Runął ostatni mur!

To było pięć lat temu. Dzień przed posiedzeniem komitetu wykonawczego UEFA w Cardiff, na którym miała zapaść decyzja komu przyznać organizację EURO 2012, wszedłem do sklepu prowadzonego przez mojego kolegę, powiedział mi wówczas: „Zobaczysz, że my będziemy gospodarzami – Polska i Ukraina”. Dzień później Michel Platini wyciągnął kopertę z napisem „Poland and Ukraina”.

Mój kolega przewidując takie rozstrzygnięcie, brał przede wszystkim pod uwagę aspekt finansowy i czynniki korupcyjne. Był przekonany, że walizki pełne pieniędzy zostaną przekazane pod stołem. Według niego miałyby o tym zadecydować firmy zajmujące się budową autostrad. W 2007 r. w Polsce i na Ukrainie infrastruktura była właściwie szczątkowa. Wszystko trzeba było budować od podstaw. Już wtedy przebijało się do świadomości wyobrażenie jednego, wielkiego placu budowy i stojących za tym pieniędzy. Zgadzałem się z moim kolegą tylko w jednym punkcie: że otrzymamy organizację piłkarskich Mistrzostw Europy. Nie zastanawiałem się, czy stanie się to dzięki transakcjom korupcyjnym czy presji rozmaitych grup interesów. Z perspektywy czasu nie przesądzam takiej sytuacji ani też jej nie wykluczam. Po prostu nic mi o tym nie wiadomo. Wówczas, w kwietniu 2007 r. moim przeświadczeniem rządziły inne, chyba poważniejsze, argumenty. Nasi główni kontrkandydaci, Włosi, organizowali już EURO w 1980 r., a dziesięć lat później mundial. Chorwaci i Węgrzy w tej rozgrywce się w ogóle nie liczyli. Z kolei, zarówno Polska, jak i Ukraina nigdy nie gościły na swoim terytorium wielkiego wydarzenia, zaś ostatnią imprezą sportową we Wschodniej Europie były Letnie Igrzyska Olimpijskie z 1980 r. Z politycznego punktu widzenia był sens posłać piłkę poza żelazną kurtynę.

Więcej niż chciały marzenia

Pięć lat temu EURO 2012 wydawało się odległym horyzontem. Ówczesną sytuację można porównać z podróżą po bezkresnym oceanie, na którym niczego nie widać. Do ludzi świadomość, że otrzymaliśmy prawo organizacji jednego z największych na świecie sportowych eventów, jeszcze nie docierała. Ich myślenie bardziej absorbowały losy kadry Leo Beenhakkera, walczącej o awans do EURO 2008. Mało kto wybiegał poza granicę tej daty. Wiele osób po prostu nie wierzyło, że sprostamy wyzwaniom organizacyjnym i nie zawracało sobie tym głowy. Sam też doświadczałem faktu przyznania Polsce prawa do organizacji piłkarskich Mistrzostw Europy zupełnie inaczej. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że w roku 2012 zasiądę na trybunach Stadionu Narodowego, ironicznie bym się zaśmiał. Wówczas nawet o tym nie marzyłem. Bardziej myślałem o zakupie nowego telewizora.

Wędrówka ku ziemi obiecanej

Po drodze wiele się zmieniło. W 2008 r. wyjechałem do Niemiec, a mój kolega, który przewidział decyzję komitetu wykonawczego UEFA o przyznaniu nam turnieju, do Norwegii. Ja po dwóch latach powróciłem, on na stałe osiedlił się na obczyźnie. Nie wiem, jakie są dziś jego wrażenia i co o tym wszystkim myśli. Mieszkałem w Niemczech tylko przez dwa lata, ale wystarczająco długo, aby po powrocie nie poznać Polski. Czasami głęboko się zastanawiam, czy przez te ostatnie pięć lat nie zmieniło się w naszym kraju więcej niż przez wcześniejszych dwadzieścia. Gdy rozpoczynało się EURO 2012, w dzień inauguracji turnieju, jedna z zagranicznych gazet napisała, że polska transformacja rozpoczęła się przed bramami Stoczni Gdańskiej, a zakończyła przed bramami Stadionu Narodowego. Coś jest w tej ocenie, ale uważam, że marsz Polaków ku ziemi obiecanej jeszcze się nie zakończył, choć piłkarskie Mistrzostwa Europy były jego ważnym etapem, swoistym „przystankiem” przed dalszą podróżą. Podobnie jak w czasach biblijnych Mojżesz zwlekał z wejściem do ziemi Kanaan, choć odcinek dzielący tę krainę od Egiptu można przejść w dwa tygodnie, tak i my musimy poczekać, aby obszar życia społeczno-politycznego zajęli ludzie wolni, wychowani już w nowych czasach. W ciągu ostatnich pięciu lat zmienili się przede wszystkim ludzie. Do głosu doszło nowe pokolenie. W roku 2007, a więc w momencie przyznania nam EURO 2012, po raz pierwszy w historii pełnoletność zaczęły osiągać roczniki urodzone po 1989 r. To swoiste signum temporis, znak czasu.

Patriotyzm finezyjny zamiast eschatologicznego

W międzyczasie wydarzyła się katastrofa smoleńska. Polska została pogrążona w żałobie. W ostatnim okresie biało-czerwoną flagę widywało się przede wszystkim w towarzystwie czarnego kiru. Na tę okoliczność ukuto nawet nowe pojęcie patriotyzmu eschatologicznego, który jest w istocie zjawiskiem destruktywnym, bez różnicy, z której strony by na to nie patrzeć. EURO 2012 zdjęło czerń z narodowych barw, odczepiło kir od flagi i zakończyło czas żałoby. W miejsce patriotyzmu eschatologicznego przyszedł patriotyzm finezyjny, oparty na konstruktywnych emocjach. Nigdy nie lekceważyłem ludzi pogrążonych w żalu, opłakujących bliskich, chylę przed nimi czoło i żywię do nich szacunek, ale nie można bez końca kłębić w sobie tragicznej nostalgii – „Z żywymi trzeba iść do przodu”.

Chlebem i solą

Podczas zakończonych właśnie piłkarskich Mistrzostw Europy pokazaliśmy światu prawdziwe polskie oblicze. Dominowała gościnność, ulicami rządził uśmiech, otwarcie na innych, poczucie ponadnarodowej wspólnoty. Entuzjazm wylewał się z każdego serca. Długo można się zachwycać obrazkami pokazywanymi w telewizji, widokami strefy kibica, wspólną zabawą fanów polskich z niemieckimi, irlandzkimi, hiszpańskimi czy włoskimi. Jednak kamery nie uchwyciły wszystkiego. Były jeszcze bardziej wzruszające momenty. Przed Stadionem Narodowym spotkałem młodą parę, która w dniu inauguracji EURO 2012 postanowiła wejść w związek małżeński. Jednym słowem fajne wesele – prawie 60 tys. gości. Na wsiach ludzie schodzili z pól, aby obejrzeć mecz. Ci, którzy musieli pozostać, słuchali w radiu Tomasza Zimocha. Księża przekładali nabożeństwa, aby wierni zdążyli na mecz. Gdy Dariusz Szpakowski podczas transmisji pojedynków naszej reprezentacji krzyczał: „Wyobrażam sobie, co dzieje się teraz w polskich domach”, miałem przed oczami zarówno tę Polskę w Warszawie, jak i w małych, anonimowych miejscowościach, których nikt nie pokazał na telewizyjnych ekranach. Martwiono się o frekwencję podczas meczów, tymczasem stadiony były pełne już podczas samych treningów. Piłkarzy witano chlebem i solą. Tego jeszcze nigdy wcześniej w historii nie było. Najbardziej cieszy mnie fakt, że nikogo nie muszę krytykować. Wszystkich chciałbym pochwalić. Zarówno prezydent Komorowski, premier Tusk, jak i lider największej partii opozycyjnej, prezes Jarosław Kaczyński, stanęli na wysokości zadania. Szkoda tylko, że nasza drużyna narodowa nie dała ludziom radości. Ale to już jest temat na inny artykuł. Tak czy inaczej, Polska wygrała! Gdy w sierpniu 1980 r. rodziła się „Solidarność”, a Polacy upomnieli się o wolność, Jacek Kaczmarski śpiewał: „A mury runą, runą, runą. I pogrzebią stary świat!”. Mam wrażenie, że runął ostatni mur odgradzający Polskę od Europy.

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Finansowej”.