Prawo lawiny

W socjologii i politologii skonstruowano teorię śnieżnej kuli, tłumaczącą dynamikę wzrostu popularności dla konkretnych bytów partyjnych czy osób ubiegających się o rozmaite stanowiska w państwie. Można jednak stworzyć jeszcze inny model analizowania zjawisk społeczno-politycznych odwołujący się do zimy i śniegu. W polityce bądź w rzeczywistości społecznej ma często zastosowanie prawo lawiny.

Roman Mańka – Proces poprzedzający zejście lawiny rozkłada się najczęściej na dłuższy okres czasu, ale dla uruchomienia tragicznego w skutkach mechanizmu, nie potrzeba wcale jakiegoś spektakularnego wydarzenia o dużym ciężarze gatunkowym. Tym samym nie jest konieczne, aby ktoś strzelał z armaty lub detonował tony trotylu. Czasami lawina schodzi samoczynnie, nie musi się nic wielkiego stać, aby nawała śniegu ruszyła z miażdżącą siłą w dół, zaś w najczęstszych przypadkach wystarczy zupełnie błaha, banalna sytuacja: przelot trzepoczącego skrzydłami ptaka, odgłosy zwierząt żyjących w górach lub niewinna rozmowa człowieka z człowiekiem. Śnieg, który przez wiele tygodni się nawarstwiał, może nie reagować na o wiele silniejsze oddziaływanie hałasu, ale po przekroczeniu pewnej krytycznej granicy (nie hałasu lecz nawarstwiania) wystarczy malutki szmer, aby został zainicjowany proces lawiny. Doświadczeni ratownicy górscy mówią często o śniegu z poprzednich lat, który zalegając długo w górach, w końcu stoczył się jako potężna lawina. Identycznie jest w polityce czy życiu społecznym. Niejednokrotnie mówimy, że sytuacja społeczna się nawarstwia.

Krytyczna granica
Dlaczego komunistycznego reżimu w Polsce, wojskowego dyktatu gen. Wojciecha Jaruzelskiego, nie były w stanie zdmuchnąć z powierzchni ziemi strajki, organizowane przez 10 mln ruch społeczny „Solidarności” w roku 1980, a do jego upadku doprowadziły dopiero nieporównywalnie skromniejsze wybuchy społecznego niezadowolenia, mające miejsce 8 lat później, kiedy „Solidarność” właściwie już nie istniała? Decydującym czynnikiem nie była siła konkretnych wydarzeń zachodzących w danym momencie, lecz proces nawarstwiania problemów społecznych, mający miejsce w dłuższej perspektywie czasu. Skala społecznego niezadowolenia musiała przekroczyć pewną krytyczną granicę. Kluczowy był nie poziom społecznego hałasu, ale stopień nawarstwiania negatywnych zjawisk społecznych. W końcu detonatorem nie stały się wielkie spektakularne wydarzenia na miarę początku lat 80, lecz suma o wiele mniejszych, w porównani z nimi, incydentów. Organizacyjnie, w sensie strukturalnym, potencjał społecznego niezadowolenia pod koniec lat 80. był o wiele słabszy niż na początku dekady, jednak okazał się o wiele silniejszy w wymiarze świadomościowym. I to zadecydowało. Przez całe lata 80., niczym śnieg przed zejściem lawiny, nawarstwiały się rozmaite społeczne problemy. Pojedynczo nie były one w stanie doprowadzić do upadku systemu komunistycznego, ale razem złożyły się na proces nawarstwiania, który po przekroczeniu krytycznej granicy obalił wszystkie totalitarne reżimy w bloku wschodnim i zdmuchnął z powierzchni ziemi mur berliński. W przebiegu tego procesu, gdy go rozłożymy na części pierwotne, rolę czynnika inicjującego zejście społeczno-politycznej lawiny, wcale nie odegrały okoliczności o największym nasileniu społecznym, lecz można zaryzykować twierdzenie, że nawet, w porównaniu z rokiem 1980, stosunkowo małym. Jednak miały one miejsce już po przekroczeniu krytycznej granicy procesu nawarstwiania społecznych problemów.

Decyduje kontekst
Świadomość społeczna musi dojrzeć do zmiany. Pokazują to doświadczenia wszystkich rewolucji. Hosni Mubarak rządził Egiptem nieprzerwanie przez 30 lat. O ponad dekadę dłużej utrzymywał się u steru państwa przywódca Libii, Muammar al-Kaddafi. Obaj dyktatorzy potrafili przetrwać najtrudniejsze chwile, wszystko uchodziło im na sucho, zawsze spadali na cztery łapy. Na pozór wydawać by się mogło, że ich władzy bezpośrednio nic nie zagraża. Dla wielu analityków arabska wiosna ludów stanowiła spore zaskoczenie. Nie dostrzeżono, że na Bliskich Wschodzie i w niektórych krajach Afryki już dawno doszło do przekroczenia krytycznej granicy nawarstwiania społecznych problemów. Trzymając się konwencji prawa lawiny, można powiedzieć, że śnieg zalegał już od dawna, brakowało jedynie impulsu do uruchomienia niszczącego mechanizmu. Jednak ani w Egipcie, ani w Libii, pozornie nie zachodziły zjawiska, które mogłyby zagrozić niepodzielnym rządom dyktatorów. Ten impuls, ten swoisty sygnał sprowadzający polityczną lawinę, przyszedł z zewnątrz. 17 grudnia 2010 r. w Tunezji, bezrobotny, uliczny sprzedawca, Mohamed Bouazizi, w proteście przeciwko trudnej sytuacji życiowej i braku perspektyw na przyszłość dokonał samopodpalenia. W innym kontekście społecznym to wydarzenie mogłoby zostać potraktowane w kategoriach incydentu, ale na Bliskim Wschodzi świadomość społeczna dojrzała do rewolucji. To na pozór epizodyczne, indywidualne, jednostkowe wydarzenie uruchomiło proces schodzenia lawiny. W miarę upływu czasu wybuchy społecznego niezadowolenia stawały się coraz gwałtowniejsze. Aż w końcu fala protestów przeniosła się do sąsiednich krajów arabskich i niczym domki z kar, obaliła totalitarne rządy kilku dyktatorów. Podobnie może być w każdym innym regionie.

Inercja poprzedza lawinę
Życie społeczno-polityczne posiada charakter dynamiczny. Statyczne patrzenie na przestrzeń polityczną czy społeczną czyni obserwatorów ślepymi, nie pozwala dostrzec wielu symptomów nadchodzących zmian. Później wszyscy są czymś zaskoczeni. Tymczasem wnikliwe analizowanie zjawisk społecznych, postrzeganie ich w kategoriach procesu, umiejętne porządkowanie faktów, szukanie związków między nimi, pozwala na dość precyzyjne przewidywanie prawdopodobnego rozwoju wydarzeń. Socjologia jest nauką nomotetyczną. Jej głównym zadaniem jest ustalenie praw rządzących rzeczywistością społeczną. Zaś w życiu społecznym mamy do czynienia ze zjawiskami i procesami. Trzeba umieć je precyzyjnie rozróżniać, łączyć ze sobą i dzielić. Pewne, wydawać by się mogło, incydentalne zjawisko (czy – mówiąc językiem Kanta – fenomen), może być przejawem czegoś głębszego. W doświadczeniu społecznym łatwo jest zauważyć przedstawienia, natomiast o wiele trudniej wyabstrahować z nich naturę rzeczy. Zawsze należy wiedzieć, co jest zjawiskiem, a co procesem. Patrząc na współczesną Europę, nie sposób nie dostrzec symptomów świadomości społecznej, dojrzewającej do potężnej zmiany. Wbrew powierzchownym opiniom sprawa nie sprowadza się jedynie do kryzysu gospodarczego. Trudna sytuacja ekonomiczna, nie lekceważąc jej determinant strukturalno-proceduralnych, może być przejawem inercji zachodzącej w wymiarze świadomości politycznej. Tymczasem inercja zawsze poprzedza lawinę. Od wielu lat politycy europejscy nie potrafią sformułować adekwatnej, w stosunku do wyzwań społecznych, odpowiedzi. Brakuje idei. Wizję zamieniono na wizerunek. To jest kryzys o wiele głębszy. To jest kryzys aksjologiczny. Zaś dzisiejsza młodzież potrzebuje właśnie idei. Tymczasem polityka jest płytka, brak w niej głębszego przesłania. Odbiorcy programów politycznych nie otrzymują światła, za którym mogliby podążać. Zacięły się wskazówki aksjologicznego kompasu. W reakcji na kryzys gospodarczy politycy proponują doraźne rozwiązania. Następuje wyraźne odchylenie od polityki liberalnej. Z kolei Europa potrzebuje głębokich reform, nie tylko w wymiarze ekonomiczny, ale przede wszystkim społecznym i politycznym. Należy powrócić do liberalnych korzeni. Dać społeczeństwom państw europejskich wartościową intelektualnie wizję przyszłości. Stworzyć program nowego ładu społecznego. Na taki projekt polityczny czekają miliony ludzi. W innych przypadku jakieś banalne, błahe, na pozór incydentalne zdarzenie jest w stanie doprowadzić do wielkiego wybuchu społecznego niezadowolenia. A wówczas integralność Unii Europejskiej stanie się poważnie zagrożona.

Pamięć społeczna
W kontekście prawa lawiny znakomitą ilustracją mechanizmu jego działania, wydaje się ludowe przysłowie: „Dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie”. W konkretnym momencie nie musi się coś zdarzyć realnie i bezpośrednio. Po prostu, pod naciskiem ciężaru materia nie wytrzymuje i pęka. W życiu społecznym niejednokrotnie warunki dyktują identyczne prawa, jak w fizyce. Rzeczywistość społeczna również nie jest wolna od praw grawitacji, mechaniki czy dynamiki. W tym przypadku można przywoływać rozmaite analogie. Komentatorzy polityczni bardzo często zastanawiają się, jak wielki ciężar gatunkowy musi mieć wydarzenie, które będzie w stanie doprowadzić do osłabienia Platformy Obywatelskiej, tąpnięcia notowań popularności tej partii w prowadzonych regularnie badaniach preferencji politycznych. Paradoksalnie nic się nie musi wydarzyć. PO rządzi Polską już prawie 5 lat, bezkonkurencyjnie dominuje na scenie politycznej, jest liderem wszelkich sondaży demoskopijnych. Jej pozycją polityczną nie była w stanie zachwiać słaba jakość rządzenia, afera hazardowa, katastrofa smoleńska, indolencja niektórych ministrów, konflikty pomiędzy Tuskiem a Schetyną, czy gospodarczy kryzys. Publicyści ukuli na tę okoliczność już nawet swój paradygmat, mówiąc, że społeczeństwo Platformie wszystko wybacza. Guzik prawda! To co dzieje się w przeszłości ma znaczenie. Społeczna świadomość zapisuje określone fakty. Nie od razu jednak muszą one zostać wprawione w ruch. Czasami muszą odleżeć gdzieś na marginesie ludzkich interakcji, aby przerodzić się w mechanizm lawiny. Wybitny francuski socjolog, Emil Durkheim, posługiwał się kategorią świadomości zbiorowej, jako wymiaru powstającego na bazie społecznych relacji, ale nieredukowalnego do pojedynczych jednostek. Świadomość zbiorowa, podobnie jak indywidualna, posiada również swoją pamięć i potrzebuje pretekstu do artykulacji niezadowolenia. Poważne problemy społeczne mogą się nawarstwiać przez całe dziesięciolecia i nie powodować jakiejkolwiek społecznej reakcji, aż w końcu wydarzy się coś banalnego, niewinnego, na pozór incydentalnego, co uruchomi potężny proces. Wówczas społeczne niezadowolenie wybuchnie z siłą kumulacji wszystkich wcześniejszych zdarzeń. Skala procesu stanie się nie do opanowania. Niebezpieczeństwo może przyjść w momencie, w którym politycy się go najmniej spodziewają i z zupełnie niedostrzeganego obszaru. Impulsem do sprowadzenia lawiny może być właściwie wszystko, nawet okoliczności absolutnie trzeciorzędne. Jedna niefortunna, aczkolwiek mało istotna, wypowiedź lub pojedyncze i w sumie nieważne posunięcie może wyprowadzić ludzi na ulice.

Obrać kurs
Czy taki scenariusz może zrealizować się w Europie albo w Polsce? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Na pewno jednak zachodzi proces nawarstwiania poważnych społecznych problemów, wobec których politycy obrali doraźne metody. Prymitywna taktyka „tu i teraz” zaprowadzi nas jedynie na manowce. To gra na przeczekanie, na czas, ale nie na przyszłość. Zabieg skuteczny z punktu widzenia wąskiej technologii rządzenia, lecz nie z punktu widzenia filozofii uprawiania polityki. Brak dalekosiężnej wizji w polityce dyskwalifikuje. Politycy pozbawieni wizji są bezwartościowi. Politykę w ubogim, prymitywnym ujęciu można interpretować tak jak Giovanni Sartori, czyli jako walkę o władzę; lecz w szerokim, a przede wszystkim metafizycznym sensie, jest ona, jak głosił Jan Paweł II, roztropną troską o dobro wspólne. Drogą polityki musi stać się człowiek. Jedynie człowiek oraz dobro wspólne mogą stanowić niekontestowane aksjomaty nowej wizji przyszłości, które nadadzą sens życia ludziom. Dzisiejsza młodzież oczekuje idei. Rolą polityków jest ich wskazywanie. W polityce, podobnie jak w żegludze, trzeba obrać jakiś kurs i posiadać kompas aksjologiczny, który pozwoli dopłynąć do wyznaczonego celu. Musimy odwołać się do metapolityki. Świat potrzebuje idei i reform.

 

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Finansowej”, publicystą miesięcznika ekonomicznego „Home&Market” i komentatorem politycznym magazynu „Gentleman”. W plebiscycie Stowarzyszenia Eksporterów Polskich został uznany publicystą ekonomicznym roku 2011.