Podwyżki cen energii nie mają realnego uzasadnienia

Nie tyle światowy kryzys finansowy i problemy banków mogą wpędzić polską gospodarkę w długą i ciężką recesję, choć i to będzie miało swoje negatywne skutki, na kolejne drastyczne podwyżki cen energii elektrycznej. Mogą się one okazać zabójcze dla przedsiębiorstw działających w Polsce, nie mówiąc już o ogromnym koszcie utrzymania blisko 1,5 mln gospodarstw domowych polskich rodzin. Polska gospodarka może zostać porażona prądem od 2009 r., a droga energia elektryczna oznacza dla naszego kraju poważną recesję.


Dostawcy energii domagają się od początku 2009 r. podwyżek cen nawet o 50 do 80 proc. dla indywidualnych odbiorców, jak i przedsiębiorstw, co oznacza wzrost rachunków płaconych przez przeciętną polską rodzinę od 25 do 42 proc.

Kosztem upadłości?

Dotyczy to zarówno ceny sprzedaży, jak i ceny przesyłu. I to pomimo wzrostu już tych cen w 2008 r. o ok. 20 proc. i wzrostu w ostatnich kilku latach o 30 proc. Te skokowe, kosmiczne wręcz podwyżki mają dotknąć największych odbiorców przemysłowych. Rachunki w niektórych najbardziej energochłonnych branżach mogą wzrosnąć od 2009 r. nawet od 50 – 60 proc., co będzie oznaczać dla wielu z nich po prostu plajtę, bankructwo, zwolnienie pracowników, podwyżki cen własnych produktów, obniżkę konkurencyjności i brak opłacalności własnej produkcji.

Zabójcze dla produkcji

Tak droga energia oznacza pewną recesję, zamykanie dużych zakładów, w tym głównie zakładów hutniczych, wygaszanie pieców. Niektóre zakłady chemiczne planują znaczne ograniczenia produkcji, w tym głównie produkujące nawozy sztuczne, zakłady górniczo-hutnicze, cementownie, rafinerie, koksownie, huty, przemysł wapienniczy, przemysł szklarski. W tego typu przedsiębiorstwach energia stanowi od 20 do nawet 70 proc. całości ich kosztów produkcji. Polscy przedsiębiorcy nie mają wyboru, muszą zaakceptować ceny energii proponowane przez wytwórców na poziomie 280 – 300 zł za MWh, zamiast 160 – 190 zł płaconych dotychczas.

Rząd nie reaguje

Ceny energii dla przedsiębiorstw zostały uwolnione dwa lata temu, niewątpliwie zbyt pochopnie. Zostały tylko teoretycznie uwolnione. Mamy bowiem nadal ewidentny monopol czy raczej oligopol. Produkująca najwięcej energii w kraju Grupa PGE dyktuje warunki na rynku, do tego 3 – 4 inne grupy. Pod kontrolą państwa pozostaje 65 proc. mocy wytwórczych polskiej energetyki i 85 proc. polskiej dystrybucji. Rząd nie może więc umywać rąk od tego, co się dzieje z cenami na rynku.

Bezzasadne ceny

Podwyżka cen energii czeka też zwykłego obywatela – 14 firm sprzedających energię zgłosiło już do URE propozycje podwyżek, realnie średnio o 30 proc. od 1 stycznia 2009 r. Oczywiście nie wyklucza to kolejnych w ciągu przyszłego roku i jest głośno artykułowane przez baronów polskiej energetyki. Już w tym roku mieliśmy kilka podwyżek. Od 1 listopada ceny ponownie wzrosły o kilka procent. Propozycje, jakie wpłynęły w ramach wzrostów taryfowych nie mają uzasadnienia ekonomicznego.

Drożej o 100 zł

Ceny na rynku hurtowym np. w 2001 r. kształtowały się na poziomie 144 zł/ KWh, w 2004 r. było to już 160 zł/KWh, w 2007 r. 140 – 160 zł/MWh i doszły do 190 zł na przełomie roku. W 2008 r. wynoszą już ok. 230 – 240 zł/MWh. W 2009 r. mają osiągnąć przy zakładanej skali podwyżek aż 280 – 330 zł/MWh. Mają więc średnio wzrosnąć ok. 30 – 60 proc. To oznacza, że w 2009 r. MWh będzie droższa aż o 100 zł. Pamiętajmy również, że energia stanowi zaledwie ok. połowy całego płaconego przez nas rachunku. Resztę stanowi koszt jej dostarczenia, czyli przesył i abonament, ok. 26 proc. ceny energii stanowią podatki i opłaty lokalne, 25 proc. dystrybucja, 18 proc. koszt przesyłu, 32 proc. wytworzenie prądu.

Łańcuch zależności

Spółki podnoszą ceny, ponieważ podnoszą je elektrownie, elektrownie podnoszą, bo droższy jest węgiel, choć ten ostatnio tanieje. Zwiększają  ceny, bo będą musiały kupować limity na emisje CO2, choć do 2013 r. dostają je za darmo. Podnoszą ceny, bo rzekomo limit pozwoleń na emisję CO2 im przyznany jest zbyt mały, ponieważ elektrownie zamiast dystrybutorów będą musiały płacić akcyzę po zbliżającym się wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, ale na razie jeszcze jej nie płacą. Podnoszą ceny, ponieważ 1,5 mln właścicieli nieruchomości żąda 17 mld zł odszkodowań za słupy postawione na ich nieruchomościach. Niewiele w tym wszystkim logiki i racjonalności. Firmy energetyczne każą sobie płacić nawet za koszty, których wcale nie poniosły. To niewątpliwy efekt słabości URE i polskiego rządu.

Kto odczuje najbardziej?

Gdyby w którymś z krajów UE, w dobie kryzysu, w obliczu głębokiej recesji jeden z dużych koncernów zaproponował podwyżki na taką skalę, uznano by to za sabotaż i wypowiedzenie wojny rządowi. Nie przypadkiem premier i rząd Słowacji zagrozili nacjonalizacją udziałów zarówno sprywatyzowanemu słowackiemu monopoliście – dostawcy gazu SPP, będącemu własnością kapitału niemieckiego i francuskiego, jak i włoskiemu Enelowi – dostawcy energii elektrycznej, jeśli będą próbowały podnosić ceny.

Początek podwyżek

Już niedługo zostaniemy porażeni cenami prądu. Będziemy płacić więcej za prąd w relacji do płac w UE. Hurtowa cena 1 MWh to ok. 230 zł, dla wielu oznacza to gotowanie na piecu i ogrzewanie drewnem lub korzystanie ze świeczek. Prąd już dziś kosztuje ok. 30 proc. więcej niż w ubiegłym roku. Wzrost cen energii w 2008 r. na poziomie 20 proc. znacząco uderzył w koszty utrzymania. Podniesie to też koszty żywności, opłat mieszkaniowych, usług, w tym usług medycznych i transportowych. Dziś realnie płacimy za prąd ponad dwukrotnie więcej niż Grecy, dwukrotnie więcej niż Brytyjczycy i Francuzi i o 50 proc. więcej niż Szwedzi. Do 2012 r. ceny mogą wzrosnąć o 90 – 100 proc., w porównaniu z rokiem obecnym – czyli nawet do poziomu 400 – 500 zł/MWh i to dopiero początek. Po 2013 r. sytuacja jeszcze dramatycznie się zaostrzy. Wówczas elektrownie będą zmuszone przepisami unijnymi do zakupu praw do emisji CO2 na wolnym rynku.

Jaki mamy wybór?

Szefowie największych spółek z branży energetycznej straszą nas bardzo skutecznie, że prądu może wkrótce zabraknąć, jeśli ceny drastycznie nie wzrosną. Jaki mamy wybór? Tymczasem rząd milczy. Podwyżka rzędu 30 – 40 proc. będzie oznaczać dla 1,5 mln gospodarstw domowych konieczność wsparcia finansowego z budżetu państwa lub budżetów samorządowych. Będzie to dotyczyć głównie rodzin bezrobotnych, wielodzietnych, rodzin rencistów i emerytów. Może to być wkrótce grupa licząca kilka milionów ludzi. Pytanie, kto ma ponosić te koszty? Tylko państwo polskie, czy również koncerny energetyczne? Ministerstwo Gospodarki powinno wreszcie wyraźnie to określić. Chodzi o to, by zerwać wreszcie z zasadą, że jeśli chodzi o zyski to najlepiej dla prywatnych i najczęściej zagranicznych koncernów, a jeśli chodzi o inwestycje i wydatki to należy to do państwa. Tym bardziej, że nowa ustawa akcyzowa omawiana obecnie w Sejmie zakłada objęcie akcyzą oprócz energii elektrycznej, również węgla czy koksu i gazu przeznaczonych do celów opałowych.

Haniebna czołówka

Przeciętne gospodarstwo domowe zużywa ok. 2 MW energii – czyli średni wzrost kosztów dla rodziny wynosić będzie między 200 – 500 zł. Co prawda energia w Niemczech jest jeszcze średnio o 20 proc. droższa, ale są godziny, kiedy energia w Niemczech jest tańsza niż w Polsce. Pamiętajmy też, że płace w Niemczech są 2 – 3-krotnie wyższe niż u nas. Gdy idzie o ceny energii w stosunku do siły nabywczej, Polska ma droższą energię niż Niemcy, Hiszpanie, Francuzi i Grecy. W cenach wyprzedza nas jedynie Słowacja. Również w cenach nominalnych jesteśmy w środku stawki, a po proponowanych podwyżkach na 2009 r. wyjdziemy na czołówkę, jeżeli chodzi o ceny energii w Europie.

Dziesiątki miliardów

Polscy przedsiębiorcy i konsumenci indywidualni zdecydowanie przepłacają za prąd. Cena 100 KWh energii zgodnie z parytetem nabywczym dla przesyłu w Polsce wynosi 10 EUR, w Niemczech 9 EUR, w Hiszpanii i Wielkiej Brytanii 7 EUR, w Finlandii 5 EUR. Gdy idzie o gospodarstwa domowe cena wynosi w Polsce 7 – 18 EUR, jeszcze przed zapowiadaną podwyżką, w Niemczech 16 – 17 EUR, w Hiszpanii 12 EUR, w Wielkiej Brytanii 9 EUR, w Grecji 8,5 EUR. Polskie gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa wydają na energię elektryczną ponad 30 mld EUR rocznie. Gdy więc cena prądu wzrośnie zaledwie o 5 proc., z naszego portfela ubywa 2 – 2,5 mld zł. A ponieważ proponuje się nam podwyżki o 30 – 50 proc. to w grę wchodzą dziesiątki miliardów złotych.

Apele to za mało

Wpadamy w błędne koło. Spada wydobycie węgla, bo nie ma pieniędzy na inwestycje, drożeje energia, bo nie ma pieniędzy na nowe inwestycje i budowę elektrowni. Gospodarka potrzebuje więcej energii, ale coraz większej grupy polskich rodzin, jak i polskich przedsiębiorców, po prostu nie stać na tak drogą energię, a ma być ona przecież jeszcze droższa. Nie wystarczą dziś apele ministra gospodarki, by firmy energetyczne zachowały umiar w podnoszeniu cen.

Autor jest niezależnym analitykiem gospodarczym