Platforma Obywatelska uprawia polityczny kapitalizm

Z posłem Przemysławem Wiplerem rozmawia Roman Mańka

Jak Panu, jako kibicowi piłki nożnej, podobała się organizacja meczu Polska – Anglia na Stadionie Narodowym?

Był to festiwal wstydu na skalę nie tylko europejską, lecz także światową. Podobne odczucie towarzyszyło milionom Polaków. Wydarzenie zostało skomentowane w prześmiewczym tonie na Wyspach Brytyjskich i w Stanach Zjednoczonych. Polacy udający się na drugi dzień do pracy, spotykali się ze złośliwymi dowcipami ze strony swoich zagranicznych kolegów. Po prostu, z naszych rodaków śmiano się i był to dla nich na pewno bardzo trudny moment.

Kto w tej sytuacji zawinił?

Największa odpowiedzialność spoczywa na właścicielu obiektu, który nim na co dzień gospodaruje, a od święta udostępnia na ważne imprezy o charakterze sportowym czy kulturalno-rozrywkowym. To on powinien stworzyć odpowiednie warunki, aby konkretne wydarzenia mogły się odbyć. To jest standardowa procedura i nie można kompetencji związanych z utrzymaniem stadionu, przekazać instytucjom zewnętrznym.

Krótko mówiąc, obywatele którzy sfinansowali tę wielomiliardową inwestycję, muszą mieć gwarancję, że nie staną się ogólnoświatowym pośmiewiskiem, a sprawy nie zakończą się podobnie jak podczas meczu Polska – Anglia, kiedy wybuchła międzynarodowa heca.

To nie jest jedynie kwestia zamknięcia dachu, ale również wadliwego zbudowania Stadionu Narodowego. W specyfikacji istotnych warunków zamówienia publicznego, w zakresie wykonania murawy, Narodowe Centrum Sportu wyraźnie wskazuje, że płyta boiska została źle zbudowana. Odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi NCS – jako podmiot prowadzący inwestycję i zarządzający obiektem. Zostało wprost powiedziane, że woda nie odpływa, zaś murawa powinna być ułożona w taki sposób, aby zniwelować nierówności wynikające z wadliwej konstrukcji płyty boiska.

A czy można spojrzeć na kazus Stadionu Narodowego nieco szerzej i wysnuć tezę, że jest to alegoria funkcjonowania państwa polskiego?

Sam premier powiedział w marcu bieżącego roku, że jego rząd jest taki sam jak Stadion Narodowy. To wystarczy za najlepszy komentarz do całej sytuacji.

Jaką stawia Pan diagnozę obecnej sytuacji gospodarczej w Polsce?

Zmarnowano najlepsze lata polskiej gospodarki, kiedy to po raz pierwszy od dziesiątek lat w naszym kraju nie było problemów z kapitałem na inwestycje infrastrukturalne. Olbrzymia liczba środków finansowych została zmarnotrawiona, ponieważ wydano je na bardzo niekorzystnych warunkach. Administracja publiczna – przede wszystkim państwowa, a w mniejszym stopniu również samorządowa – nie poradziła sobie z zadaniami. Projekty inwestycyjne były realizowane wedle reguł nie mających precedensu w świecie, np. autostrady kosztowały nas najwięcej w Europie, jednocześnie firmy budujące konkretne odcinki autostradowe otrzymywały zamówienia publiczne według kryterium cenowego, a następnie bankrutowały. Sama logika podpowiada więc, że obydwie przesłanki nie miały prawa wystąpić zwłaszcza, iż nasze autostrady były najdroższe w Europie. Tymczasem, z jednej strony mieliśmy wysokie koszty budowy autostrad, a z drugiej niskie ceny udzielania zamówień publicznych, w połączeniu z późniejszymi bankructwami wykonawców, którzy nie dali rady wykonać inwestycji po tak niskiej cenie.

Jak mogło dojść do takiego paradoksu?

Rozmawiałem z przedstawicielami branży budowlanej, w celu uzyskania odpowiedzi na to pytanie. Istotę sprawy wytłumaczono mi w bardzo logiczny sposób: w sytuacji, gdy administracja państwowa nie chce wziąć na swoje barki nawet podstawowych rzeczy, które może zrobić dużo łatwiej niż przedsiębiorcy, wówczas całe ryzyko związane z realizacją poszczególnych inwestycji przerzucane jest na stronę ich prywatnych wykonawców. Oni starali się to ryzyko wycenić, włącznie z uwzględnieniem kalkulacji opóźnień w prowadzonych pracach i wliczeniem w koszty inwestycji tzw. kar umownych. W ten sposób częścią wynagrodzenia z tytułu budowy konkretnych odcinków autostrad stały się, idące często w dziesiątki i setki milionów złotych, kary umowne uwzględnione przez przedsiębiorców już w momencie ubiegania się o zamówienie publiczne.

Mimo wszystko ryzyka i błędy na poziomie rozstrzygania przetargów były nie doszacowane przez wykonawców, którzy nie byli w stanie realnie wyliczyć ich poziomu, a później wywracali się na realizowanych inwestycjach. Czasem jednak, jeżeli przedsiębiorcom udawało się dobrze skalkulować koszty inwestycji i uniknąć części ryzyka, to kończyli poszczególne projekty zarabiając gigantyczne marże.

Z jednej strony mieliśmy do czynienia z inwestycjami o olbrzymiej rentowności, a z drugiej zakończonymi totalnymi bankructwami, których podstawowe koszty przerzucono na firmy podwykonawcze oraz podmioty obsługujące cały proces w kolejnych stadiach łańcucha biznesowego.

Pan badał spółkę Elewarr po ujawnieniu słynnych taśm Władysława Serafina – rozmowy z byłym prezesem ARR, Władysławem Łukasikiem, z której wyłonił się obraz patologii mających miejsce w agencjach obsługujących sektor polskiego rolnictwa. Co Pan napotkał, przeglądając dokumenty Elewarru?

Filozofię nadzoru właścicielskiego w spółkach prawa handlowego podlegających Polskiemu Stronnictwu Ludowemu można opisać według skrótu PSL – czyli „pasieki swoim ludziom”.

Jest to problem tylko PSL-u czy wszystkich partii politycznych?

Nie, to jest problem obydwu koalicjantów. Powiedziałbym nawet, że w Platformie Obywatelskiej występuje on na dużo większą skalę. Ale PSL w mediach głównego nurtu dysponuje o wiele słabszym parasolem ochronnym, dlatego łatwiej było w pierwszej kolejności uderzyć w patologie występujące po stronie ludowców, a dopiero później przejść do afer z udziałem PO, co też ostatecznie miało miejsce.

Ze względu na mniejszą sympatię dziennikarzy do PSL nagłośniono nieczyste sprawy, występujące w obrębie instytucji kontrolowanych przez tę partię, a następnie ujawniono bulwersujące fakty związane z działaniem PO w spółkach Skarbu Państwa, w tym m.in. setki tysięcy złotych, o ile nie miliony, wygenerowane rocznie przez byłego ministra skarbu państwa, Aleksandra Grada. Za tego rodzaju nietransparentne poczynania Grad otrzymał intratną posadę prezesa spółki, udającej zajmowanie się budowaniem elektrowni atomowej.

Pana zdaniem mamy do czynienia z kapitalizmem politycznym w spółkach Skarbu Państwa?

To jest ewidentny, klasyczny kapitalizm polityczny. Sytuacja nie polega na tym, że daje się dobrze zarabiać w spółkach publicznych kompetentnym, sprawnym menedżerom, którzy jednocześnie mają jakiś związek z formacjami koalicji rządzącej, lecz mamy do czynienia z upychaniem swoich ludzi, niekompetentnych i nieposiadających doświadczenia w biznesie, na stanowiskach wymagających wysokich kwalifikacji. Ten proces ma bezpośrednie przełożenie na kondycję firm, zarządzanych przez osoby nominowane w taki sposób, oraz ceny świadczonych usług. Widzimy to ewidentnie zwłaszcza w energetyce i całym sektorze paliwowo-energetycznym. Nieudolność osób zarządzających, forsowanych przez obóz władzy, przełożyła się wprost na ceny prądu, benzyny czy gazu. Niestety, Polacy odczuwają to bardzo boleśnie.

Ale trzeba sprawiedliwie powiedzieć, że PiS, gdy sprawował władzę, również obsadzał rozmaite spółki Skarbu Państwa i agencje.

Tyle tylko, że wówczas na stosowane obecnie praktyki nie było politycznego przyzwolenia, a skala zjawiska miała o wiele mniejsze rozmiary. Przypomnę, że w okresie rządów PiS zdecydowanie walczono z patologiami i nie traktowano „rozdawnictwa” stanowisk jako elementu tworzenia polityki i kupowania kolejnych grup społecznych. Fakty, które miały miejsce w latach 2005 – 2007, a więc w czasach rządów PiS, są nieporównywalne z tym, co dzieje się teraz. Obecnie mamy do czynienia z olbrzymim, idącym w dziesiątki tysięcy osób aparatem rządowo-partyjnym, budowanym przez obydwie koalicyjne formacje. To są wielkie, masowe organizacje, hołdujące modelowi, że jeżeli ktoś jest radnym, to wspiera burmistrza, a w zamian za to członkowie jego rodziny uzyskują pracę w magistracie, bądź spółkach komunalnych. Tak wygląda standard rządów Platformy Obywatelskiej. W Warszawie istnieje szereg dzielnic, w których radni niewchodzący do rady miasta pod szyldem PO tylko z list innych komitetów, zostali kupieni przez aparat władzy, np. stanowiskami w Miejskich Przedsiębiorstwie Wodno-Kanalizacyjnym, podmiotach lub innych spółkach komunalnych lub rządowych. Podobne przykłady osób kupionych przez lokalnych burmistrzów z PO można wskazać każdej dzielnicy miasta stołecznego Warszawy.

PiS-owi zarzuca się, że budował państwo policyjne.

Statystyka i dowody w sposób absolutny wskazują, że tzw. państwo policyjne – gdyby opierać się na liczbach – jest domeną ostatnich pięciu lat. Za czasów rządów koalicji PO – PSL ma miejsce sytuacja, w której różnego rodzaju służby sformułowały prawie 3 mln wniosków o przedstawienie bilingów telefonicznych; zaostrzono ustawę o zgromadzeniach; ograniczono dostęp do informacji publicznej; zastosowano zdecydowane represje wobec środowisk niesprzyjających obecnej władzy – widzieliśmy to choćby w przypadku społeczności kibicowskiej, gdzie konkretne osoby były zatrzymywane o szóstej rano przez funkcjonariuszy w kominiarkach z bronią w ręku za zwykłe wykroczenia, co jest działaniem bezprawnym. Zdarzało się też, że kibice byli zatrzymywani za to, iż nie siedzieli podczas meczu na swoim miejscu, albo wznosili okrzyki nieprzychylne aktualnej władzy w okresie, gdy premier Tusk podróżował po kraju tuskobusem. Jeżeli więc można komuś postawić zarzut budowania państwa policyjnego, to właśnie PO. W ostatnim czasie otrzymujemy ze strony przedstawicieli mediów przecieki, że inwigilowana przez służby jest opozycja, w tym przede wszystkim członkowie Klubu Parlamentarnego PiS, na przykład poseł Tomasz Kaczmarek.

Niedawno odbyła się w warszawskim Ursusie konferencja PiS na temat pracy. Jakie są propozycje Pana partii w sferze zatrudnienia?

Przede wszystkim należy cofnąć szkodliwe, dramatyczne zmiany wprowadzone 1 lutego br., a wśród nich podniesienie o 44 proc. składki rentowej płaconej przez przedsiębiorców. W ten sposób rząd próbuje łatać dziurę budżetową, ale przy okazji wysłał 150 tys. osób na bezrobocie. 7 mld, które minister finansów zaplanował w ciągu 11 miesięcy wyjąć z kieszeni przedsiębiorców, obciąży ostatecznie pracowników poszczególnych firm, a nie pracodawców. Dlatego właśnie nie otrzymają oni podwyżek albo zostaną wypchnięci na umowy zlecenie czy umowy o dzieło lub po prostu będą musieli pracować na czarno. Przedsiębiorcy posiadają określone plany, zaprojektowali sobie rok 2012 od strony finansowej, tymczasem posunięcia rządu uderzają w środki przeznaczone na zatrudnienie. Zwłaszcza w większych organizmach biznesowych, w korporacjach, tego rodzaju zmiana warunków działania nie może wpłynąć negatywnie na uzyskiwane wyniki i jej koszty zostaną przerzucone na najsłabszych, czyli na pracowników.

Reprezentuje Pan Fundację Republikańską. Czy widzi Pan potrzebę stworzenia w Polsce modelu republikańskiego poprzez zmianę konstytucji, wprowadzenie czytelnego ustroju państwa, wzmocnienie uprawnień prezydenta?

Jestem jednym z fundatorów Fundacji Republikańskiej, a w przeszłości byłem jej prezesem. Konieczności zmiany Konstytucji RP poświęcamy najbliższy Kongres Republikański, który odbędzie się 10 listopada w przeddzień Święta Niepodległości. Naszym zdaniem, potrzebna jest nowa konstytucja, aby finalnie wyjść z okresu postkomunizmu. Podobnie stało się na Węgrzech, kiedy po wygranych wyborach z inicjatywą uchwalenia nowej ustawy zasadniczej wyszedł blok premiera Viktora Orbána i została ona skutecznie przeforsowana przez parlament. Jeżeli chcemy w Polsce na poważnie zmienić system polityczny i ostatecznie zerwać z PRL-em, to należy stworzyć nowe fundamenty ustrojowe. Duża część instytucji, konstytucyjnych utworzonych czy przejętych w Konstytucji z 1997 r., miała na celu obronę dawnego status quo oraz zabezpieczenie interesów dużych grup polityczno-biznesowych, chcących, aby sprawy biegły po staremu. Pomylono m.in. niezależność sędziowską z nieodpowiedzialnością sędziowską i dlatego mamy taki a nie inny wymiar sprawiedliwości, w ramach którego jego przedstawiciele wykonują usługi na telefon, co dobitnie pokazał przykład słynnego sędziego Milewskiego z Gdańska, służalczo mówiącego do studenta, podszywającego się pod urzędnika kancelarii premiera, że właściwie on czekał na tego rodzaju telefon.

Zastanawiam się tylko, czy jest to wyjątek czy reguła?

Mamy sędziów na telefon, podobnie jest z prokuratorami. Istnieje mętny system sądowniczy, który sprawia, że nawet gdy w ramach procesu pracownik czy przedsiębiorca wykaże swoje racje, to później nie uzyskuje godziwego odszkodowania. W tym kontekście szczególnie śmieszny jest przykład, zniszczonego przez służby specjalne i aparat skarbowy państwa, prezesa Optimusa Romana Kluski, który musiał zadowolić się symbolicznym, kilkutysięcznym odszkodowaniem, w sytuacji, gdy był niesłusznie więziony oraz upokarzany publicznie. Z drugiej strony, są przedsiębiorcy, którzy w ogóle nie doczekali się sprawiedliwości. A więc istnieje konieczność przeprowadzenia wielu radykalnych zmian, możliwych do realizacji dopiero w momencie uchwalenia nowej konstytucji, ponieważ obecna betonuje dotychczasowy układ władzy. Nawet gdy wygramy wybory, a nie będziemy dysponować większością konstytucyjną, to poważne zmiany zostaną zablokowane przez rzecznika obecnego stanu rzeczy – czyli prezydenta Bronisława Komorowskiego. Dlatego musimy podwójnie wygrać wybory i posiadać większość pozwalającą na zmianę konstytucji, bo inaczej ugrzęźniemy w bagnie, w którym Polska znajduje się obecnie.

Czy taki scenariusz jest Pana zdaniem realny?

Na pewno będziemy na to bardzo ciężko pracować. Jeszcze do niedawna uważano, że PiS nie pokona granicy 25 proc. społecznego poparcia, tymczasem aktualnie uzyskujemy w badaniach opinii publicznej 40 proc. Mamy nadzieję, że w przyszłości ten trend zacznie się dynamizować. Do wyborów pozostały jeszcze trzy lata. Przypomnę, że obecny premier Węgier, Viktor Orbán, również przegrał dwie następujące po sobie tury wyborów z węgierskimi postkomunistami, aby w końcu po ośmiu latach osiągnąć przytłaczające zwycięstwo i przejąć władzę. W drugiej kadencji rządy postkomunistyczne na Węgrzech zaczęły ponosić konsekwencje swojej wcześniejszej fatalnej polityki i traciły dramatycznie poparcie wyborców w sondażach. Podobnie jak w przypadku Polski, kryzys przyszedł dopiero w piątym roku sprawowania władzy. Orbánowi udało się zbudować projekt polityczny, dzięki któremu zdobył większość konstytucyjną, czyli 2/3 ustawowego składu parlamentu. Ten przykład miał właśnie na myśli prezes Jarosław Kaczyński, kiedy podczas ostatniego, smutnego dla nas, wieczoru wyborczego PiS powiedział, że ma nadzieję, iż w Warszawie będzie drugi Budapeszt.

I na to czekamy.

Przemysław Wipler – czołowy polityk PiS, poseł na Sejm obecnej kadencji, założyciel i były prezes Fundacji Republikańskiej, w przeszłości sprawował również funkcję prezesa Stowarzyszenia KoLiber.

Jeden z wybijających się polityków prawicowych młodej generacji. Posiada wyraziste poglądy republikańskie, a w sprawach gospodarczych – wolnorynkowe.

Urodził się w 1978 r. w Piekarach Śląskich, w 2002 r. ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1999 – 2001 pełnił funkcję redaktora konserwatywnego czasopisma „Najwyższy Czas”. Był również pracownikiem czołowych polskich ośrodków analitycznych: Centrum im. Adama Smitha i Fundacji Akcji Gospodarczej. Należał do Unii Polityki Realnej i zajmował stanowisko rzecznika prasowego tej partii. W okresie rządów PiS był dyrektorem Departamentu Dywersyfikacji Dostaw Nośników Energii w Ministerstwie Gospodarki. Prowadził także własną działalność gospodarczą.

Pierwszy raz o mandat poselski ubiegał się w 2005 r. z ramienia PiS, niestety, bezskutecznie. Sukces odniósł sześć lat później, wchodząc do Sejmu VII kadencji z listy tej samej partii, z okręgu warszawskiego, z poparciem 4 615 głosów.

Oprócz pracy parlamentarnej wykłada bezpieczeństwo energetyczne w Collegium Civitas w Warszawie, jest również publicystą kwartalnika „Rzeczy Wspólne” i działaczem – wspiera w sprawach prawnych kibiców. Żonaty, ma czwórkę dzieci.