Polska może paść ofiarą transferów kapitałowych!

Z Johnem Hardym rozmawia Roman Mańka

 

Co Pana sprowadza do Polski?
Jestem w Polsce po to, aby zaprezentować prognozę na IV kwartał, przedstawić ją klientom.

Bardzo cieszymy się, że Pan zaprezentuje prognozę ekonomiczną na IV kwartał. Polska opinia publiczna jest jej bardzo ciekawa. Jednak chcielibyśmy się dowiedzieć, jaka jest treść tej prognozy i czego możemy się spodziewać w najbliższej przyszłości?
W chwili obecnej osiągnęliśmy maksymalny punkt interwencji, jeżeli chodzi o banki centralne w Europie i rozmaite działania podejmowane w kontekście kryzysu. Chociaż muszę dodać, że nie chodzi jedynie o sytuację na Starym Kontynencie, ale również o wydarzenia zachodzące w skali całego świata. I jest to jakby pierwsza część tej prognozy. Natomiast druga koncentruje się wokół problemu, który my nazywamy Kryzysem 2.0., czyli momentu, kiedy dostrzegamy potrzebę ingerencji w bilanse finansowe, w sytuację oraz konieczność redukcji długu greckiego, z którym borykamy się od kilku dobrych miesięcy.

 

Skąd bierze się kryzys? Czy nie jest tak, że struktura banków, działające mechanizmy finansowe, stosowane praktyki, cały paradygmat tzw. życia na kredyt, przyczyniają się do zaistnienia dysfunkcji w przestrzeni całego systemu finansowego i niekorzystnych fluktuacji finansowych?
Problem polega na tym, że w ostatnich latach żyliśmy na kredyt. Zaciągaliśmy długi, a następnie sięgaliśmy po kolejne, aby spłacić powstałe wcześniej zobowiązania. W tej sytuacji działało „prawo lawiny”. Druga sprawa dotyczy przejścia z punktu maksymalnej interwencji do tego, co nazywamy Kryzysem 2.0. Osiągnęliśmy moment krytyczny. Dłużej życia na kredyt ciągnąć już się nie da. Należy zakończyć ten proceder – zwłaszcza w sytuacji, kiedy mamy uszczuplone portfele, kiedy nadchodzi trudny przyszły rok, w którym może się wiele niebezpiecznych rzeczy wydarzyć.

 

Zapytam wprost, choć jest to pytanie dramatyczne – czy czeka nas druga fala kryzysu? Czy może się powtórzyć sytuacja z 2008 r.?
W 2008 r. świat nie był przygotowany na zaistniałą sytuację. Współcześnie system finansowy jest bardzo rozbudowany i jeżeli szwankuje jeden z elementów, to zakłóca on pracę innych, które wówczas również źle funkcjonują. I gdy nie zadziała „efekt dźwigni”, to cała przestrzeń finansowa znajduje się w kryzysie. Trzy lata temu doszło do sytuacji, którą my nazywamy „pożarem lasu”. A więc kolejne obszary, kolejne odcinki były zajmowane przez „ogień”. Obecnie zaś mamy do czynienia z maksymalną interwencją banków centralnych na całym świecie, czego najlepszym przykładem jest skoordynowany wykup papierów wartościowych w celu ochrony banków europejskich przed bankructwem. Kryzys na pewno nadejdzie, ale nie będzie on aż tak dotkliwy, jak w 2008 r. Ten „pożar lasu” nie będzie się rozprzestrzeniał w tak gwałtownym tempie.

 

Mechanizm interwencji jest pochodną koncepcji Keynesa, która polega na ingerencji państwa w obszar gospodarki, np. za pomocą instrumentów polityki fiskalnej. Jednak przykład USA, gdzie w gospodarkę wpompowano olbrzymie pieniądze, pokazuje, że ta metoda jest mało skuteczna. Czy interwencja jest rzeczywiście najlepszym sposobem walki z kryzysem, czy może lepiej postawić na rozwiązania liberalne – rozbudowywanie wolności gospodarczej, wspieranie trendów prorynkowych, pobudzanie przedsiębiorczości?
Nie jesteśmy fanami dodrukowywania pieniędzy i pompowania ich w gospodarkę. Opowiadamy się za tym, co określamy mianem Kryzysu 2.0. Otóż kryzys sam w sobie nie musi być czymś złym, pod warunkiem, że potraktujemy go jako punkt zwrotny. Z definicji kryzys to punkt zwrotny. Interwencja państwa w gospodarkę nie zadziałała i nie zadziała również następnym razem. Powoli zaczynamy sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji. To przejrzenie na oczy, ta świadomość ciężaru gatunkowego zachodzących wydarzeń w jednych krajach przychodzi wcześniej, w innych później, ale interwencja na pewno nie zadziała. Amerykanie będą dalej pompować pieniądze w swoją gospodarkę, ponieważ jest to jedyny sposób interwencji, jaki znają do tej pory, jednak – moim zdaniem – niebawem nadejdzie punkt krytyczny i wtedy będą musieli zmienić swoją strategię.

 

Jesteśmy w Polsce świeżo po wyborach. 9 października Polacy dokonali wyboru politycznego, który sprowadza się również do przyjęcia pewnego modelu gospodarczego oraz obrania drogi na przyszłość. Chcielibyśmy Pana – jako zagranicznego eksperta – zapytać, jak Polska wygląda w porównaniu z innymi krajami europejskimi w kontekście kryzysu? Przy czym chcę bardzo mocno zaznaczyć, że nie zależy nam na ocenie kurtuazyjnej, lecz krytycznej, realnej i obiektywnej. Na pewno się nie obrazimy.
Ryzyko dla Polski może być większe niż powszechnie się uważa. Jeżeli tempo wzrostu gospodarczego w Europie będzie nadal kształtować się na obecnym poziomie, to polska gospodarka może być zagrożona. Pewne napięcia, których niektórzy analitycy spodziewają się na rynkach wschodzących, są w stanie dotknąć również Polskę. Jest to kraj, w którym występują rozmaite ryzyka, na przykład zadłużenie zagraniczne czy zadłużenie denominowane w walutach obcych. Wydaje mi się, że Polska może paść niejako ofiarą transferów kapitałowych – kapitał będzie wpływał, a później wypływał. Kolejne ryzyko kryje się w czynniku negatywnego wzrostu gospodarczego. Jeżeli w Unii Europejskiej wzrost gospodarczy będzie negatywny, jeżeli przejście przez kryzys okaże się trudne, to napięcia w Polsce mogą mieć bardzo odczuwalny charakter.

 

Wyobraźmy sobie taką hipotetyczną sytuację. Załóżmy, że dzisiaj zadzwoni do Pana premier Donald Tusk i zada Panu pytanie: „Co należy zrobić, aby Polska obroniła się przed kryzysem ?”. Jaką politykę doradzałby Pan polskiemu rządowi i jakie instrumenty należy zastosować?
Powinien zrobić wszystko, co możliwe, aby jak najszybciej skontrolować deficyty budżetowe. Przede wszystkim nie szczędzić żadnych kroków, aby zainterweniować w sferze deficytu, w obszarze rachunków bieżących. Może się zdarzyć, że jeżeli polski złoty osłabnie, jeżeli będziemy mieli do czynienia z przepływami kapitałów, wówczas wyniki kraju będą słabsze. Wtedy NBP nie będzie w stanie kontrolować kosztów wymiany, co nie pomoże szybkiemu opanowaniu sytuacji kryzysowej w Polsce, zwłaszcza po tej słabszej stronie cyklu. A to z kolei może się przełożyć na twarde lądowanie Polski, w gorszym obszarze europejskiego cyklu kryzysowego, jeżeli nadal będziemy schodzili w dół. A więc sytuacja może być trudniejsza niż wówczas, kiedy polski system finansowy byłby w porządku, kiedy byłby dobrze uformowany.

 

Wielu ekonomistów zwraca uwagę, że w dobie globalizacji dochodzi do wielkiego, globalnego przewartościowania, że zmienia się światowy układ sił. Dotychczas podstawową osią relacji politycznych i gospodarczych był kierunek atlantycki, światowa stabilizacja zasadzała się na dwóch biegunach – Europie i Ameryce Północnej, dominującą rolę odgrywał szlak Kolumba, wytyczony w 1492 r. Jednak teraz – zdaniem ekspertów – światowe centrum przesuwa się w stronę Pacyfiku. Mówi się, że państwa leżące w obszarze Pacyfiku będą siłami napędowymi globalnej gospodarki. Chiny mają się stać światowym liderem już w 2050 r. Czy Pan podziela tę prognozę?
W perspektywie długoterminowej oś relacji gospodarczych przesunie się w kierunku Pacyfiku i Azji. Jednak w perspektywie krótkoterminowej występują tam duże ryzyka. W samych Chinach istnieje potrzeba wielu zmian, wielu nowych regulacji, zwłaszcza w kontekście stabilizacji chińskiej gospodarki. Prognozy – formułowane przez wielu analityków – jakoby Chiny miały „przegonić” Stany Zjednoczone, w moim odczuciu na chwilę obecną są zbyt odważne i zbyt ambitne. Jednak rozpatrując problem w dłuższym horyzoncie, zgadzam się z nimi.

 

A jak by Pan wytłumaczył sukces Chin. W jaki sposób można wyjaśnić fenomen państwa totalitarnego, które wprowadza liberalne mechanizmy gospodarcze?
Już w krótkiej perspektywie czasowej zaobserwujemy słabości tego systemu. Jest wiele rzeczy, do których gospodarka chińska może być zdolna. Jest ona bardzo elastyczna, mobilna, jest w stanie bardzo szybko zmobilizować siły gospodarcze; posiada predyspozycje do bardzo szybkiego podejmowania decyzji – bez długich debat, w sposób skuteczny oraz bardzo wydajny. Tym niemniej ta polityka nie zaprowadzi Chin zbyt daleko, czego najlepszym przykładem jest niedawny kryzys (jeżeli tak to można nazwać) na rynku chińskich nieruchomości. Jednak w kontekście Chin nie chciałbym brzmieć jedynie negatywnie. Istnieją tam bowiem zarówno słabe, jak i mocne strony. Jest kwestia odpowiedniego ich zrównoważenia. Osobiście podzielam opinię, czy konsensus wyabstrahowany z różnych opinii, że wszystko w Chinach idzie w dobrym kierunku.

 

W kontekście kryzysu pojawiły się pytania o przyszłość Unii Europejskiej. Problemy Grecji, Portugalii, Włoch, czy nawet Hiszpanii pokazały, że UE ma problemy z solidarnością. Czy sytuacja ta nie uderza w integralność projektu wspólnotowego i czy znów Stary Kontynent nie zaczyna się dzielić na system dwubiegunowy, na tak zwaną „Europę dwóch prędkości”?
Historia pokazuje, że wszelkie próby pójścia w kierunku prawdziwej unii walutowej raczej kończyły się fiaskiem. Dlatego nie będzie możliwe pełne zintegrowanie państw południowych z bogatą częścią Unii Europejskiej, ze wspólnotą tej samej waluty, z organizacją, która miała być dużo większa. Jednak w perspektywie krótkoterminowej Unia będzie podejmowała wszelkie możliwe kroki, aby – jeżeli mogę się tak wyrazić – „utykać” dalej, ale w perspektywie zakrojonej na dłuższy horyzont – wydarzenia, które będą miały miejsce, staną się nie do pogodzenia dla Unii Europejskiej. I to nie jest tylko i wyłącznie ocena osoby patrzącej jedynie na sytuację rynkową, to jest też kwestia osadzona w wymiarze społecznym.

 

Polscy politycy mają niesamowicie niedobrą rękę, jeżeli chodzi o powoływanie się na zagraniczne przykłady, pokazywanie różnego rodzaju wzorów. Gdy Lech Wałęsa w 1990 r. mówił, że zbuduje w Polsce drugą Japonię, Japonia chwilę później wpadła w kryzys; gdy Donald Tusk odwoływał się 4 lata temu do przykładu Irlandii – wkrótce potem Irlandia zbankrutowała. A więc to jest już jakieś fatum. Na szczęście w czasie ostatniej kampanii wyborczej nikt do żadnych wzorów się nie odwoływał. Który z krajów wskazałby nam Pan, jako wzór do naśladowania? Gdzie jest zachowany idealny porządek gospodarczy i realizowana najlepsza strategia gospodarcza?
Pytanie jest naprawdę doskonałe. Oczywiście nikt nie jest idealny. Mogę wymienić państwa takie jak Singapur, czy inne kraje, w których wszystko utrzymane jest w równowadze – należy do nich na przykład Kanada. Istnieje tam bardzo dobra sytuacja gospodarcza, ale musimy pamiętać, że Kanada posiada niesamowite zasoby naturalne. Tudzież występują również problemy, związane chociażby z kanadyjskimi konsumentami. Pytanie o kraj, który mógłby stać się modelem, jest naprawdę bardzo dobre. Trudno mi jednak wymienić jedno takie państwo, ponieważ zawsze należy brać pod uwagę lokalną specyfikę.

 

Mówi się, że obecny kryzys jest pochodną życia na kredyt i błędów w systemie finansowym. Jednak moje spojrzenie jest bardziej historiozoficzne. Czy nie jest tak, że podstawy tego kryzysu tkwią bardzo mocno w historii? W procesie oddzielania się pieniądza od realnej, obiektywnej bazy. Dawniej pieniądz posiadał silne pokrycie w tak zwanych kruszcach (złocie, srebrze), później w towarach przemysłowych, dziś jest zjawiskiem w dużej mierze wirtualnym, elektronicznym, cyfrowym?
Waluta, która nie posiada pokrycia w żadnych trwałych aktywach jest rzeczywiście dużą pokusą dla wielu osób, aby zacząć tworzyć kredyty, zacząć tworzyć pieniądze po prostu z powietrza. Jednak w perspektywie długoterminowej wywołuje to ogromne problemy. Moim zdaniem, historycznie proceder ten sięga do 1971 r., kiedy prezydent USA – Richard Nixon postulował, aby drukować dolary powyżej poziomu, na który istniało pokrycie w złocie. W chwili obecnej mamy do czynienia z pewnym problemem, zobaczymy jak w przyszłości będzie się rozwijała sytuacja poszczególnych krajów, tj. choćby Szwajcaria, która radziła sobie lepiej niż inne państwa w aspekcie zabezpieczenia krajowej gospodarki, nie uprawiała życia na kredyt. Wszyscy zaczęli tak bardzo kochać franka szwajcarskiego, iż wydawało się, że będzie to miłość aż po grób. Aktualnie Szwajcaria musiała dokonać ingerencji w kurs własnej waluty, aby nie zniszczył on szwajcarskiej gospodarki.

 

Prof. Zygmunt Bauman w książce pod tytułem „Globalizacja” pisze, iż współcześnie, w dobie globalizacji, dochodzi do asymetrii wymiarów aktywności ludzkiej. W rzeczywistości one się przeplatają, ale jeżeli byśmy – dla celów analitycznych – je wyizolowali, to okazuje się, że pomiędzy przestrzenią polityczną a gospodarczą nie zachodzi symetria. Gospodarczo świat się integruje, jest coraz bardziej homogeniczny, natomiast politycznie cały czas tkwi w rozdrobnieniu. Czy obecne gwałtowne kryzysy nie biorą się stąd, iż nie posiadamy politycznych, ogólnoświatowych instrumentów do panowania nad globalnymi procesami gospodarczymi?
Istnieje wiele czynników, wiele instytucji i ośrodków, rozmieszczonych na całym świecie, które chciałyby mieć takie jedno globalne państwo. Mamy do czynienia z globalizacją i przekonaliśmy się, jak wiele korporacji – gdyż to one są właśnie takim dobrym przykładem globalizacji – zagalopowało się w stronę tego procesu, szybciej niż chcieliby iść poszczególni politycy, niż wynikałoby z politycznej woli. Tym aspektem zajmujemy się również w opracowywanych prognozach, dlatego bardzo cieszę się, że Pan zadał to pytanie. Moim zdaniem, globalizacja w chwili obecnej osiągnęła szczyt. Będą się pojawiać może nie ryzyka, ale elementy, które zadziałają przeciwko globalizacji. Z powodów politycznych, czy rozmaitych innych przyczyn poszczególne państwa zaczną orientować się w opozycji do tego procesu. Będą działać przede wszystkim w ramach swoich własnych interesów państwowych.

 

W Polsce ścierają się ze sobą dwie wizje gospodarcze. Jedna, określana jest mianem koncepcji polaryzacyjno-dyfuzyjnej, dla jej zilustrowania stosuje się też często metaforę „lokomotyw”. Ta teoria mówi, że najpierw należy postawić na rozwój wielkich ośrodków aglomeracyjnych, tzw. metropolii, a później, w procesie dyfuzji, wszystko się wyrówna – bogactwo spłynie również na biedniejsze obszary. Druga koncepcja odwołuje się do solidaryzmu społecznego, głosi potrzebę zrównoważonego rozwoju. Która droga jest właściwa?
Każda polityka potrzebuje równowagi, pewnego zrównoważenia. Trzeba znaleźć taką koncepcję, tak zbilansowaną, która pozwoli na tworzenie się kapitału i na kwitnące inwestycje w sferze biznesu. Zaś pytanie – czy to będzie się skupiało na wielkich metropoliach, średnich aglomeracjach miejskich, małych miasteczkach, czy obszarach wiejskich – należy pozostawić do rozstrzygnięcia lokalnej gospodarce, gdyż to ona będzie najlepiej wiedziała, jaka powinna być optymalna struktura dystrybucji zasobów i przy jakiej dystrybucji zasobów ta gospodarka będzie się najlepiej rozwijała.

 

Mamy na świecie trzy programy działania. Pierwszy – socjaldemokratyczny, który można nazywać również interwencyjnym, głoszący prymat silnego państwa. Drugi – liberalny, mówiący, że państwo jest „nocnym stróżem”, że nie ingeruje w naturalny bieg procesów gospodarczych, tylko tworzy warunki do rozwoju gospodarczego. Wreszcie trzeci, wypracowany na gruncie społecznej nauki kościoła, który oprócz wolności gospodarczej, odwołuje się do solidaryzmu społecznego i dopuszcza możliwość interwencjonizmu. Która droga jest właściwa? Czy w ogóle istnieje trzecia droga? Czy obecne kryzysy ekonomiczne są konsekwencją stosowania filozofii liberalnych, czy też odejścia od nich w kierunki modelu socjaldemokratczynego?
W Stanach Zjednoczonych termin „liberalizm” jest używany nieco inaczej niż w Europie, posiada trochę inne znaczenie. Gospodarka amerykańska nie jest liberalna, ja bym nie nazywał jej liberalną. Jeżeli mogę tak powiedzieć, jest to „kapitalizm kolesi”. Polega on po prostu na kupowaniu przysług wśród polityków. Takie podejście mamy wUSA. Osobiście bardzo potępiam wszelkie formy interwencjonizmu, gdyż stosowanie tej filozofii powoduje, że złe decyzje z przeszłości nadal obowiązują, nadal żyją, zaś ich koszty przesuwane są na podatników. Gdyby nie prowadzono interwencjonizmu – problemy gospodarcze doprowadziłyby do wypadnięcia złych graczy z rynku, oni musieliby w naturalny sposób przegrać. W krótkoterminowej perspektywie oznaczałoby to złą sytuację, mielibyśmy do czynienia z kryzysem. Ale warto w tym kontekście wrócić do metafory „pożaru lasu”, o której mówiłem na początku. Otóż „pożar lasu” oczyszcza ziemię, dzięki temu mogą na niej wyrastać nowe, silne drzewa. Należy uniknąć sytuacji „gospodarki zombie”, jaką była Japonia.

 

W Polsce tegoroczny wzrost gospodarczy prognozuje się na 4 proc. PKB. Na przestrzeni dwudziestu lat polskiej transformacji gospodarczej – wzrost kształtował się najczęściej na poziomie około 4 lub powyżej 4 proc PKB. Zdarzały się także lata słabsze, w których tempo rozwoju spadało poniżej 2 proc. ale również takie, w których osiągało 6-7 proc PKB. Wielu ekonomistów twierdzi, że Polska nie wykorzystała optymalnie swojego potencjału gospodarczego, że mogła rozwijać się o wiele szybciej i być przysłowiowym „tygrysem Europy”. Co powinniśmy zrobić, aby osiągnąć maksymalne tempo rozwoju gospodarczego?
Zawsze warto podejmować takie decyzje, które spowodują, że ludzie wyjdą z tzw . szarej strefy, z tej szarej gospodarki, że zaczną być częścią tego dużego systemu, że zaczną grać wedle tych samych – uczciwych – reguł. To bardzo pomaga w wytworzeniu solidarności pomiędzy głównymi podmiotami. Wówczas ludzie nie oszukują, są częścią systemu, zaś ten system stanowi coś, w czym oni chcą partycypować i uważają za swój cel. Można iść w kierunku odważnej, aktywnej, ofensywnej polityki, sprowadzającej się do wprowadzenia podatku liniowego, obniżania stawek podatkowych, znoszenia barier prawnych, przeciążeń biurokratycznych, czy tworzenia innych udogodnień dla przedsiębiorców. Jednak należy pamiętać, że takie śmiałe, odważne decyzje są zawsze trudne, zwłaszcza w państwach demokratycznych. Osobiście wydaje mi się, że stanowi to jeden z największych mankamentów systemu demokratycznego.

 

We współczesnej globalnej gospodarce giełda jest sejsmografem. Tak jak sejsmograf ostrzega nas przed trzęsieniem ziemi i powoduje, że ludzie mogą w porę ewakuować się z zagrożonego terenu, tak w podobny sposób giełda ostrzega nas przed kataklizmami gospodarczymi. Ale zdarzają się przypadki, kiedy działa również w drugą stronę – ujawniając negatywne trendy, wtórnie jeszcze bardziej pogłębia niekorzystne tendencje gospodarcze, zanim jeszcze w wymiarze realnym prawdziwy kryzys zdąży nadejść.
Giełda może być swego rodzaju probierzem, zwłaszcza jeżeli bardzo wielu ludzi posiada udziały i jest czynnymi na giełdzie. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w roku 1929 w Stanach Zjednoczonych i w roku 1989, kiedy zdarzył się wielki boom spółek internetowych. Jednak nie przypisywałbym nadmiernej roli samej giełdzie. Historycznie rzeczywiście można na giełdzie zaobserwować pewne problemy, tym niemniej nie wydaje mi się, aby był to kluczowy mechanizm napędzający polityki czy jakieś inne decyzje. Chyba, że mamy do czynienia z jakąś wielką, masową histerią wśród osób, które były obecne na giełdzie, wśród pionierów, którzy się na niej pojawili, albo z takim balonikiem, a więc z gospodarką zbytnio nadmuchaną oraz zbyt rozdętą.

 

Na jakim poziomie szacuje Pan PKB dla Europy i Polski w 2012 r.?
Zespół, w którego skład wchodzę, pracujący nad prognozami makroekonomicznymi, zaproponował na 2012 r. założenie niższe niż to, o którym się najczęściej mówi, niż to, które wynika z powszechnego consensusu opinii publicznej. W skali Europy nasze przewidywania oscylują poniżej 1 proc. PKB, może nawet mniej. Natomiast jeżeli chodzi o Polskę, to wydaje mi się, że prognozowanie 4 proc. PKB jest założeniem zbyt optymistycznym.

 

Z tego, co Pan mówi, wynika, że czekają nas trudne czasy. Odwołując się do języka Biblii – czeka nas okres siedmiu chudych lat?
Nie można wykluczyć, że nastąpi jakaś zmiana sytuacji gospodarczej, możliwe jednak jest, że to twarde lądowanie stanie się faktem, który doprowadzi do kryzysu. Ale przecież w kryzysie kryją się najlepsze szanse, a w jego następstwie tworzone są jakieś silne fundamenty, jakaś mocna podstawa, po to, aby w przyszłości była lepsza sytuacja. Jednak jeżeli prowadzić rozważania na dłuższy horyzont – wydaje mi się, że to właśnie gospodarki wschodzące poradzą sobie dużo lepiej aniżeli ta zmęczona Europa czy nawet Stany Zjednoczone.

 

Jak Pan ocenia przedsiębiorczość Polaków? Czy Polacy sprawdzili się w warunkach gospodarki rynkowej, czy są dobrymi przedsiębiorcami?
Nie mam wystarczających doświadczeń z Polską, nie prowadzę tutaj na co dzień żadnych interesów biznesowych, aby ferować takie oceny. Bardziej jestem zorientowany na poziomie makroekonomicznym, czyli co dzieje się w Polsce i jak wygląda sytuacja gospodarcza. Natomiast nie jestem w stanie precyzyjnie odpowiedzieć na Pańskie pytanie.

 

W przyszłym roku odbędą się w Polsce piłkarskie mistrzostwa Europy – EURO-2012. To dla nas wielkie wydarzenie i ogromne święto. Pierwszy raz w historii organizujemy międzynarodową imprezę tego formatu. Proszę powiedzieć, czy przyjedzie Pan do Polski, a jeżeli tak, to komu będzie Pan kibicował?
Jeżeli mi tylko czas pozwoli, to z przyjemnością przyjadę. Zgodnie ze moją przynależnością narodową będę kibicował reprezentacji Danii.

 

A czy Polska reprezentacja może liczyć na jakąś przychylność z Pana strony?
Nie mam nic przeciwko temu, aby to właśnie Polska i Dania spotkały się w wielkim finale w Kijowie.