Odzyskajmy media dla Polaków!

Ewolucja środków masowego przekazu to jedna z najwstydliwszych kart III Rzeczypospolitej. Wiele z nich zostało oddanych zachodnim, głównie niemieckim koncernom, inne pozwolono zbudować ludziom związanym ze służbami specjalnymi.

W ojczyźnie Axela Springera taki stan rzeczy byłby nie do pomyślenia. Czy w takiej sytuacji można się dziwić, że coraz mniej zdanych na informacje z nieobiektywnych źródeł Polaków rozumie wymogi racji stanu?

Aż 20 z 24 najpopularniejszych lokalnych dzienników (np. „Gazeta Krakowska”, „Dziennik Zachodni”) należy do Verlagsgruppe Passau za pośrednictwem Grupy Polska Press. Daje jej to 90 proc. udziałów na rynku prasy regionalnej. Ogółem w Polsce działa 19 koncernów wydających gazety i czasopisma, z czego 10 opiera się na kapitale polskim, a 9 – zagranicznym. Przedsiębiorcy z innych krajów wydają u nas 138 tytułów o łącznym nakładzie 567 mln egzemplarzy, co stanowi 76 proc. medialnego tortu. W niektórych segmentach rynku międzynarodowy biznes niemal całkowicie wyparł polską konkurencję.

Jedna trzecia polskich gazet jest własnością firmy Heinrich Bauer Verlag z Hamburga. Wiele popularnych magazynów dostępnych w naszych kioskach, od „Pani” przez „Bravo” po „CD Action”, to proste kalki formatów sprawdzonych wcześniej na niemieckich czytelnikach. Kolejne 16 proc. pism należy do Ringier Axel Springer – właścicieli „Faktu”, polskiego „Newsweeka” i „Przeglądu Sportowego”. Dopiero za tymi trzema potentatami sytuuje się Agora, choć 55 mln odbiorców jej tytułów wypada blado przy 248 mln konsumentów oferty Bauera, nie mówiąc już np. o 6 mln czytelników „Polityki”.

Audiowizualna rywalizacja

Nieco większa równowaga panuje w radiofonii, gdzie wciąż dość ważną pozycję posiadają nadawcy publiczni i zarządzająca Radiem ESKA Grupa Radiowa TIME. Spośród rozgłośni komercyjnych, RMF FM od 2008 r. należy do Bauer Media Polska, a Eurozet jest własnością francuskiej Groupe Lagardere. Razem przyciągają one przed odbiorniki i komputery 48 proc. rodzimych słuchaczy. Spośród 28 działających w Polsce spółek telewizyjnych (w tym 10 zagranicznych) najbardziej liczą się oczywiście Telewizja Polska, Cyfrowy Polsat i kupiona w tym roku za 584 mln USD przez amerykańskie Scripps Network Interactive TVN. Ze względu na koszty prowadzenia działalności nie zanosi się na znaczące zmiany w tej hierarchii. Poza TVN obecność obcych nadawców prawdopodobnie ograniczy się do niskobudżetowych kanałów tematycznych.

Zagraniczne koncerny nie tracą z oczu najnowocześniejszych mediów. Podział widowni między najpopularniejsze portale przypomina hierarchię wydawców prasy z tym, że na razie liderem jest Ringier Axel Springer (15,8 mln użytkowników portali Grupy Onet w kwietniu 2015 r.), Bauer Media Polska plasują się na trzeciej pozycji (12,5 mln unikalnych wejść na strony Grupy Interia.pl), a pomiędzy nami sytuuje się posiadająca czterech właścicieli (European Media Holding, Orfe SA, 10xSA, Albemuth Inwestycje) Grupa Wirtualna Polska. Prawie 11 mln czytelników mają serwisy Grupa Gazeta.pl. Jakkolwiek można je dyskredytować jako źródło przede wszystkim populistycznej rozrywki, trzeba więc liczyć się z faktem, że opinie większości polskich internautów kształtują redaktorzy muszący brać pod uwagę interesy zagranicznych zwierzchników.

W Niemczech to nie przejdzie

Mogłoby się wydawać, że w dzisiejszych czasach opanowywanie poszczególnych gałęzi przedsiębiorczości przez wielkie korporacje jest czymś naturalnym. Takie podmioty dokonują jednak ekspansji przede wszystkim bezlitośnie wykorzystując błędy słabszych rywali. Przykład Niemiec pokazuje, że do zachowania mediów w rodzimych rękach wystarczy elementarna zawodowa i narodowa solidarność. Wbrew pojawiającym się niekiedy informacjom, w tym kraju nie istnieje federalna ustawa zakazująca sprzedaży gazet w obce ręce. Prasa jest regulowana na poziomie landów oraz na mocy umów zawieranych w konkretnych sprawach przez tamtejsze odpowiedniki województw. Krajobraz medialny w przeważającym stopniu ustaliły koncesje przyznawane po 1945 r. przez władze poszczególnych stref okupacyjnych, które w założeniu miały uchronić mieszkańców dawnej III Rzeszy przed odrodzeniem wpływów nazistów.

Jedynym liczącym się niemieckim środkiem masowego przekazu, jaki nabył zagraniczny biznesmen, był największy stołeczny dziennik „Berliner Zeitung”. W 2005 r. stał się on własnością konsorcjum Brytyjczyków z Mecom Group i Amerykanów z Veronis Suhler Stevenson. Transakcja została poddana ostrej krytyce zarówno przez pracowników pisma, jak i zewnętrznych obserwatorów. Oprócz resentymentów narodowościowych obawiano się tabloidyzacji tytułu na wzór tej, jakiej doświadczył pod rządami Davida Montgomery’ego wyspiarski „The Independent”. W 2009 r. musiał się on wycofać z Niemiec i Norwegii z powodu długów. O przywiązaniu naszych zachodnich sąsiadów do rodzimego kapitału świadczy fakt, że nie istnieje już niemiecka edycja „Financial Times”.

Zauważyć problem

Postulat repolonizacji mediów pojawiał się w kampanii przed wyborami parlamentarnymi. Paweł Kukiz w swoim programie wyborczym domagał się zakazu skupiania ponad 20 proc. funkcjonujących środków przekazu w ręku jednego wydawcy oraz zaprzestania reklam spółek państwowych w tytułach należących do obcokrajowców. Uchroniłoby to przed sytuacją, w której 45 proc. budżetu Skarbu Państwa na promocję w tygodnikach w latach 2008-2012 trafiło do „Newsweeka”. Orędowniczką ograniczenia hegemonii zachodnich koncernów jest też była członkini Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Barbara Bubula (PiS).

Winnych za powstałą sytuację, w której duża część społeczeństwa odnosi wrażenie, że nie jest w stanie przebić się ze swoimi poglądami do reszty opinii publicznej, jest wielu. Nie doszłoby do oligopolizacji całych segmentów mediów, gdyby Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów prezentował w tej kwestii bardziej zdecydowaną postawę. Jak słusznie zauważył redaktor naczelny portalu jagiellonski24.pl Paweł Grzegorczyk, dobrym rozwiązaniem byłoby obniżenie opłat koncesyjnych i za częstotliwości radiowe. Niewiadomą pozostają dalsze losy mediów publicznych, którym nowa partia rządząca zamierza nadać status „narodowych”. Przynajmniej w teorii to one powinny przyjąć na siebie rolę kanału ograniczającego zasięg zagranicznej propagandy.

Przede wszystkim jednak warto pamiętać, że Polska w odróżnieniu od Niemiec nie jest krajem o strukturze federalnej, więc ustawa chroniąca środki przekazu przed wykupem przez cudzoziemców stanowiłaby naturalny i potrzebny element prawodawstwa. Zresztą system legislacyjny RFN również dopuszcza jej uchwalenie i niewykluczone, że w sprzyjających okolicznościach władze tego państwa skorzystałyby z tej możliwości…

Autor jest doktorem nauk politycznych PAN

——————-

 
Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN