Olewnika zabiło lokalne status quo!

Ian Fleming, były agent brytyjskich służb specjalnych i twórca literackiej postaci Jamesa Bonda, mawiał zawsze tak: jeżeli coś zdarzy się raz, to może być przypadek, jeżeli zdarzy się dwa razy – zbieg okoliczności, ale jeżeli zdarzy się trzeci raz, to mamy do czynienia z celowym działaniem. Mimo upływu ponad dziesięciu lat od rozpoczęcia śledztwa polskie organy ścigania nie zdołały wyjaśnić sprawy porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika.

 

Dotychczas przyjmowano hipotezę, że charakter okoliczności zaistniałych w kontekście przestępstwa dokonanego na Olewniku, wskazuje na obecność jakiegoś potężnego czynnika, który kierował całą sytuacją i paraliżował działania organów ścigania. Policji zarzucano celowe zaniedbani, a w najdalej posuniętych scenariuszach nawet udział w tym mrocznym morderstwie. Na pozór wydaje się, że powierzchowna analiza uprawdopodabnia taki wariant śledczy. Jednak posiada ona swoje słabe punkty. Jaki interes miałby ktoś możny, lokujący się na szczytach politycznej, biznesowej bądź przestępczej hierarchii, aby zabijać Krzysztofa Olewnika? To nie ten poziom gry. Brakuje elementu, który mógłby łączyć lokalny wymiar sprawy z płaszczyzną ogólnokrajową.

 

Prawo prowincji

Dramat, jaki wydarzył się w przypadku Olewnika, można włożyć w każdy istniejący w Polsce powiat. Odpowiedzi na pytanie o przyczyny śmierci tego młodego człowieka należy poszukiwać nie na poziomie wielkiej polityki, centralnych ustosunkowań władzy, ministerstw czy najwyższych instancji policyjnych, lecz w sferze uwarunkowań lokalnych, przestępczo-biznesowych powiązań, relacji fraternizujących prowincjonalnych polityków, działaczy samorządowych, funkcjonariuszy miejscowej policji, przedstawicieli grup przestępczych z biznesmenami. Na poziomie lokalnym działa mechanizm, który może zabijać. Jest nim prawo prowincji, paraliżujące obszar lokalnego życia społecznego, korumpujące działalność rozmaitych instytucji, zobligowanych do rozstrzygania różnych spraw bądź zapewniania bezpieczeństwa. W tym kontekście Krzysztof Olewnik jest wręcz modelowym przykładem. Na jego miejscu mógł być każdy inny człowiek: lokalny nowobogacki biznesmen, któremu pieniądze zbyt mocno rozgalopowały wyobraźnię, przedstawiciel władzy samorządowej uwikłany w przestępcze kontakty, albo funkcjonariusz policji współpracujący ze zorganizowanymi grupami przestępczymi lub w innym ujęciu – stanowiący dla nich zagrożenie. Przypadek Olewnika nie jest wyjątkiem, przeciwnie on raczej potwierdza reguły gry określone na poziomie lokalnej rzeczywistości. I właśnie z tej perspektywy jest najbardziej interesujący. Bo dobrze diagnozuje sytuację.

 

Narracja stała się tropem

Istnieje kilka czynników, które spowodowały, że sprawa Olewnika uzyskała ogólnopolski rozgłos i do dziś pozostaje utrzymywana w świadomości społecznej. Po pierwsze – jego rodzina dysponuje dużymi pieniędzmi, była więc w stanie nadać sytuacji odpowiedni rezonans społeczny – ojciec zamordowanego, Włodzimierz Olewnik, poruszył niebo i ziemię. Po drugie – już po śmierci Olewnika i ujęciu bezpośrednich sprawców morderstwa miały miejsce wydarzenia, które sugerowały udział jakichś potężnych, wpływowych czynników władzy. Tajemnicza śmierć trzech morderców Krzysztofa, a jednocześnie kluczowych świadków w sprawie, może wskazywać, że w grze pozostał ktoś jeszcze, będący w stanie tak trudne przedsięwzięcia przestępcze (morderstwa w więziennej celi bądź inspirowane samobójstwa) zorganizować. W świadomości społecznej funkcjonuje przeświadczenie, że do takich działań potrzebne są znajomości, układy, pieniądze. To uprawdopodobniło pogląd, że gra toczy się o wysoką stawkę i dopisano do niej polityczny kontekst. Jednak najistotniejszy jest trzeci element. Otóż sprawa Olewnika czasowo zbiegła się z lansowaną przez PiS teorią układu biznesowo-politycznego. Ona stała się kluczowym argumentem potwierdzającym diagnozę funkcjonowania na szczycie sfery społeczno-politycznej patologicznej struktury, która determinuje całą rzeczywistość życia społecznego. Wydarzenia towarzyszące uprowadzeniu i zabiciu Olewnika uprawdopodobniły najpopularniejszą narrację początku lat dwutysięcznych. Niestety, opinia publiczna dała się na to nabrać. Na sprawę Olewnika patrzono z punktu widzenia układu biznesowo-politycznego. Właśnie ten przekaz stał się najbardziej wiarygodny dla mediów. Obok tego istniały silne motywy polityczne, aby go utrzymywać w głównym nurcie dyskursu publicznego. Media i politycy wytworzyli pewną atmosferę, która determinowała poczynania organów ścigania. W końcu postawiona pod ścianą policja postanowiła pójść tropem narzuconym przez opinię publiczną, mimo że sama posiadała inne hipotezy śledcze. Tymczasem klucz do wyjaśnienia kulisów porwania i morderstwa Krzysztofa Olewnika leży w sferze życia lokalnego, w obszarze prawa prowincji (powiązań i relacji istniejących na dole), a przede wszystkim – choć to bardzo trudno powiedzieć – prawdopodobnie w otoczeniu interesów i członków rodziny samego Olewnika. W sensie przyczynowo-sprawczym wielka polityka (poza pewnymi charakterystycznymi dla polskiego państwa zaniedbaniami) nie miała z tą sprawą nic wspólnego.

 

Morderca może być blisko

W drugiej połowie lat 90. wydarzyła się w Polsce bardzo podobna sytuacja. Nigdy jednak nie uzyskała choćby zbliżonego do sprawy Olewnika rozgłosu. W Koninie uprowadzono dziesięcioletniego wówczas Olka Ruminkiewicza, syna miejscowego biznesmena. W tym przypadku ojciec chłopca, tak samo jak Włodzimierz Olewnik, poruszył niebo i ziemię. Ruminkiewicz posiadał pewien atut, jego bliskim przyjacielem był miejscowy sędzia, który bardzo mocno pomagał w poszukiwaniach. Po jakimś czasie porywacz zgłosił się po okup, żądając 300 tys. zł. Jednocześnie rodzina Olka została poinstruowana, aby pod żadnym pozorem nie informować policji. Pieniądze miały zostać pozostawione na przystanku mało uczęszczanej drogi. Ale matka chłopca posiadała jakieś złe przeczucia i mimo wszystko postanowiła powiadomić organy ścigania. Policja w rutynowy sposób obstawiła teren. Jakież było zdumienie konińskich funkcjonariuszy, kiedy po walizkę z pieniędzmi zgłosił się dobrze im znany człowiek. Był nim Krzysztof F., sędzia Sądu Rejonowego w Koninie, a prywatnie najbliższy przyjaciel rodziny Ruminkiewiczów. Olek traktował go jak drugiego po ojcu mężczyznę w swoim życiu, mówił do niego „wujek”. F. był sprytny – chwycił za walizkę z pieniądzmi, ale gdy zorientował się, że do samochodu, którym jedzie, przyczepił się policyjny „ogon”, pojechał prosto do domu Ruminkiewiczów. Zaaranżował sytuację, że jakoby obawiał się, że ktoś chciał wyłudzić od zrozpaczonych rodziców pieniądze, stąd rzekomo działając w dobrej wierze, zabezpieczał wszystkie podejmowane przez nich czynności. To była oczywista „ściema”, na którą konińscy śledczy nie dali się nabrać. Chłopca znaleziono później, zamordowanego w starej, nieczynnej studni w miejscowości Tuliszków. Miejsce zbrodni wskazał policji sam przestępca. Zdeprawowany sędzia poszedł siedzieć do więzienia na 25 lat. Jedna z lokalnych gazet podsumowała wydarzenie tytułem „Sędzia i kat”. Ale dramat rodziny Ruminkiewiczów – choć być może jeszcze bardziej elektryzujący – nigdy nie został wpisany w główny nurt masowej opinii publicznej, w skali podobnej, jak porwanie i zabójstwo Krzysztofa Olewnika. Po prostu tamta sytuacja nie nadawała się do umieszczenie w kontekście jakiejś narracji politycznej. Zaś, jak się później okazało, kluczem do rozwikłania tajemnicy śmierci chłopca były kłopoty finansowe pogrążonego w hazardzie (i przy okazji w długach) konińskiego sędziego. Ta sytuacja pokazuje, że morderca może przyczaić się blisko ofiary.

 

Pieniądze otworzą nawet drzwi w więziennej celi

Sprawa Krzysztofa Olewnika to klasyczny przykład równania z dwiema niewiadomymi. – Myślę, że wystąpił tutaj jakiś drugi nurt, który spowodował, że zaniedbano podstawowe czynności kryminalistyczne, które powinny być wykonane przy tego rodzaju zdarzeniach. Bo proszę sobie wyobrazić, że kiedy rodzina Olewnika opuszcza zebranie towarzyskie w jego domu (właściwie 80 proc. uczestników tego spotkania stanowią funkcjonariusze policji), nagle ginie człowiek – mówi wybitny polski kryminolog, prof. Brunon Hołyst, w wywiadzie dla „Gazety Finansowej”. Poszukiwanie drugiego dna, biorąc pod uwagę okoliczności związane z porwaniem i zamordowaniem Krzysztofa Olewnika, wydaje się uzasadnione. Jednak nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy należy poszukiwać go na zewnątrz czy wewnątrz sytuacji? Brakuje elementu, który pozwoliłby uprawdopodobnić założenie, że za tym bulwersującym przestępstwem, kryje się jakiś poważny zewnętrzny zleceniodawca, w postaci wpływowej osoby lub grupy o charakterze biznesowo-politycznym posiadającej konotacje przestępcze. Jedyną przesłanką uprawdopodobniającą rozumowanie w tym kierunku jest tajemnicza śmierć trzech morderców Olewnika a zarazem najbardziej istotnych dla sprawy świadków: Wojciecha Franiewskiego, Sławomira Kościuka i Roberta Pazika. Jeżeli ktoś ich zlikwidował bądź zostali naprowadzeni na samobójstwo, to tylko dlatego, że posiadali wiedzę mogącą rozjaśnić mroczne kulisy tej sprawy. Ewentualnie ujawnione przez nich informacje, zamienione później na materiał procesowy, mogły dla kogoś być niebezpieczne. Dlatego postawiono hipotezę, że za tymi wydarzeniami musi stać ktoś silnie ustosunkowany, posiadający koneksje w świecie polityki, organów ścigania, wymiaru sprawiedliwości czy systemie więziennictwa. Taka ocena może być prawdziwa, ale wcale nie musi. W praktyce, aby zabić kogoś w więzieniu czy gdziekolwiek indziej, wystarczy mieć pieniądze. Na rynku przestępczym funkcjonuje sporo ludzi, tzw. kilerów, którzy oferują tego typu usługi. Cena zależy od rangi i statusu głowy, na którą się szykuje szubienice oraz od trudności sprawy. Zaś układy, dojścia i czynności niezbędne do przygotowania sytuacji, można sobie kupić. Protekcja polityczna lub ta płynąca z najwyższych szczebli struktur penitencjarnych, nie jest warunkiem koniecznym dla usunięcia niewygodnego świadka. Wystarczy przekupić kilku klawiszy, a w bardziej skomplikowanych sprawach – dyrektora zakładu więziennego. Resztę załatwi już wynajęty „kiler”, którym może być nawet pensjonariusz określonego więzienia. Kluczowym argumentem są pieniądze. Zatem tego typu „robotę” jest w stanie zlecić biznesmen lokalnego formatu. Za śmiercią Franieskiego, Kościuka i Pazika wcale nie musi stać wpływowy polityk, biznesowy oligarcha albo boss mafii. Wystarczy ktoś, kto ma pieniądze.

 

Prawdziwe tło sprawy Olewnika

Tajemnicę śmierci Krzysztofa Olewnika próbuje się wyjaśniać w kontekście wydarzeń rozgrywanych na szczycie polskiej polityki; poszukuje się demiurgów, potężnych zleceniodawców. Tymczasem klucz do rozwikłania tej zagadki leży w całej rozciągłości na lokalnym podwórku. Ta sprawa zaczęła się na poziomie polski powiatowej i zakończyła w tym samym wymiarze. To zaś, że nabrała ona powszechnego medialnego rozgłosu, jest wynikiem politycznego tła, jakie się przypadkowo na nią nałożyło i po części determinacji rodziny Olewników. Ale jedna rzecz z drugą nie ma niczego wspólnego. Trzeba wejść w specyfikę życia lokalnego, poznać mechanizmy działające na dołach przestrzeni państwa, uchwycić cechy społeczności prowincjonalnych, aby zrozumieć sens wydarzeń, jakie miały miejsce w przypadku śmierci Krzysztofa Olewnika. Na lokalnym podwórku warunki gry dyktują miejscowe grupy przestępcze; przestrzenie biznesu, polityki, organów ścigania niejednokrotnie się przenikają, działając w pewnej symbiozie. Rekrutacja ludzi bogatych jest częstokroć dokonywana z samego jądra przestępczych środowisk, albo w wyniku działalności na ich peryferiach. W wielu przypadkach osoby lokalnie zamożne starają się pozostawać w dobrych relacjach: z jednej strony z przedstawicielami organizacji przestępczych; z drugiej – z reprezentantami organów ścigania; a z trzeciej – z miejscowymi politykami. Bo to w ich domniemaniu daje gwarancję spokoju, zabezpiecza na wszystkich polach. Tworzy się takie lokalne status quo, w którym wszyscy się dobrze czują, poklepują po plecach i robią wspólnie interesy. Tyle tylko, że lokalny mechanizm określający partycypację we wpływach czasami się zacina, gdy dochodzi do konfliktu interesów. I wydaje się, że takie jest właśnie prawdziwe tło uprowadzenia oraz tragicznej śmierci Krzysztofa Olewnika.

Wersja samouprowadzenia usuwa niespójności

Sprawy płockiego biznesmena nie da się ułożyć w domkniętą całość. Wiele kulisów jest nadal niewyjaśnionych, wciąż brakuje istotnych elementów logicznej układanki. Niemożliwe jest nawet wywiedzenie przekonującego rozumowania, opartego na prawdopodobieństwie i tworzącego sumę poszlak. Nie wiadomo też, czy kiedykolwiek dowiemy się prawdy.

 

Co zatem można powiedzieć?

Godne rozważenia są dwie główne wersje. Pierwsza wpisuje się w logikę uprowadzenia dla okupu, a więc sytuacji, w której przestępcy porywają Krzysztofa Olewnika dla osiągnięcia wymiernych korzyści finansowych, znając potencjał majątkowy, jakim dysponuje jego rodzina. Drugi wariant śledczy zakłada, że Krzysztof Olewnik z jakichś – w tej chwili jeszcze nieznanych powodów – sam zaaranżować swoje uprowadzenie, korzystając z przestępczych konotacji. Żadnego ze scenariuszy nie można poprzeć przekonywującymi dowodami. Istniejącej alternatywy nie da się rozstrzygnąć poprzez podejście pozytywne – przywołanie argumentów przesądzających o przyjęciu którejś z wersji. Jednak można oszacować prawdopodobieństwo za pomocą metody eliminacji tego hipotetycznego wariantu wydarzeń, który posiada słabe punkty, na podstawie wykazania jego niespójności. Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi (a piszę to z przykrością) – bardziej przekonująca jest wersja samouprowadzenia. Ona tłumaczy wiele niespójności istniejących w scenariuszu porwania dla okupu. Bez przyjęcia hipotezy samouprowadzenia te nieścisłości nie dadzą się racjonalnie wytłumaczyć. Wersja o porwaniu dla okupu jest niespójna. Krzysztof Olewnik został uprowadzony w nocy z 26 na 27 października 2001 r., przestępcy sformułowali żądania okupu dwa dni później, ale fizycznie odebrali pieniądze dopiero po prawie dwóch latach. Dlaczego czekali aż tak długo? Przecież w podobnych sytuacjach porywacze są zdeterminowani, otrzymać pieniądze jak najszybciej. Tu zaś im się nie spieszyło. Sytuacja jest więc nietypowa. Chyba, że przyjmie się założenie, iż żądanie okupu miało służyć jedynie racjonalizacji przestępczych działań, uprawdopodobnieniu scenariusza porwania dla osiągnięcia korzyści materialnych i w konsekwencji wyprowadzenia w pole organów ścigania. Czemu porywacze dokonali uprowadzenia bezpośrednio po imprezie z udziałem funkcjonariuszy policji? Kto w takich warunkach zdecydowałby się na przestępstwo, nie mając do końca pewności, czy któryś z policjantów nie pozostał w środku bądź nie powróci? Przestępcy musieli czuć się pewnie. Na wszystkie te niejasności nakładają się dodatkowo nowe fakty, związane z podejrzeniem rzekomego sfingowania śladów krwi oraz rozbieżne zeznania rodziny Olewników. Bez wątpienia w otoczeniu rodziny Olewników toczy się jakaś gra. Cdn.