Rozpisanie ról

Zgodnie z oczekiwaniami PiS zgłosił kandydaturę prof. Piotra Glińskiego, byłego przewodniczącego Polskiego Towarzystwa Socjologicznego, na premiera. Wielu ekspertów zadaje sobie pytanie, jaki jest cel tego manewru. Odpowiedź wydaje się bardzo prosta.

Gra na dwóch fortepianach
Sens tego posunięcia ma bardziej wizerunkową niż polityczną konotację. Najkrócej mówiąc, chodzi o utrzymanie medialnej inicjatywy. Od kilku tygodni przejął ją PiS i teraz będzie się starał jak najdłużej utrzymać. Spektakl został rozpisany na części dobrze rozłożone w czasie. Najpierw zaprezentowano Glińskiego opinii publicznej, później kandydat na premiera rozpocznie wielodniowe konsultacje z frakcjami parlamentarnymi, następnie PiS zgłosi konstruktywne wotum nieufności wobec rządu Donalda Tuska, wskazując Glińskiego jako ewentualnego prezesa rady ministrów.
Rezultat polityczny tego medialnego cyrku ma trzeciorzędne znaczenie, najważniejszy jest efekt marketingowy.
PiS po raz kolejny pokazuje, że nie jest poważną partią. Nie uprawia polityki w sposób poważny. Nie zajmuje się polityką realną. Niestety, analogicznie postępują inni uczestnicy polskiego życia politycznego. Polityka w naszym kraju stała się jedną wielką tandetą i przypomina swą formułą muzykę disco polo – melodia łatwo wpada w ucho, fajnie się przy niej tańczy, jednak nie niesie z sobą żadnej treści.
Drugi cel, związany z wysunięciem kandydatury prof. Glińskiego, jest bardziej wyrachowany. Do tej pory problemem PiS było balansowanie pomiędzy dwoma różnymi elektoratami – centrowym i konserwatywno-narodowym. Używam tych desygnatów znaczeniowych umownie, ponieważ wielu ekspertów wprowadziło je do polskiego słownika politologicznego, jednak w istocie są one mylące i zacierają prawdziwy obraz sytuacji. Poziom upolitycznienia polskiego społeczeństwa nie jest na tyle wysoki, aby kategorie „centrowy” czy „konserwatywno-narodowy” mogły mieć istotne znaczenie. W rzeczywistości PiS porusza się po szerokim polu, na którego jednym biegunie znajduje się elektorat proestablishmentowy, a na drugim antyelitarny.

Przynęta na umiarkowanych
Profesor Gliński jest ofertą adresowaną do elektoratu proelitarnego, czyli w języku naszych rodzimych politologów – centrowego. Dzięki wprowadzeniu jego osoby na scenę polityczną PiS zyskuje drugą twarz, która ma być synonimem umiaru, rozwagi, łagodności i koncyliacyjności.
Do tej pory problem PiS sprowadzał się do swego rodzaju ambiwalentności postaw. Prezes Kaczyński musiał odgrywać przed opinią publiczną dwie role, zakładać dwie skrajnie odmienne maski. Z jednej strony musiał utrzymywać narrację smoleńską, krzyczeć i wygrażać pięścią, aby zmobilizować wokół własnej partii elektorat antyestablishmentowy, z drugiej musiał puszczać oko do biznesu, nauczycieli, lekarzy, naukowców i urzędników. W ten sposób PiS wpadał w poznawczy dysonans, jego przekaz był niespójny, wizerunek dwuznaczny, co powodowało redukcję wiarygodności wszystkich podejmowanych inicjatyw politycznych.
Teraz znaleziono metodę na wyjście z dysonansu. Rolę przynęty na wyborców umiarkowanych ma odgrywać prof. Gliński.

Siła mitu
Nie zgadzam się z tymi analitykami, którzy uważają, że PiS nie ma szans na wygranie wyborów, a jego elektorat ma charakter zamknięty. Podział kulturowy istniał w polskim społeczeństwie zawsze, polaryzacja PO – PiS jest tylko jego polityczną emanacją, jednak w latach 90. został on przysłonięty przez spór historyczny, prowadzony pomiędzy obozem postsolidarnościowym i postkomunistycznym. Inaczej mówiąc, podział kulturowy, choć był istotniejszym czynnikiem, różnicującym polskie społeczeństwo, wpisał się w podział historyczny.
Przełomowy był początek XXI w. Najpierw zniknął AWS, później, w rezultacie afery Rywina, marginalizacji uległo SLD. W ten sposób spór historyczny wygasł, a na powierzchnię życia społecznego, niczym podziemne źródło, wybił podział kulturowy, w który PO i PiS trochę przypadkowo się wpisały.
Opozycję tę bardzo trudno czytelnie zdefiniować. Karkołomnym wysiłkiem wydaje się wskazanie jej cechy konstytutywnej. Moim zdaniem, aby to uczynić najlepiej posłużyć się formułą Gabriela Marcela, czyli dychotomią „być” i „mieć”. Na jednym biegunie kulturowego podziału, istniejącego od lat w polskim społeczeństwie, znajduje się „być”, a na drugim „mieć”. Upraszczając: wyborcy PO są bliżej „mieć”, a PiS „być”.
Drugi przełom nastąpił w wyniku katastrofy smoleńskiej. Wówczas ludowa część społeczeństwa (potencjalny elektorat PiS) uzyskała mit. Był to niesamowicie ważny moment. Pamiętajmy, że mity i legendy są silniejsze od faktów.
Największy rezerwuar wyborczy PiS lokuje się na polskiej prowincji, w powiatach, małych miasteczkach i na wsiach. Upadające zakłady pracy, wysoki poziom bezrobocia, duże obszary biedy, poczucie niesprawiedliwości – wszystkie te elementy będą korespondowały z mitem smoleńskim. Tymczasem mity trafiają do emocjonalnej sfery osobowości, pogłębiają czynniki tożsamościowe i wzmacniają mobilność. Potencjalna populacja wyborcza PiS jest obecnie nieporównanie bardziej zdeterminowana od elektoratu PO. Co najmniej 35 proc. wyborców obozu smoleńskiego (nazwa umowna i zafałszowująca obraz) pójdzie do wyborów choćby piekło miało zamarznąć. Jeżeli kryzys gospodarczy obniży frekwencję, te 35 proc. może przy obecnie obowiązującej ordynacji wyborczej dać prawie połowę poselskich mandatów. Jest to jeden z kilku hipotetycznych scenariuszy jakie zakładam. Na razie trudno oszacować jego prawdopodobieństwo.

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Finansowej”