50 czy 30 proc. ten entuzjazm w ludziach utrzymać? Kiedy byłem na meczu z Czechami we Wrocławiu i zobaczyłem tłumy kibiców na ulicach, na wszystkich drogach prowadzących na stadion i później, gdy wracałem o drugiej w nocy, kiedy miasto jeszcze żyło, pomyślałem sobie – szkoda. Gdyby intelekt naszych piłkarzy był większy i zdawaliby sobie sprawę ze wsparcia społecznego, jakie otrzymali, to powinni zwiększyć obciążenia treningowe, aby być optymalnie przygotowani. Tymczasem oni szukali cwaniactwa i świeżości. Można tylko siąść i płakać.

A gdyby, hipotetycznie, to Pan siedział na ławce trenerskiej, to w jaki sposób rozegrałby Pan mecz z Czechami?

Cały szkopuł tkwi w tym, aby – paradoksalnie – tego rodzaju pojedynki rozgrywać jeszcze przed ważnymi imprezami. Chcąc dobrze wypaść na prestiżowym piłkarskim turnieju, takim jak EURO 2012, trzeba rozegrać przynajmniej trzy, a najlepiej pięć spotkań w ustabilizowanym składzie. Powiedziałbym piłkarzom jasno, że słabsze drużyny należy ogrywać przede wszystkim mądrością i dojrzałością taktyczną w grze, ale już niekoniecznie stuprocentowym zaangażowaniem fizycznym, zaś jeżeli mamy zamiar zwyciężać z takimi zespołami jak Rosja, to musimy być biegowo lepiej dysponowani od nich. Ja bym przygotował naszych zawodników do pracy od strony czysto fizjologicznej. Gdyby przyszło grać jakiś mecz, to oni wychodziliby na boisko z uśmiechem na ustach. Najlepszym przykładem, który potwierdza mój sposób myślenia, był pojedynek z Grecją. W wyniku czerwonych kartek graliśmy w dziesięciu na dziesięciu, a zatem zrobiło się więcej miejsca na boisku do biegania. Gdybyśmy byli lepiej dysponowani biegowo, powinniśmy wygrać ten mecz. Jeżeli mielibyśmy drużynę dobrze przygotowaną pod względem motorycznym, sprawą drugorzędną jest, kto wyjdzie w podstawowym składzie – czy będzie grał ten piłkarz, czy inny. Bo po prostu wówczas powinniśmy zabiegać Greków na śmierć. Odpowiedź jest prosta: do każdego meczu piłkarze muszą być znakomicie przygotowani pod względem motorycznym. Jeżeli w spotkaniu z Czechami nasz zespół grał przez 20 minut lepiej od przeciwnika, to znaczy, że przyjęty system taktyczny i skład personalny był dobry, tylko zabrakło sił. Mecze z klasowymi drużynami trzeba grać w wysokim tempie przez 90, a nie 20 minut.

A czy nie graliśmy za bardzo defensywnie, wystawiając w podstawowym składzie aż siedmiu zawodników do zadań typowo destrukcyjnych, a nie kreowania wydarzeń na boisku?

Być może, ale to mogło wynikać z trzeźwej oceny własnych możliwości. Niewykluczone, że trener Smuda zdawał sobie sprawę, iż na wymianę ciosów, o której ja mówię, jego zespołu nie było stać i dlatego przyjął taką taktykę, a nie inną. Trudno wejść w jego myśli i odczytać argumentację, którą się kierował. Jeszcze raz powtarzam: zabrakło sił, piłkarze się starali, serce chciało grać, ale, niestety, nogi nie niosły.

Jak Pan teraz widzi przyszłość polskiej piłki? Kto powinien być selekcjonerem reprezentacji – polski trener czy też może zagraniczny?

Zdecydowanie polski! Jeżeli ktoś mówi o trenerze zagranicznym, musi pamiętać, że Leo Beenhakker wyprowadził z Polski do własnej kieszeni 3 mln euro i zostawił po sobie „spaloną ziemię”; nie sporządził nawet jednej kartki sprawozdania z wykonanej pracy. Robił, co chciał, obrażając wszystkich dookoła, łącznie z prezesami oraz działaczami PZPN. I jakby tego było mało, jeszcze do dzisiaj ma w prywatnych stacjach telewizyjnych wielu popleczników.

Nie nauczył się nawet języka polskiego…

Tak, to mu przychodziło „szczególnie dobrze”.

Jednak Roman Kosecki, który jest obecnie bardziej politykiem niż piłkarzem, twierdzi, że nowym selekcjonerem reprezentacji powinien zostać znakomity niemiecki szkoleniowiec, Ottmar Hitzfeld. Czy dopuszczalna jest sytuacja, aby nazwisko nowego trenera zespołu narodowego ustalano nie w gmachu PZPN tylko w Parlamencie?

Żyjemy w demokratycznym kraju i oczywiście Kosecki ma prawo prezentować swoje zdanie, ale mówiąc w ten sposób, wystawia sobie pewne świadectwo. Na szczęście Polski Związek Piłki Nożnej jest instytucją nie podlegającą ani Sejmowi, ani rządowi i nie musi tego rodzaju podpowiedzi słuchać. Możemy jedynie wzruszyć ramionami, puścić to mimo uszu i ewentualnie podjąć polemikę, która ośmieszy Koseckiego.

Nie boi się Pan, że teraz, po przegranych Mistrzostwach Europy, rozgorzeją zażarte walki, wojny w PZPN, które jeszcze bardziej pogrążą nas w marazmie? W ten sposób tylko zmarnujemy kolejne lata i przegramy następne eliminacje do mundialu w Brazylii?

Pewne zmiany są konieczne. 26 października odbędzie się Zjazd PZPN, podczas którego ma zostać dokonany wybór nowych władz. Mam nadzieję, że wśród delegatów zwycięży głos rozsądku, troska o przyszłość polskiej piłki i że zdadzą sobie oni sprawę, że jedna czy druga opcja dąży, za wszelką cenę, do przejęcia władzy – nie po to, aby ratować nasz rodzimy futbol, tylko zasiąść na eksponowanych stanowiskach. Na szczęście wśród polskich działaczy piłkarskich zawsze znajdowało się dużo ludzi rozsądnych, którzy potrafili antycypować do czego zmierzają określone sytuacje. Jednak obecnie musimy brać pod uwagę zagrożenie, jakim jest negatywne oddziaływanie mediów, które potrafią wybrać prezesa, trenera i tysiące innych rzeczy narzucić.

Antoni Piechniczek – jeden z najwybitniejszych polskich trenerów piłkarskich; doprowadził reprezentację Polski do trzeciego miejsca na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii; jako jedyny polski trener zdołał dwukrotnie awansować na mundial: w Hiszpanii w 1982 r. oraz w Meksyku cztery lata później. Prowadzony przez niego zespół prezentował otwarty, ofensywny futbol, a piłkarze imponowali całemu światu pod względem przygotowania szybkościowego, a także kondycyjnego. Urodził się 3 maja 1942 r. w Chorzowie. Ukończył studia na AWF w Warszawie. W uznaniu dokonań trenerskich, w 1978 r. został uhonorowany w plebiscycie czasopisma „Piłka Nożna” tytułem Trenera Roku. Dwa lata później objął funkcję selekcjonera narodowej reprezentacji Polski, która w tamtym czasie znajdowało się w stanie głębokiego kryzysu. W krótkim czasie uczynił z niej jeden z najsilniejszych zespołów na świecie, pokonując m.in. w meczu towarzyskim ówczesnych mistrzów świata, Argentyńczyków, podczas spotkania wyjazdowego w Buenos Aires. W 1982 r. zdobył trzecie miejsce na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii. Obecnie pełni funkcję wiceprezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej.