Państwo polskie wyrządziło mi wiele krzywd

Z Władysławem Jamrożym, zaraz po ogłoszeniu wyroku, rozmawia Roman Mańka

Czy czuje się Pan kolejnym człowiekiem zniszczonym przez polskie organy ścigania?

Nie mogę powiedzieć, że czuję się zniszczony, gdyż jestem usatysfakcjonowany z dzisiejszego wyroku sądu rejonowego.

Ale to sąd go wydał, mam na myśli działania prokuratury, która przez wiele lat prowadziła przeciwko Panu postępowanie.

Wymiar sprawiedliwości to z jednej strony prokuratura, a z drugiej sądy, dlatego cenię sobie niezależność sądu, oceniając efekt końcowy w postaci wydanego wyroku, jako skuteczny rezultat działań organów wymiaru sprawiedliwości. Natomiast jestem niezmiernie rozżalony, że ponad 10 lat musiałem czekać na potwierdzenie okoliczności, które od początku postępowania wykazywałem – działałem w imieniu PZU, kierowałem się dobrem tej firmy i Skarbu Państwa.

Podczas ogłaszania ustnego uzasadnienia wyroku, sąd wyraźnie zasugerował, że teza o politycznej inspiracji toczonego wobec Pana postępowania, nie jest pozbawiona racjonalności. Czy Pana zdaniem była to sprawa polityczna?

Wchodzimy w obszar spiskowej teorii dziejów.

Ale sąd tę spiskową teorię dziejów uznał za niepozbawioną racjonalności?

Zauważył, że nie jest pozbawiona podstaw. Zgadzam się. Ale to jest temat na osobny wywiad, ponieważ w całej sprawie istnieje bezmiar okoliczności niewyjaśnionych do dzisiaj albo wyjaśnionych jedynie częściowo, które trudno przypisać zwykłemu przypadkowi. Sekwencja zdarzeń w prowadzonym postępowaniu karnym nakładała się w jakiś sposób na ciąg działań związanych z prywatyzacją PZU, konflikt występujący pomiędzy udziałowcami spółki i ostateczne jego rozwiązanie. O politycznym charakterze sprawy może świadczyć fakt, że doniesienie do prokuratury o rzekomym popełnieniu przeze mnie przestępstwa zostało złożone przez ówczesną minister skarbu państwa, Aldonę Kamelę-Sowińską, w oparciu o fałszywe wyliczenie domniemanej szkody i nieprawidłowe oszacowanie wartości nieruchomości. Sąd to wyraźnie stwierdził. Kluczowy dokument załączony do zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa okazał się fałszywy. W tym kontekście pojawia się pytanie, kto dysponował zdolnością do podejmowania tego typu działań i manipulowania panią minister.

Uważa Pan, że minister Aldona Kamela-Sowińska była manipulowana?

Być może była manipulowana, ale możliwy jest jeszcze gorszy scenariusz, zgodnie z którym mogła świadomie i aktywnie uczestniczyć w manipulacji. Trudno przecież posądzić ją o brak rozumu. Patrząc na kształt zmian personalnych oraz politycznych od początku zainicjowania procesu prywatyzacji PZU, można postawić tezę, że to, co się w tej sprawie działo, nie wynikało z przypadku, tylko zostało podporządkowane interesom i oczekiwaniom poszczególnych osób. Prowadzone postępowanie karne traktowane było, w moim przekonaniu, co najmniej przez pierwsze kilka lat instrumentalnie.

Czyli można powiedzieć, że postępowanie karne, w którym m.in. Pan zasiadł na ławie oskarżonych, zaaranżowano celowo, aby odwrócić uwagę od prywatyzacji PZU?

Oczywiście. Zgadzam się z tego rodzaju oceną. Od samego początku procesu, aż do ostatniej mowy podkreślałem na sali sądowej, że cała sprawa miała za zadanie odwrócić uwagę opinii publicznej od problemu złej prywatyzacji i nie pozwolić na dostateczne wyeksponowanie konkretnych faktów z nią związanych. Prowadzone przeciwko mnie, a także innym członkom zarządu PZU, postępowanie karne miało charakter typowej przykrywki.

Kto prowadził nieprawidłową prywatyzację PZU?

Myślę, że na pewno ówczesna minister skarbu państwa, Aldona Kamela-Sowińska. Kulminacja rozmaitych wydarzeń niewątpliwie przypada na okres, kiedy podpisywano umowy prywatyzacyjne.

Czy osoby, które wykorzystały fałszywy dokument, aby uruchomić przeciwko Panu postępowanie karne, same nie powinny ponieść odpowiedzialności karnej?

W mojej ocenie na pewno powinny, ale od rozstrzygania tego rodzaju kwestii jest prokuratura. W tej sytuacji, skoro podczas przewodu sądowego została ujawniona okoliczność posługiwania się fałszywymi dokumentami, organy ścigania powinny podjąć odpowiednie czynności z urzędu.

Od momentu postawienia Panu zarzutów minęło 10 lat. Cała sprawa kosztowała Pana zapewne wiele wysiłku. Wiem, że skarżył Pan państwo polskie o przewlekłość postępowania przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka.

Nie tyle o przewlekłość postępowania, ile o nieuzasadniony i przedłużający się areszt wydobywczy. Spędziłem w areszcie dwa lata i trzy miesiące, w tym niemal dwa lata zanim rozpoczął się proces. W tej sprawie uzyskałem prawomocny, satysfakcjonujący mnie wyrok Trybunału w Strasburgu.

Czyli można powiedzieć, że wygrał Pan podwójnie. Aczkolwiek wyrok Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieście nie jest jeszcze prawomocny, to jednak można się spodziewać, że nikt nie złoży wobec niego apelacji, bowiem nawet sama prokuratura wniosła o uniewinnienie Pana i innych oskarżonych.

Ten wyrok pokazuje, że Polska idzie w dobrym kierunku, jeżeli chodzi o jakość orzecznictwa wymiaru sprawiedliwości. Dziś mogę powiedzieć, że istnieje coś takiego, jak niezależność sądów. Odczucia te opieram na swoim własnym przykładzie, nie wypowiadam się jednak co do sytuacji generalnej. Rzetelne podejście wymiaru sprawiedliwości do rozstrzygania ważkich ze społecznego punktu widzenia spraw gospodarczych ma istotne znaczenie dla przyszłości naszego kraju.

Pan nie jest pierwszym człowiekiem, któremu chybione zarzuty prokuratury złamały karierę. Do rangi symbolu urasta słynna sprawa prezesa firmy Optimus SA, Romana Kluski. Czy fakt, że organy ścigania z taką łatwością inicjują postępowania karne dotyczące zjawisk gospodarczych jest dobrym podejściem?

Organy ścigania działają zbyt pochopnie. W wielu przypadkach postępowania karne podejmowane są ad hoc. W mojej sprawie urzędnicy państwa, a wśród nich również funkcjonariusze wymiaru sprawiedliwości, nie dysponowali najprawdopodobniej właściwą wiedzą lub – co gorsza – ulegali nieformalnym naciskom politycznym.

Kto był autorem takich nacisków?

Wymienię konkretne nazwiska. Pierwszą osobą mogła być minister Aldona Kamela-Sowińska, która nie działała w sposób rzetelny i prawidłowy, co ujawniły okoliczności naświetlone podczas prowadzonego wobec mnie i innych członków zarządu PZU procesu. Drugą osobą była prokurator Elżbieta Ciuka, która zmontowała akt oskarżenia. Można powiedzieć, że ona dokonała zmontowania wobec mnie aktu oskarżenia, wiążąc sprawę zarzutów o rzekomą niegospodarność z dwoma przypadkami nabycia nieruchomości w Katowicach o ewidentnie kryminalnym charakterze, z okresu późniejszego, kiedy już nie pełniłem funkcji prezesa PZU. To była zupełnie inna sprawa, która nie została jeszcze zakończona. Mieliśmy tam do czynienia z dość prymitywnym oszustwem pośredników. Nieuzasadnione powiązanie realnych przestępstw w innej konfiguracji czasowej i personalnej z moją osobą zbudowało w opinii publicznej fałszywe przeświadczenie, jakobym był przestępcą, malwersantem czy „łapownikiem” itp. Skutki zaprojektowanej w taki sposób intrygi odczułem bardzo boleśnie, doznając ostracyzmu. W praktyce zniszczyło to moją karierę zawodową w sektorze finansowym.

A może był Pan po prostu niewygodny dla czynników politycznych?

Pewnie byłem niewygodny, dlatego że w sposób krytyczny wyrażałem się o pierwszym etapie prywatyzacji PZU, który pozbawił Skarb Państwa możliwości maksymalizacji korzyści, wynikających ze sprzedaży dalszych pakietów akcji.

Czyli Pan, krytykując ówcześnie prowadzoną prywatyzację PZU, kierował się interesami Skarbu Państwa?

Działałem zarówno w interesie PZU, jak i Skarbu Państwa. Zresztą nie jest to tylko moje zdanie. W 2001 r. złożyłem dwa urzędowe pisma do ówczesnego premiera polskiego rządu, Jerzego Buzka, wyjaśniające intencje mojego postępowania i zarazem proszące o rozwiązanie zaistniałej sytuacji. Wówczas zostało mi zaproponowane stanowisko w innej spółce należącej do Skarbu Państwa. Minister skarbu, rozmawiając ze mną, potwierdził, że rozumie, iż działam w interesie PZU oraz Skarbu Państwa oraz zaproponował mi pracę w innej spółce. Złożono mi ofertę objęcia funkcji prezesa zarządu Totalizatora Sportowego, co ostatecznie doszło do skutku. A więc ówcześni decydenci polityczni mieli świadomość, że działam w interesie Skarbu Państwa i PZU, powierzając mi stanowisko w kolejnej dużej spółce.

Z tego, co Pan mówi, wynika, że usunięto Pana z PZU, jako przeszkodę w lansowanej w tamtym okresie koncepcji prywatyzacji zakładu.

Tak, realizowanej rękami minister Aldony Kameli-Sowińskiej.

Proces prywatyzacji kreowany przez minister Aldonę Kamelę-Sowińską nie był korzystny dla Polski z punktu widzenia interesów Skarbu Państwa?

Osobiście oceniam, że nie. Na szczęście dla interesu Skarbu Państwa nie zrealizowano go.

Czy ta sprawa obciąża w jakiś sposób cały rząd premiera Jerzego Buzka?

W tej kwestii nie mogę się wypowiadać o całym rządzie, gdyż nie znam stanowiska poszczególnych jego członków. Jednak powszechnie znany jest fakt, że ówczesny rząd podjął uchwałę o sprzedaży 30 proc. akcji PZU, w taki sposób, aby w przyszłości nie pozbawić się możliwości maksymalizacji korzyści. Więc sama uchwała była dobra. Niestety, rzeczywistość okazała się inna.

A więc rząd premiera Buzka nie prowadził dobrej prywatyzacji PZU?

Trudno mi rozstrzygnąć, czy niekorzystna dla Polski prywatyzacja forsowana była przez cały rząd, czy też stał za tym ktoś konkretny. Jeżeli zważymy na okoliczność, że uchwała Rady Ministrów zabezpieczała należycie interesy Skarbu Państwa, zaś umowa prywatyzacyjna zawierała zapisy sprzeczne z linią przyjętą przez rząd, to odpowiedzialność za złą prywatyzacją PZU spada na urzędników Ministerstwa Skarbu Państwa. Po przyjęciu przez Radę Ministrów wspomnianej uchwały byłem spokojny o przebieg prywatyzacji PZU. A więc trudno doszukiwać się winy całego rządu. Raczej należy mówić o odpowiedzialności konkretnych osób, które prowadziły negocjacje w sprawie prywatyzacji PZU i podpisały niekorzystną dla Skarbu Państwa umowę prywatyzacyjną.

Czyli winę za złą prywatyzację PZU ponosi ówczesna minister skarbu państwa?

Minister Sowińska na pewno broniła niekorzystnej dla Skarbu Państwa koncepcji prywatyzacji, szła dalej w sprzedaży kolejnych pakietów akcji i była gorącą zwolenniczką zakończenia procesu prywatyzacyjnego według kreowanego przez siebie modelu. Na szczęście problem prywatyzacji PZU został później korzystnie rozwiązany i dzisiaj ta spółka jest chlubą polskiej gospodarki, generując wysokie dywidendy dla Skarbu Państwa.

Jaką rolę w tej sprawie odgrywał Pan Krzysztof Kluzek?

To człowiek historia. Wystarczyło wysłuchać wypowiedzi sądu na jego temat podczas ogłoszenia ustnego uzasadnienia wyroku. To jest co najmniej dziwna osoba. Trudno dociec w jaki sposób, na czyje polecenie i w czyim interesie działał Krzysztof Kluzek. Jednak okoliczności sprawy wskazują ewidentnie, że był to człowiek mający do wykonania jakieś zadanie w okresie następującym po prywatyzacji PZU, kiedy instrumentalnie wykorzystano zarząd spółki do wmontowania jego członków w sprawę karną.

Czy zniszczenie Władysława Jamrożego mogło być jednym z tych zadań?

Tak, było to jedno z zadań i ono zostało zaprojektowane w celu wytworzenia fałszywego przekonania społeczeństwa polskiego, jakoby prezes ważnej spółki państwowej, uwikłał się w jakieś przestępstwa, za co wtrącono go do aresztu. Zbudowanie takiego obrazu służyło forsowaniu niekorzystnej dla Skarbu Państwa prywatyzacji.

Krzysztof Kluzek awansował ze stanowiska zwykłego referenta na członka zarządu PZU. Czy to jest normalna sytuacja? Uważa Pan, że w Polsce istnieje taki standard kształtowania kadr w strukturach państwa?

To nie jest standard. Ale w tym kontekście istotne jest inne pytanie: kto stał za panem Kluzkiem i jak silne musiało być jego umocowanie, że posiadał on tak przemożny wpływ na minister Aldonę Kamelę-Sowińską, która uczyniła go, po jednej krótkiej rozmowie, członkiem zarządu PZU.

Sąd uniewinnił Pana i wszystkich oskarżonych, ale z przedstawionego podczas ogłaszania ustnego uzasadnienia wyroku zestawienia wynikało, że część nieruchomości była kupowana za cenę wyższą od wartości rynkowej określonej w ekspertyzach sporządzonych przez rzeczoznawców sądowych. Czy ten fakt, mimo prawomocnego wyroku, nie rzuca jednak cienia wątpliwości na Pana jako prezesa PZU i ówczesny zarząd spółki?

Z przebiegu postępowania, ale także z wypowiedzi oskarżyciela publicznego wynika jednoznacznie, że nie istniał obowiązek dokonywania zakupu nieruchomości po cenie nieprzekraczającej wartości określonej w operacie szacunkowym. Sąd wyraźnie stwierdził, że wyceny, czyli szacowane wartości rynkowe nieruchomości, są tak rozbieżne, że nie mogą one przedstawiać wiarygodnej wartości dowodowej. Zarząd PZU nie był zobligowany do zakupywania nieruchomości według kryteriów cenowych, sformułowanych w konkretnych operatach szacunkowych. Jedyny obowiązek, który na nas spoczywał, sprowadzał się do nabywania nieruchomości spełniających odpowiednie potrzeby i wymagania biznesowe PZU. Operaty szacunkowe nie są najistotniejszym elementem w złożonym procesie podejmowania działań biznesowych. Wartość rynkowa jest jedynie pojęciem ustawowym o ograniczonym obowiązku jej stosowania i nie zawsze oddaje wartość indywidualną, jaką konkretna nieruchomość stanowi dla inwestora w związku z zamiarem biznesowym, mającym przynieść korzyści firmie.

Czyli zakup nieruchomości był prowadzony zgodnie z prawem?

Działaliśmy absolutnie zgodnie z prawem i z korzyścią dla PZU.

Ile Pana kosztowała ta sprawa – finansowo, moralnie?

Trudno oszacować koszty tylko w aspekcie finansowym. Musiałbym podliczyć wszystkie wyjazdy na rozprawy do Warszawy, setki straconych dni, które musiałem spędzić w areszcie i na sali sądowej. Zarówno w wymiarze finansowym, jak i społecznym oraz osobistym ta sprawa kosztowała mnie bardzo wiele, z czym również wiąże się doznany uszczerbek na zdrowiu. W sensie kariery zawodowej straciłem wszystko. Od momentu wytoczenia mi postępowania karnego w środowisku finansowym, z którym mocno związałem swoje życie zawodowe, zostałem wyłączony z jakiejkolwiek aktywności. Niewątpliwie we wszystkich kategoriach strat są bardzo wysokie.

Proszę powiedzieć, jakie z tej sprawy wypływa motto?

Należy być odpowiedzialnym i dobrym człowiekiem, bez względu na to, jakie stanowisko się piastuje i co się robi. Na każdym poziomie życia zawodowego trzeba postępować odpowiedzialnie i w sposób racjonalny podejmować rozmaite decyzje, mając zawsze świadomość skutków, które konkretne czynności mogą wywołać – zarówno dobrych, jak i złych. Kieruje to przede wszystkim do tych urzędników wymiaru sprawiedliwości, którzy wyrządzili mi krzywdę.

Co Pan zamierza robić w przyszłości?

Wykorzystywać posiadane umiejętności, wiedzę i talent do działania na rzecz swojego dobra i dobra mojej rodziny.

A gdyby pojawiła się po raz drugi propozycja pracy dla państwa, przyjąłby Pan ją?

Na pewno rozważyłbym. Państwo polskie się zmienia. Jakość dzisiejszych instytucji jest inna niż 20 czy nawet 10 lat temu. To nie jest to samo państwo.

Obecnie mamy do czynienia z lepszym państwem niż w przeszłości?

Niewątpliwie tak.

Czyli chciałbym Pan pracować w ramach struktur takiego, jak Pan sam stwierdził, lepszego państwa?

Nie zwykłem antycypować przyszłości. Ale jeżeli takowe propozycje bym otrzymał, to wówczas zostałyby przeze mnie poddane pod poważną rozwagę. Jednak dzisiaj nie próbuję o tym myśleć.

Czy nie uważa Pan, że dzisiaj ktoś powinien Pana przeprosić za wyrządzone krzywdy?

Na pewno przyzwoitość nakazywałaby, aby ktoś mnie teraz przeprosił. Wydaje mi się, że cały szereg krzywd doznałem od państwa polskiego, reprezentowanego przez wysokich urzędników – począwszy od byłej minister skarbu, Aldony Kameli-Sowińskiej, przez prokurator Elżbietę Ciukę, prokuratora Zygmunta Kapustę, a skoczywszy na asesor sądowej, Lidii Przeździak, podejmującej w Sądzie Rejonowym dla Warszawy Śródmieście, decyzje o przetrzymywaniu mnie w areszcie wydobywczym i w sposób arbitralny podtrzymującej stanowisko o mojej winie, nie starając się nawet zweryfikować dokumentów znajdujących się w jej rękach. Niestety, mimo tak prowadzonego postępowania w mojej sprawie, pani Przeździak została awansowana ze stanowiska asesora na sędziego i dalej wykonuje odpowiedzialny zawód sędziego.

A więc osoby popełniające błędy w ważnych sprawach są za to nagradzane?

To jest polskie piekiełko i niestety, bardzo często się zdarza, że osoby takie zostają awansowane, tak jak prokurator Elżbieta Ciuka czy sędzia-asesor Lidia Przeździak.

Władysław Jamroży

Były prezes PZU, uchodzi za jedną z ofiar działań polskiego wymiaru sprawiedliwości, w areszcie wydobywczym spędził łącznie dwa lata i trzy miesiące, był oskarżony o przestępstwo przeciwko obrotowi gospodarczemu (art. 296 kk). W końcu, po 10 latach postępowania karnego, prokuratura wycofała się z oskarżeń, wnosząc o uniewinnienie, a Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieścia wydał w pierwszej instancji wyrok uniewinniający.

Z wykształcenia jest lekarzem o specjalizacji w dziedzinie pediatrii i radiologii, ukończył Akademię Medyczną we Wrocławiu, jest również absolwentem Wydziału Zarządzania wrocławskiej Akademii Ekonomicznej. Swoje życie biznesowe związał w dużej mierze z PZU. Od 1994 r. wchodził w skład rady nadzorczej PZU na Życie, następnie w okresie od października 1995 r. do kwietnia 1997 r. pełnił funkcję prezesa tej firmy.

W roku 1997, po dojściu do władzy koalicji AWS-UW, został prezesem PZU SA. W styczniu 2000 r. rada nadzorcza spółki zawiesiła go w pełnionych obowiązkach, za rzekome próby przejęcia przez Deutsche Bank kontroli nad BIG Bankiem oraz blokowanie przejęcia kontroli nad PZU przez Eureko BV. W kwietniu 2000 r. powołano go na stanowisko prezesa Totalizatora Sportowego. Funkcję tę piastował przez niespełna rok, do marca 2001 r.

W maju 2001 r. został aresztowany i na dwa lata i trzy miesiące osadzony w areszcie wydobywczym. Jemu i innym członkom zarządu PZU zarzucono zakup nieruchomości w różnych miastach Polski, pod projektowane przez PZU Centra Likwidacji Szkód, po znacznie zawyżonych cenach i zaniechanie obowiązku weryfikacji sporządzonych wycen tych działek. Cały proceder miał mieć miejsce w latach 1998 – 1999 i narazić spółkę na straty sięgające prawie 11 mln zł.

W innej sprawie, dotyczącej okresu pełnienia funkcji prezesa w Totalizatorze Sportowym, prokuratura oskarżyła Władysława Jamrożego o narażenie spółki na straty opiewające na dziesiątki milionów złotych.

Obydwie sprawy okazały się dęte i zakończyły się totalną kompromitacją prokuratury. W pierwszym przypadku, Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieścia wydał (w dniu 18 października br.) wyrok uniewinniający. O uniewinnienie wniosła sama prokuratura, wycofując się ze stawianych wcześniej podczas procesu zarzutów. W sprawie dotyczącej Totalizatora Sportowego prokuratura umorzyła postępowanie, a sąd podtrzymał jej postanowienie. Niestety, na sprawiedliwość Władysław Jamroży musiał czekać 10 lat.