Polska w półfinale! Moc będzie z nami!

Na kilka chwil przed rozpoczęciem finału Champions League, Chelsea Londyn – Bayern Monachium, umieściłem na Facebooku jednoznacznie brzmiący wpis, że mecz wygra Chelsea. Nie pomyliłem się, drużyna „The Blues” zwyciężyła, a przebieg spotkania był dokładnie taki, jak przewidywałem. Ktoś mógłby pomyśleć, że znam się na piłce nożnej. Nie! Znam się na życiu… Gdybym miał kierować się oceną czysto piłkarską, bez wahania postawiłbym na monachijczyków, ale piłka nożna jest czymś więcej niż tylko sportem. W tej dziedzinie wyraża się cała proza życia.

Coś więcej niż wiara…
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Uważam, że podczas EURO 2012 polska drużyna dotrze aż do półfinału. Takie jest też moje minimum oczekiwań wobec ekipy Franciszka Smudy. Swoje przewidywania buduję nie tylko w oparciu o emocje, widzę również pewne racjonalne podstawy. Moje przekonanie jest czymś więcej niż wiarą. Przede wszystkim jesteśmy gospodarzami. To może być nasz najsilniejszy handicap, ale jednocześnie największe obciążenie. Zwykle jednak gospodarzowi mury pomagają, a publiczność staje się dwunastym zawodnikiem. Podobnie jak w przypadku rywalizacji pomiędzy Chelsea Londyn a Bayernem Monachium, gdybym miał kierować się jedynie przesłankami piłkarskimi, powiedziałbym, że Polska może w najlepszym przypadku wyjść z grupy i zakończyć swój udział w Mistrzostwach Europy na ćwierćfinale. Jednak życie rządzi się swoimi prawami. Niedawno zawodnik naszego narodowego zespołu, Rafał Murawski, pytany przez jednego z dziennikarzy telewizyjnych, jaką mamy drużynę (?), odpowiedział: „Nieobliczalną”. To jedyne, co w tej chwili o polskiej reprezentacji możemy powiedzieć: że jest nieobliczalna. Nie zdziwię się, jeżeli przegramy wszystkie trzy pierwsze mecze i nie wyjdziemy z grupy. Ale nie zdziwi mnie również obecność naszej jedenastki w półfinale. Zdziwiłbym się tylko, gdyby Polska zdobyła Mistrzostwo Europy. Chociaż Szekspir pewnie nie byłby zdziwiony: „Są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom”. Pierwsze Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej, które oglądałem miały miejsce w Hiszpanii w 1982 r. (niezapomniane Espana’82), liczyłem wówczas zaledwie 8 lat, oglądałem tylko jeden mecz, ale ten najważniejszy, o trzecie miejsce: Polska – Francja. Wówczas sytuacja była podobna. Wtedy również mieliśmy nieobliczalny zespół. Przed mundialem nikt na nas nie liczył. Po dwóch pierwszych spotkaniach grupowych piłkarze Antoniego Piechniczka pakowali już walizki. I wtedy przyszedł ten niesamowity mecz z Peru. Talenty wielu naszych chłopców rozbłysły. To była prawdziwa eksplozja otrzymanych w darze od Boga umiejętności.

Trawa wszystko zweryfikuje
Teraz również nie jesteśmy bez szans, nie stoimy na straconej pozycji. Mamy nieobliczalną drużynę. Najbardziej liczymy na trzech muszkieterów z Borussii, tzw. tercet z Dortmundu (Lewandowski, Błaszczykowski, Piszczek). Ich talenty rozbłysły już dużo wcześniej, ci zawodnicy prezentują w tej chwili światowy poziom. Ale wielkie imprezy piłkarskie mają to do siebie, że kreują nowych, nieznanych wcześniej bohaterów. Na tym polega tajemnica, a zarazem wielki urok mistrzostw świata czy Europy. Podczas EURO 2012 do tercetu „Le-Bła-Pi” mogą dołączyć Grosicki, Rybus, Boenisch, Wolski, Matuszczyk, Sobiech – piłkarze młodzi, ale utalentowani. Oni mogą stać się nowymi bohaterami. Jak mówią piłkarscy trenerzy: „Trawa wszystko zweryfikuje”. Najpoważniejszy mankament naszej drużyny upatruję w ławce rezerwowych. Dzisiaj piłka nożna upodobniła się do hokeja na lodzie, jest grą coraz bardziej kontaktową, szybką, ostrą. Wielkie imprezy piłkarskie wygrywa się – paradoksalnie – zmiennikami. Trzeba mieć dublerów, którzy w określonym momencie pojawią się na boisku i rozstrzygną o losach meczu. Niestety, my na wielu pozycjach nie mamy alternatywnych wariantów personalnych. Na tę chwilę nikt nie jest w stanie zastąpić Piszczka czy Lewandowskiego. Dlatego musimy liczyć na szczęście. Jeżeli ze składu wyskoczy któryś z podstawowych zawodników, o sukcesie możemy tylko pomarzyć.

Zwycięstwo jest dla ludzi
Kiedyś wzruszył mnie Darek Szpakowski. Gdy przed laty Chelsea grała z Barceloną, po dramatycznej walce, rzutem na taśmę wygrali Katalończycy. Wtedy telewizje wszystkich krajów na świecie pokazały poruszający serce widok zapłakanego chłopca, kibica Chelsea. Wzruszony Szpakowski nie wytrzymał i krzyknął na antenie: „Nie płacz, chłopcze, są w życiu trudne chwile, trzeba poczekać!”. Poczekali. Dziś Chelsea jest tryumfatorem Ligi Mistrzów, a w drodze do finału pokonała właśnie Barcelonę.
„Suma szczęścia w piłce nożnej, zero” – mawiał znany polski trener Andrzej Strejlau. Ja rozciągam tę dewizę jeszcze szerzej: w ogóle, suma szczęścia w życiu – zero, ten bilans szczęścia na koniec zawsze wychodzi na zero. Czekamy na wielki piłkarski sukces już 20 lat, od Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie. Przez ten czas niekiedy byliśmy bardzo blisko raju, jednak zawsze brakowało odrobiny szczęścia. Ale w życiu, podobnie jak w pokerze, karata się odwraca – po beznadziejnych rozdaniach przychodzą lepsze, nie ma jednej niekończącej się pasy. Do dziś dźwięczą mi w uszach słowa naszego znakomitego judoki, Pawła Nastuli. Gdy odbierał doroczne wyróżnienie w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” na Sportowca Roku, wyszedł na scenę i powiedział bardzo krótko: „Na sukces składają się dwie rzeczy – porażki i marzenia”. Kiedy nie szło w skokach Adamowi Małyszowi przyjaciele z „Golec uOrkiestra” zaśpiewali mu: „Zwycięstwo jest przecież dla ludzi, zwycięstwo też w Tobie się tli. Wystarczy, że w siebie uwierzysz, a przyjdą Twoje wielkie dni”. Leć, polska reprezentacjo, leć daleko! Oby moc była z Tobą!

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Finansowej”.