Partnerstwo Transpacyficzne – postęp czy dyktat?

Podręczniki stosunków międzynarodowych od dziesięcioleci wtłaczają w głowy adeptów tej nauki, że świat zmierza ku coraz większej integracji politycznej i gospodarczej. Ostatnie wydarzenia w Europie świadczą o potężnym zachwianiu tego paradygmatu. Po drugiej stronie Pacyfiku powoli faktem staje się jednak powstanie największej strefy wolnego handlu w skali planety. Czy to oznacza, że mieszkańcy innych kontynentów są bardziej koncyliacyjni?

W poniedziałek 12 października ministrowie handlu dwunastu państw zaangażowanych w Partnerstwo Transpacyficzne (TPP), w tym USA, Australii i Japonii, poinformowali na konferencji w Atlancie o zakończeniu prowadzonych od 2008 r. negocjacji. Wydany z tej okazji komunikat Białego Domu z dumą zapowiadał eliminację ponad 18 000 ceł i podatków, z którymi wcześniej musieli zmagać się amerykańscy eksporterzy różnych branż. Jednocześnie podkreślono wagę, jaką autorzy porozumienia przywiązali do uwzględnienia zasad bezpieczeństwa pracy i ochrony środowiska.

Sukces Obamy

TPP może więc wydawać się triumfem Baracka Obamy, tak potrzebnym popierającej go Partii Demokratycznej w obliczu serii porażek w dyplomatycznej konfrontacji z Rosją oraz licznych powodów różnych środowisk do niezadowolenia z sytuacji wewnętrznej USA – od reformy służby zdrowia po zamieszki na tle rasowym i oskarżenia policji o brutalność wobec mniejszości etnicznych. Z jednej strony zgodnie z amerykańską tradycją prezydent Stanów pokazał się jako skuteczny szermierz idei wolnorynkowych o globalnym oddziaływaniu (sygnatariusze Partnerstwa wytwarzają 40 proc. światowego PKB). Z drugiej – zrobił wszystko, aby nie odciąć się w ten sposób od swoich socjalliberalnych korzeni. Wyborcom Hillary Clinton może to zaimponować, na razie najważniejsze jest jednak przekonanie do idei TPP Kongresu, co może potrwać kilka miesięcy.

Chiny out

Poza trzema wyżej wymienionymi lokalnymi potęgami, sygnatariuszami paktu są: Brunei, Chile, Kanada, Malezja, Meksyk, Nowa Zelandia, Peru, Singapur i Wietnam. Każdy choć powierzchownie znający geografię zauważy brak Chin w tym towarzystwie. Inicjatorzy TPP zaprosili Państwo Środka do udziału w rozmowach, jednak jego władze nie były zainteresowane wprowadzaniem restrykcji dla swojego sektora finansowego. Z tego powodu Partnerstwo siłą rzeczy nabrało charakteru umowy wymierzonej w dążenia Azjatów do światowej hegemonii gospodarczej, tak też postrzegają go władze w Pekinie.

Główny ekonomista instytutu badawczego Banku Chin Ma Jun ostrzega, że niedołączenie do TPP może negatywnie odbić się na przemyśle tekstylnym, odzieżowym i elektronicznym jego kraju. Na razie jednak Pekin skupia się na rozwijaniu Regionalnego Powszechnego Partnerstwa Ekonomicznego, w skład którego wchodzi 16 państw, z których część jest zaangażowana również w projekt Waszyngtonu. W ostatnich dniach pojawiły się też pogłoski o możliwym chińsko-europejskim współdziałaniu. Analitycy przypominają o ofercie porozumienia o wolnym handlu złożonej włodarzom państw Starego Kontynentu przez prezydenta Xi Jinpinga w marcu 2014 r. Należy także pamiętać o inicjatywie „Nowego Jedwabnego Szlaku” i Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB), w które planuje zaangażować się także Polska.

Wielu niezadowolonych

Idea TPP od początku wzbudzała kontrowersje. Parlamentarzyści Partii Demokratycznej zwracali uwagę, że Kongres nie jest informowany o szczegółach toczących się negocjacji, mimo że jednocześnie biorą w nich udział przedstawiciele takich korporacji, jak Halliburton, Chevron i Comcast. Przedstawiciele środowisk twórczych, m.in. japońscy autorzy filmów animowanych krytykowali postulat przedłużenia praw autorskich, wprowadzenia kar za ich łamanie w celach niekomercyjnych oraz ograniczenia bezpłatnego dostępu do treści internetowych. Z tych powodów TTP jest często porównywane z głośnym na początku 2012 r. ACTA. Także inne grupy zawodowe – od meksykańskich mechaników samochodowych po kanadyjskich farmerów zbożowych – obawiają się ograniczenia swoich praw.

Z kolei medycy uważają, że wydłużenie okresu obowiązywania patentów na leki znacząco pogorszy stan służby zdrowia w krajach rozwijających się, gdzie są eksportowane. USA chciały, aby wynosił on 12 lat, aby zachęcić wielkie firmy do inwestowania w wymagające wielu lat badań przedsięwzięcia, takie jak rozwijane przez Genentech prace nad lekiem na raka Avastin. Australia, Nowa Zelandia oraz liczne organizacje pozarządowe domagały się skrócenia okresu ochronnego do pięciu lat, powołując się na obciążenie budżetów państwowych i niepożądany wzrost cen medykamentów. Ostatecznie w tej kwestii Stany Zjednoczone ustąpiły partnerom, jednak wielu ekonomistów, szczególnie związanych z lewicą (Joseph Stiglitz, Paul Krugman) nadal podkreśla, że TPP służy jedynie interesom najbogatszych.

Groźny „bliźniak” TTP

W okresie kampanii przed akcesją do Unii Europejskiej Unia Polityki Realnej często pozytywnie porównywała amerykańskie plany rozszerzenia formuły strefy wolnego handlu NAFTA, które miały objąć m.in. Wielką Brytanię, do pomysłów z Brukseli. Polscy libertarianie argumentowali m.in. że NAFTA to jedynie kilka stron dokumentów, które nie potrzebują kontroli specjalnie w tym celu powołanych biurokratycznych instytucji. Jak widać, Amerykanie zmienili plany, jednak nie wyrzekli się prób ułatwienia sobie handlu z Europą. Od 2013 r. toczą się negocjacje na temat Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP).

Projekt budzi duże nadzieje, szczególnie w kontekście dywersyfikacji dostaw źródeł energii poprzez import surowców z USA. Dyskusyjny pozostaje jednak całościowy bilans umowy. Największe emocje wywołuje tzw. mechanizm ISDS (investor-to-state dispute settlement), oceniany jako próba wyjęcia korporacji ponadnarodowych spod jurysdykcji państw, na których terenie działają. Pod petycją wzywającą do odrzucenia TTIP podpisało się ponad 3,5 mln obywateli krajów Unii. Obawiają się oni m.in. likwidacji 600 000 – 1 300 000 miejsc pracy. Komisarz UE ds. handlu Cecilia Malmströem zapytana przez dziennikarza „The Independent” o komentarz do licznych manifestacji przeciwników traktatu odpowiedziała: „Nie dostałam mandatu od Europejczyków”. Trudno sensownie komentować taki pokaz arogancji poza stwierdzeniem, że politycy z Brukseli nawet nie udają, że odpowiadają za swoje działania przed kimś innym niż lobbystami. Można więc powiedzieć, że korwiniści mieli rację co do szkodliwości biurokracji, jednak negocjacje z USA nie są na nią lekarstwem.

Autor jest doktorem nauk politycznych PAN

—————

     
Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN