Opcjami w przedsiębiorców

„Należy zmienić tok myślenia w sprawie kontroli podatkowych – nie ma kontroli w celach prewencyjnych, kontrola ma przynosić wpływy budżetowe. (…) MF (Ministerstwo Finansów – red.) dokonało również analizy podmiotowej urzędów skarbowych. Te, które będą miały najwyższy procent kontroli negatywnych w skali kraju, zostaną pozbawione pracowników kontroli podatkowej (pozostanie tam np. jedynie dwóch kontrolujących). (…) Bardzo istotna jest skuteczność kontroli – w IS (Izbach Skarbowych – red.) w Opolu kształtuje się obecnie na poziomie ok. 46 proc., jest to zbyt niski wskaźnik, docelowo – 80 proc.” Te fragmenty to protokół z narady naczelników urzędów skarbowych województwa opolskiego 4 listopada 2014 r. w Izbie Skarbowej w Opolu, ujawniony przez Ryszarda Petru, szefa Towarzystwa Ekonomistów Polskich. Mówiąc wprost, urzędnicy skarbowi otrzymali od szefów instrukcję: albo będziecie znajdować oszustów podatkowych (docelowo ośmiu na 10 kontrolowanych ma być winnych), albo tracicie pracę.

Ujawnienie stenogramu wywołało oburzenie wśród organizacji przedsiębiorców. Związek Pracodawców i Przedsiębiorców uznał, że mieliśmy do czynienia z podżeganiem do popełnienia przestępstwa i złożył przeciwko ministrowi finansów Mateuszowi Szczurkowi i wiceministrowi Jackowi Kapicy, odpowiedzialnemu za skarbówkę, doniesienie do prokuratury. Resortu bronił Kapica, który twierdził, że nie może potwierdzić doniesień dotyczących protokołu, bo według jego informacji resort chce, aby „tylko” 55 proc. kontroli kończyło się karami. Jak w praktyce wygląda nowa polityka kreatywnego podejścia urzędników do kontroli, pokazuje sprawa kwestionowania przez Ministerstwo Finansów rozliczeń podatkowych firm, które kilka lat temu straciły pieniądze na opcjach walutowych.

Rozliczenia lata wstecz

Starty polskich firm z tytułu wykupienia nietrafionych opcji walutowych w 2008 r. były szacowane na 40 mld zł (9 mld zł przypadło na spółki notowane na warszawskiej giełdzie). Część z firm nie wytrzymała ciosu i splajtowała, ale sporej części udało się zacisnąć pasa i w ciągu kilku lat spłaciły zobowiązania. Gdy wychodziły na prostą, weszli do nich urzędnicy z kontroli skarbowych, zabrali się za sprawdzanie sprawozdań sprzed pięciu lat i zaczęli podważać zasadność zaliczenia kosztów nietrafionych opcji jako kosztów działalności gospodarczej. Z jednej strony skarbówka opodatkowywała tych, którzy zarobili na opcjach, z drugiej strony chciała wykluczyć możliwość zaliczania strat. Sprawa była i jest o tyle niebezpieczna, że dotyczy sprawozdań sprzed wielu lat, a nad firmami zawisło widmo korygowania rozliczeń z ostatnich lat, co diametralnie zmieniłoby ich wyniki finansowe.

Dajcie firmę, a znajdzie się paragraf

Początkowo resort finansów próbował opodatkować przedsiębiorców będących ofiarami „opcyjnego tsunami”, bazując na art. 16 Ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (dalej: Ustawa), zarzucając, że w koszty podatkowe nie mogą być zaliczane straty poniesione na opcjach, które zostały zamknięte przedterminowo (np. na skutek ugody z bankami zawartej przed terminem zapadalności tych opcji). Kiedy po awanturze w Sejmie posłom z Komisji Finansów Publicznych udało się wykazać absurdalność takiego podejścia (tj. karania przedsiębiorców za to, że zamykali opcje wcześniej, ratując się przed lawinowo narastającymi stratami), resort finansów wycofał się z tej koncepcji, czego wyraz dał w odpowiedzi na dezyderat Komisji Finansów z dnia 12 grudnia 2014 r. Radość przedsiębiorców okazała się jednak przedwczesna. Urzędnicy, którzy – jak wiemy ze stenogramu opolskiej skarbówki – muszą traktować kontrolę jako źródło przychodów, podeszli do sprawy według zasad rodem z czasów socjalistycznej praworządności, tj. „dajcie mi firmę, a znajdę na nią paragraf”.

Pałą i cepem

20 lutego 2015 r. Ministerstwo Finansów wydało wytyczne, zgodnie z którymi skarbówka będzie kwestionować zaliczenie w koszty strat poniesionych na opcjach już nie na podstawie art. 16 (jak dotychczas), lecz na podstawie art. 15 Ustawy.

Art. 15, nazywany przez doradców podatkowych „pałą i cepem” (taki kształt ma odwrócona piętnastka), jest w prawie podatkowym normą o charakterze ogólnym, która pozwala organom skarbowym dokonywać de facto arbitralnej oceny racjonalności poniesionych przez przedsiębiorcę wydatków. W sytuacji, gdy organy skarbowe „dojdą do przekonania”, że działania inwestycyjne przedsiębiorcy były „nieracjonalne”, poniesione straty nie są przez organy skarbowe uznawane za koszty podatkowe. Tak po prostu. Urzędnik oceni i ukarze, a przedsiębiorca będzie tułał się przez lata po sądach i dowodził racjonalności swoich działań.

Klauzula obejścia prawa?

Jak ministerstwo kazało, tak urzędnicy zrobili. Skarbowcy już zaczęli zarzucać przedsiębiorcom, że kupując w 2008 r. opcje walutowe, które miały ich zabezpieczyć przed ryzykiem kursowym, postąpili w sposób „nieracjonalny” i „sami narazili się świadomie na nieograniczone straty” (z takimi zarzutami spotkała się już m.in. spółka notowana na giełdzie – Ropczyce – ze strony UKS w Rzeszowie). Konstrukcja zastosowana przez urzędników z Ministerstwa Finansów przypomina stosowaną przed laty tzw. klauzulę obejścia prawa, która pozwalała skarbówce zakwestionować dowolne działanie podatnika, jeżeli uznała, że płaci dzięki niemu niższy podatek. Kres tej radosnej urzędniczej kreatywności położył Trybunał Konstytucyjny, uznając ją za sprzeczną z konstytucją. Podobny los po wielu latach czeka zapewne obecną działalność Ministerstwa Finansów. Problem w tym, że na skutek takiej kreatywnej interpretacji prawa kilkaset firm (a może kilka tysięcy) przez lata nie będzie w stanie prowadzić normalnej działalności gospodarczej, tkwiąc w zawieszeniu, czekając na decyzję sądów.

O naprawianiu zepsutego

Na początku marca minister finansów Mateusz Szczurek odwiedził bar mleczny, gdzie się posilił, suto doprawiając posiłek. Okazją do takiego świętowania było uchylenie wydanego przez siebie absurdalnego rozporządzenia zakazu używania przypraw w jadłodajniach pod groźbą utraty państwowych dotacji. Resort ugiął się pod wpływem masowych protestów (szczególnie bolesna i ośmieszająca resort była akcja: „chcemy pieprzyć w barach mlecznych”). Było jak w starym dowcipie, w którym dwóch skinów uratowało życie staruszce, bo przestało ją kopać. Ciekawe, kiedy i na czyje polecenie minister Szczurek rzuci się, by ratować firmy, których istnienie i rozwój zagrożone są zalecaną przez niego kreatywną interpretację prawa podatkowego.

Autor jest redaktorem naczelnym „Uważam Rze”

Avatar

Jan Piński

Dziennikarz z 18-letnim stażem. Były szef Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, a także były redaktor naczelny "Uważam Rze". Aktualnie naczelny "Gazety Finansowej" i gf24.pl. Z zamiłowania szachista (były wicemistrz Europy juniorów). Motto: dziennikarz nie pisze co wie, ale zawsze wie co pisze.