Polak ofiarny. Stracimy z Brexitem czy bez

Brexit, czyli spodziewane opuszczenie przez Wielką Brytanię struktur Unii Europejskiej, to problem nie tylko dla Brukseli. Kartą przetargową w negocjacjach prowadzonych przez Davida Camerona są bowiem przywileje socjalne dla imigrantów. A największa grupa mieszkańców Wysp Brytyjskich bez miejscowych paszportów to przecież Polacy. Według opublikowanych w sierpniu danych Narodowego Biura Statystycznego jest ich na Wyspach 853 tysiące.

Jeżeli dojdzie do kompromisu między politykami, zostaną one w poważnym stopniu ograniczone, jeżeli nie – również ulegną obcięciu, ponieważ Londyn nie będzie już musiał się liczyć z ograniczeniami prawa unijnego. Jak widać, idea europejskiej solidarności jest abstrakcją nie tylko dla zachodnich biznesmenów biorących udział w budowie Nord Stream 2. Także w wyborczych rozgrywkach populistów obywatele państw „Unii drugiej prędkości” są traktowani jak kozły ofiarne. Jak mówi przysłowie, „jeżeli nie jesteś przy stole negocjacyjnym, jesteś pod stołem lub na stole”, a jedynym Polakiem mającym coś do powiedzenia w tej sprawie jest niezobligowany do obrony naszych interesów Donald Tusk…

Wyjątkowa niesprawiedliwość

W ubiegłym roku Janusz Kobeszko z Instytutu Sobieskiego obliczył przewidywany wkład Polaków w brytyjską gospodarkę w latach 2014-2020 na 63,7 mld euro. Może się wydawać, że ok. 1 proc. PKB tego kraju to niewiele, jednak jednocześnie jest to o wiele wyższa suma niż podawane przez Bank Światowy ok. 1,16 mld euro transferów finansowych przekazywanych przez naszych emigrantów do ojczyzny. Zaledwie 0,18 proc. podawanej przez Kobeszkę sumy stanowi 14 mln funtów zasiłków pobieranych przez Polaków na Wyspach na dzieci pozostające w ojczyźnie. W 2015 r. z pomocy socjalnej w Zjednoczonym Królestwie korzystały 142 tys. naszych rodaków. To więcej niż suma będących na angielskim garnuszku państwa Pakistańczyków i Somalijczyków, ale czy przy takich, a nie innych proporcjach grup etnicznych mogło być inaczej?

Rola Polaków w budowaniu dobrobytu Wyspiarzy o tyle zasługuje na podkreślanie, że ich zarobki w Wielkiej Brytanii oscylują wokół 1300 funtów miesięcznie i poniżej 16 tys. funtów rocznie, czyli znacznie poniżej średniego poziomu wynagrodzeń. Z danych tych wynika, że przybysze ze Wschodu nie są bezpośrednimi rywalami rdzennej ludności w walce o miejsca pracy, a wprowadzenie zarządzeń wymierzonych w emigrantów może spowodować w Zjednoczonym Królestwie kryzys na rynku najsłabiej opłacanych prac. O jawnej niesprawiedliwości planów Camerona świadczą wyniki badań University College of London. Jesienią 2014 r. uczeni z UCL podali, że podatki płacone przez emigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej były o 12 proc. wyższe niż otrzymywane przez nich z brytyjskiego budżetu świadczenia socjalne.

To słabsze proporcje niż w przypadku rezydentów z państw „starej Unii” (64 proc.), lecz o wiele lepsze niż ekonomiczne rezultaty migracji spoza UE za kanał La Manche. Według obliczeń londyńskich specjalistów, w latach 1996-2011 ich utrzymanie kosztowało podatników z UK prawie 112 mld funtów. Nie ma więc żadnych obiektywnych powodów, aby torysi wrzucali te wszystkie kategorie cudzoziemców do jednego worka. Warto także pamiętać, że według tego samego raportu pracownicy ze wschodniej Europy byli na tyle dobrze wykształceni, że brytyjski budżet oszczędził na ich edukacji 7 mld funtów.

Co nam grozi?

Według ostatnich propozycji kompromisu wynikających z uzgodnień między Davidem Cameronem a szefem Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem, ograniczenie zasiłków dla imigrantów zarobkowych ma dotyczyć jedynie osób, które dopiero planują zamieszkać w Wielkiej Brytanii. Nie wiadomo jeszcze, jak długo te restrykcje mają pozostać w mocy, jednak na pewno przez okres nie krótszy niż cztery lata. Pojawiła się też propozycja przedłużenia ich aż do siedmiu lat. Inny pojawiający się w rozmowach postulat to wstrzymanie wypłaty wspominanych już zasiłków na dzieci dorastające w rodzinnych stronach przybyszy.

Jak wynika z opracowania „Ulgi podatkowe i świadczenia rodzinne w UE Listopad 2015” firmy PwC, średnia pomoc socjalna dla mieszkańca Zjednoczonego Królestwa (ulgi podatkowe, zasiłki, dodatki na dzieci) wynosi 2520 euro rocznie. Dla potrzeb badań przyjęto, że przedmiotem analiz są członkowie czteroosobowych rodzin, w których obydwoje małżonków zarabiają średnią krajową, a dzieci w wieku 4 i 8 lat uczęszczają do publicznych placówek edukacyjnych. Taka suma daje Wielkiej Brytanii dziesiąte miejsce wśród 28 badanych krajów. Zdecydowanym liderem zestawienia z 9264 euro na osobę był Luksemburg, drugie miejsce zajęła Francja, Polska – dopiero dwudzieste czwarte. Pozycja Albionu byłaby wyższa, gdyby nie rekompensująca brak części możliwych świadczeń wysoka wolna kwota od podatku (10,6 tys. funtów).

Eurohamulcowi

Z ostateczną propozycją Rady Europejskiej muszą zapoznać się wszystkie państwa członkowskie UE, z których każde ma prawo ją zawetować. Mają na to czas do 18 lutego, czyli do najbliższego szczytu Rady. Gdyby udało się osiągnąć porozumienie, w czerwcu zostałoby rozpisane referendum na temat przyszłości Wielkiej Brytanii w Unii. Na razie jego rezultaty nie są przesądzone. Według sondażu przeprowadzonego przez YouGov 29 stycznia 42 proc. poddanych królowej chce dla swojej ojczyzny całkowitej niezawisłości, 38 proc. opowiada się za utrzymaniem status quo. Batalia toczy się więc o głosy 20 proc. niezdecydowanych. 41 proc. respondentów styczniowego badania uważa, że czteroletnia „zasiłkowa zamrażarka” to za mało, aby Zjednoczonemu Królestwu opłacało się pozostanie w Unii.

Pozwalający na obcięcie świadczeń socjalnych w przypadku przeciążenia systemu opieki społecznej lub groźby zakłóceń funkcjonowania służb publicznych mechanizm, z którego konserwatyści chcą skorzystać w obronie europejskiej orientacji swojego kraju, nosi potoczną nazwę hamulca bezpieczeństwa. O jego zastosowaniu, czyli de facto wprowadzeniu dyskryminacji części obywateli Unii, decydowałaby Rada UE, czyli przedstawiciele rządów państw członkowskich, kwalifikowaną większością głosów. Ocenia się, że najtrudniej Brytyjczykom do swoich racji będzie przekonać polityków z krajów Grupy Wyszehradzkiej.

Walka o przyszłość

Niestety, wyspiarze mogą próbować grać na różnicach priorytetów w polskim obozie. O ile premier Beata Szydło konsekwentnie broni praw rodaków, o tyle szef dyplomacji Witold Waszczykowski był gotowy poświęcić ich część w zamian za rozmieszczenie nad Wisłą baz NATO. Minister rozwoju Mateusz Morawiecki publicznie wyraził obawę o skutki Brexitu, a przecież ekipa Camerona stroi się w piórka obrońców europejskiej jedności, której trzeba bronić za wszelką cenę. A beneficjenci brukselskich konfitur niczego się tak nie boją, jak widma kolejnych po brytyjskim referendów o pozostaniu poszczególnych krajów w granicach Wspólnot…W każdej chwili mogą pojawić się chętni do naśladowania londyńskich elit w ich staraniach o uzyskanie dla siebie klauzul „opt-out”, czyli wyłączenia z niektórych obszarów prawa unijnego.

Pojawia się pytanie: czy traktować brytyjski eurosceptycyzm jako swoisty wybryk natury, czy też nadszedł czas na debatę o nadaniu Wspólnotom luźniejszego charakteru, co zapobiegłoby podobnym przepychankom w przyszłości? Na to wskazywałyby postulaty podnoszone przez Camerona w listopadowym liście Donalda Tuska. Dał on w nim niedwuznacznie do zrozumienia, że nie chce dalszego zacieśniania integracji. Domagał się zaprzestania wymagania deklaracji wejścia do strefy euro od nowo przyjmowanych państw członkowskich, ochrony konkurencyjności oraz przedsięwzięć realnie powstrzymujących napływ uchodźców. Gdyby w tle tego zdroworozsądkowego programu nie kryła się konieczność poskramiania populistów kosztem polskich emigrantów, można by tym hasłom jedynie przyklasnąć.

Kto straci najwięcej?

Przekonaniu Wyspiarzy do pozostania w Unii mają służyć raporty podsumowujące negatywne skutki, jakie dla ich kraju miałoby wyjście z niej. Bodaj najbardziej znany upubliczniła w kwietniu ubiegłego roku Fundacja Bertelsmanna i monachijski instytut Ifo. Rozpatrywał on trzy możliwe scenariusze ułożenia wzajemnych stosunków po Brexicie. Najkorzystniejszy dla Londynu zakładał nadanie mu statusu podobnego do tego, którym dziś cieszy się Szwajcaria. Gdyby ziścił się najbardziej pesymistyczny, nie zostałaby zawarta żadna umowa o wolnym handlu. Przełożyłoby się to na niższą o 0,6 do 3 proc. wartość brytyjskiego PKB per capita w 2030 r., czyli od 220 do 1025 euro na mieszkańca. Całkowity produkt krajowy brutto kraju pod berłem Windsorów byłby za 14 lat niższy o 313 mld euro.

Według ekspertów, bezpośrednie przełożenie Brexitu na gospodarczą koniunkturę w innych państwach Unii byłoby mniejsze, np. niemiecki PKB w omawianym okresie skurczyłby się o 0,1 do 0,3 proc., a najbardziej ucierpiałaby branża motoryzacyjna, co z dzisiejszej perspektywy spalinowej afery Volkswagena może wydawać się dość zabawnym wnioskiem. Zespół Fundacji Bertelsmanna podkreślił także konieczność ewentualnego podwyższenia innym państwom składki do unijnego budżetu. Oczywiście, trzeba też pamiętać, że brytyjska „secesja” nie odbywałaby się w próżni. Jednocześnie Bruksela musi przecież zmagać się z kryzysem demograficznym wywołanym napływem uchodźców z Bliskiego Wschodu oraz wciąż bardziej maskowanym niż rozwiązywanym problemem greckiego zadłużenia.

Wiecznie niezadowoleni

Historia wkładu Wielkiej Brytanii w integrację europejską przypomina telenowelę. Jednym z jej pierwszych propagatorów na najwyższych szczeblach politycznych elit był premier tego kraju sir Winston Churchill. Nie doczekał on ziszczenia marzeń o silniejszych związkach ojczyzny z kontynentem. Dołączyła ona do wspólnego rynku dopiero po dwunastu latach prób 1 stycznia 1973 r. Już dwa lata później Partia Pracy doprowadziła do referendum na temat dalszego członkostwa. 5 czerwca 1975 67,2 proc. Brytyjczyków wypowiadało się za pozostaniem w „europejskiej rodzinie”. Laburzyści szli do sromotnie przegranych wyborów do Izby Gmin w 1983 r. pod hasłem Brexitu.

W 1997 r. o miejsca w parlamencie bezskutecznie ubiegała się eurosceptyczna Partia Referendalna stworzona przez sir Jamesa Goldsmitha. W tym czasie istniała już Partia Niepodległości Wielkiej Brytanii (UKIP). To wzrost popularności tego ugrupowania, czego dowodem było przede wszystkim zwycięstwo w lokalnych wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 r., spowodował powrót tematu plebiscytu na temat obecności w Unii do publicznej debaty. W styczniu 2013 r. David Cameron zapowiedział, że jeżeli torysi utrzymają większość w Izbie Gmin, odbędzie się on najpóźniej w 2017 r. 17 grudnia 2015 r., po uzyskaniu aprobaty królowej, jego obietnica przyjęła formę ustawy.

Oddajcie moje pieniądze!

Powracająca groźba całkowitego opuszczenia Wspólnoty to tylko element dotychczasowych konfliktów na linii Londyn-Bruksela. Ich symbolem pozostają słowa Margaret Thatcher z listopada 1979 r., które stały się elementem politycznej tradycji w skróconej wersji „I want my money back”. „Żelazna Dama”, argumentując, że jej kraj więcej wnosi do wspólnej kasy niż pobiera oraz jedynie w niewielkim stopniu korzysta z dopłat dla rolników, wywalczyła dla Wielkiej Brytanii opust w wysokości corocznej składki. Dzięki temu w kieszeniach tamtejszych podatników pozostało co najmniej kilkanaście miliardów euro. Ze zrozumiałych przyczyn ten rabat do dziś pozostaje solą w oku szczególnie francuskich polityków.

Wyspiarze do perfekcji opanowali prowadzenie polityki poprzez szantaż i trzaskanie drzwiami. W epoce rozkładu Unii Europejskiej trudno nie brać z nich przykładu. Negocjacje Tusk-Cameron pokazują jednak, że nie udało się nam wyrobić poważnej pozycji przetargowej na Starym Kontynencie. Pozostaje wiara w solidarność i siłę prawa weta, jednak nawet jeżeli uda się jeszcze raz tymczasowo uspokoić brytyjskie pretensje, biorąc pod uwagę kondycję polityki kreowanej w Brukseli i Berlinie, problem na pewno powróci jeszcze nie raz. W ten sposób wisząca na horyzoncie socjalna dyskryminacja stanie się sprawdzianem dla rządu w Warszawie – także pod względem tworzenia zachęt do powrotu emigrantów zarobkowych do Ojczyzny.

—–

 

 
Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN