Sejm nie jest od zajmowania się sprawami „poniżej pasa”!

Z Fundatorem Instytutu Jagiellońskiego, prof. Wojciechem Roszkowskim rozmawia Roman Mańka.

Gdy Pan obserwował ostatnie wydarzenia związane z obchodami Święta Niepodległości, to co one mówią nam o polskim społeczeństwie? Czego są sygnałem?

Ujawniły się bardzo niedobre tendencje. Może nawet niebezpieczne. Wpływowe siły nakręcają w Polsce konflikt społeczny, który zaczyna przybierać dość gwałtowne formy. Od wielu lat prowokuje się środowiska narodowe, czyli właściwie nacjonalistyczne, do zjednoczenia, do aktywności, mówiąc innymi słowy – drażni się je. One w latach 90. stanowiły zjawisko marginalne. To było kilkanaście małych grupek, które odgrywały całkowicie marginalną rolę – nie organizowały żadnych przemarszów. Natomiast na przestrzeni ostatnich kilku lat – czy to świadomie, czy w wyniku pewnej samobójczej perwersji – rozmaite wpływowe ośrodki w Polsce twierdzą, że te dość marginalne środowiska nacjonalistyczne są zagrożeniem. I w obronie określonych wartości narodowych, które w każdym społeczeństwie sięgają głęboko, poglądy prawicowo-nacjonalistyczne zyskują coraz większe poparcie.

Czy są silne?

Rozróżniłbym w nich tendencję polityczną, taką, jaką posiada Radio Maryja czy nawet Młodzież Wszechpolska od skłonności awanturniczych, które gdzieś na marginesie może występują, bo część tzw. kiboli manifestuje hasła rasistowskie, temu nie da się zaprzeczyć. Ale one są w ramach całego nurtu narodowego raczej marginalne, gdyż poparcie dla środowisk narodowych rośnie raczej wśród dość umiarkowanej klienteli. Jeżeli się słyszy, że w Polsce rodzi się faszyzm, to ludzie o poglądach zdecydowanie dalekich od faszyzmu, na takie postawienie sprawy zaczynają reagować – nie tyle śmiechem, co oburzeniem i solidaryzują się z organizacjami o profilu nacjonalistycznym. Ja się temu nie dziwię! Dlatego, że ten Marsz Niepodległości został wypromowany na zasadzie agresji wobec niego. Warto zwrócić uwagę, co się z tym marszem stało? Trzy lata temu, chyba w ogóle go nie przeprowadzono; dwa lata temu był niewielki, rok temu wzięło w nim udział już sporo ludzi; dziś jest ogromny. Tak więc środowiska narodowe stają się dość silne. I kto się do nich przyłącza?! Kto idzie w tym marszu?! To zaczyna być front odmowy przeciwko „Krytyce Politycznej” i „Gazecie Wyborczej”.

Oraz TVN?

Na marginesie ruchu odmowy wobec tych środowisk pojawiają się też i skinheadzi i kibole. Jednak Marsz Niepodległości był tym razem dobrze przygotowany i sama organizacja tej inicjatywy była właściwie wzorowa. Organizatorzy próbowali nie dopuścić łobuzów, gdyż nie otrzymali wsparcia policji; ten marsz nie był osłaniany przez policję. Nie chcę oskarżać policji, bo wydaje mi się, że jej ewentualne niedociągnięcia mogły wynikać z zaniechań, wymuszonych przez skoncentrowanie uwagi na głównym starciu pomiędzy środowiskami prawicowymi a lewicowymi, bądź pobocznymi epizodami. O czym to wszystko świadczy? Komuś najwyraźniej zależy, z powodów, które należałoby wyjaśnić, żeby siać panikę, rozpowszechniać antyfaszystowską histerię w kraju znanym zawsze z tolerancji, w którym faszyzm jest zjawiskiem marginalnym.

A gdybyśmy tak przeszli na drugą stronę barykady, tam gdzie znajduje się „Krytyka Polityczna”, „Gazeta Wyborcza”, TVN, to kto to właściwie  jest? Jak można te ośrodki politycznie zdefiniować?

To jest szerokie spektrum poglądów, począwszy od pacyfistycznych, utopijno-lewackich, progejowskich, w sensie takiej trochę hipisowskiej fantazji; a skończywszy na mniej lub bardziej świadomych guru ideologicznych nowej lewicy. Mówię tutaj o „Krytyce Politycznej” – tam jest pewna myśl nowej lewicy, chociaż osobiście sądzę, że nie jest ona ani nowa, ani za bardzo lewicowa. Jest to raczej lewica seksualna, aniżeli lewica społeczna. Symptomatyczna jest reakcja śmiechu na wystąpienie Roberta Biedronia. To nie stało się przypadkowo. Dlatego, że to jest przedstawiciel grupy politycznej myślącej tylko o jednym – właśnie w kategoriach „poniżej pasa”. Ten śmiech w Sejmie głównie tego elementu dotyczył, a nie strony osobistej. Jego to dotknęło, usiłowano go później bronić, jednak myślę, że śmiano się raczej z monotematyczności Roberta Biedronia, którą przy okazji, niechcący, mimochodem ujawnił. I potem nie potrafił się z tego wyplątać. Zagrzebując się w tej argumentacji udowadniał, że to jest jedyny temat, którym się chce zajmować. Przepraszam bardzo, ale Sejm nie jest od zajmowania się sprawami „poniżej pasa”. Obyczajowymi, bo oczywiście istnieją rozmaite konteksty prawne czy demograficzne itd., ale nie można prowadzić debaty publicznej w ten sposób, nie w tej formie i estetyce. W tym kontekście rzeczywiście zjawisko o nazwie Janusz Palikot jest czymś nowym.

On może być wyrazicielem tego nurtu, jego emanacją polityczną?

Poglądy, które tam się głosi są dokładnie sprzeczne, mało tego – one zmieniają się z miesiąca na miesiąc. Całe towarzystwo stanowi różnokolorową zbieraninę, ale w gruncie rzeczy o podobnym mianowniku. Jeżeli na przykład Roman Kotliński (ksiądz, który porzucił sutannę – przyp. red.) zatrudnia mordercę ks. Jerzego Popiełuszki – Grzegorza Piotrowskiego na etacie w gazecie „Fakty i Mity”, zaś przy okazji głosi się hasła liberalne ekonomicznie (a paradoks polega na tym, że to ma być lewica); jeżeli prezentuje się poglądy progejowskie, przy jednoczesnych braku poglądów w innych kwestiach – to cały ten ruch nie trzyma się kupy. Czy to jest nowa lewica? Powiedziałbym raczej, że jest to grupa pacyfistyczno-nihilistyczna. To że ta zabawa w politykę zyskała ponad 10 proc. poparcia społeczeństwa jest bardzo złym sygnałem. Zaś fakt, że otrzymała 23 proc. głosów wśród osób, które po raz pierwszy poszły do lokali wyborczych – jest szczególnie niepokojący. Coś się dzieje niedobrego w polskim młodym pokoleniu.

Czy to nie jest paradoks, że obchody Święta Niepodległości najbardziej akcentowane są przez środowiska prawicowe, konserwatywne, narodowe? Przecież Józef Piłsudski był człowiekiem lewicy, wywodził się z PPS?

A więc, czy to jest rzeczywiście prawica? Być może dwa lata temu Młodzież Wszechpolska i Obóz Narodowo-Radykalny jako organizatorzy Marszu Niepodległości byliby nazywani skrajną prawicą. Natomiast trzeba przypomnieć, że 11 listopada wzięli w nim udział przedstawiciele różnych organizacji nie związanych ze skrajną prawicą. Między innymi Związek Piłsudczyków poparł tę inicjatywę i jego działacze pojawili się w marszu. Czy to jest manipulacja organizatorów? Nie sądzę! Związek Piłsudczyków stanowi ugrupowanie dorosłych ludzi, którzy być może w ten właśnie sposób chcieli zaakcentować swoje poparcie dla środowisk narodowych. Proszę zwrócić uwagę, że 11 listopada 1918 r. niepodległość Polski zaczęła się od porozumienia lewicy i prawicy. To Roman Dmowski zgodził się na Józefa Piłsudskiego, jako naczelnika państwa, zaś Piłsudski zgodził się na Dmowskiego jako reprezentanta Polski w Paryżu. Oczywiście ten konflikt w II Rzeczpospolitej był bardzo silny, był rząd Jędrzeja Moraczewskiego, były nawet incydenty uliczne itp., ale fundamentem niepodległości Polski była zgoda Piłsudski-Dmowski, ona legła u podstaw niepodległości. A więc mówienie, że prawica zawłaszcza obchody święta 11 listopada jest strasznym nieporozumieniem. Prawica narodowa po prostu podjęła inicjatywę spektakularnie zorganizowanych manifestacji. Sam nie jestem zwolennikiem marszów z pochodniami, ale w ramach demokracji dopuściłbym taką formę świętowania 11 listopada. Fakt, że prawica narodowa przyjęła taką inicjatywę jest już sprawą realną. I jeżeli teraz do tej inicjatywy, w reakcji na nacisk skrajnych ośrodków lewicowych (bo powiedziałbym, że w tym przypadku mamy do czynienia z prawdziwymi ekstremistami), przyłączają się inne środowiska, w tym również centrowe, to jest to element głębszego procesu obrony narodowych wartości. Jak wytłumaczyć zajadłość tych ośrodków dyspozycji, które chciały fizycznie ograniczać przebieg Marszu Niepodległości?! Jak wytłumaczyć zajadłość ludzi, którzy zaprosili niemieckich anarchistów żeby pacyfikować te pochody. To znaczy, że dla nich sojusznikiem w walce z – w cudzysłowu – „polskim faszyzmem” są niemieccy anarchiści?! To jest po prostu aberracja! Oni nie mają dosyć własnego rozumu, własnej racji, własnej siły społecznej, aby przekonać społeczeństwo, że faszyzm jest złem.

 Historia jakby zatacza koło, bo środowiska komunistyczne, skrajnie lewicowe często sięgały po wsparcie zagraniczne?

Myślę, że one i dzisiaj posiadają dość poważne wsparcie poza granicami kraju. Tego rodzaju sposób myślenia – skrajnie anarchistyczny i radykalnie lewacki był, jak dotąd obcy w Polsce. Hasła wolnej miłości, komun ludowych, seksu z dziećmi, tego wszystkiego, co ostatnio widzieliśmy, nie były w Polsce za bardzo popularne. Ale przypomnijmy rok 1968 – Daniel Cohn-Bendit i jemu podobni głosili nieograniczoną swobodę seksualną. Do tej pory takie poglądy były w Polsce dość egzotyczne, słabo się sprzedawały i trzeba było je naprawdę ukrywać w opakowaniu lewicowym, demokratycznym itd. Właśnie 1968 r. to jest przekleństwo zachodniej cywilizacji, które można zdefiniować w kategoriach tłumnego myślenia indywidualistycznego. I ten rodzaj ideologii zaczyna zdobywać serca części młodzieży.

Tylko w Polsce. Czy jest to tendencja globalna, ogólnoświatowa?

Nowa lewica czy nowo-stara lewica, bo już nie wiadomo, w jaki sposób tę formację nazwać, to w rzeczywistości nic nowego, to już się zaczęło od anarchizmu końca XIX w., kiedy obalano wszelkie świętości, a na królów czy prezydentów zrzucano bomby i rozkładano społeczeństwo. Z tym, że wówczas to był wąski margines awangardy, która apelowała do wściekłości robotników i lumpów, natomiast teraz to się rozlewa na lumpen-inteligencję.

A czy tu nie chodzi o to, że problemem nie są środowiska narodowe, faszyzm czy nacjonalizm, tylko samo podkreślanie patriotycznych uczuć, demonstrowanie polskości, przywdziewanie narodowych barw, które razi w oczy, działa niczym przysłowiowa płachta na byka? Czy z drugiej strony problemem środowisk lewicowych nie jest kosmopolityzm, orientowanie się na Europę, na świat, na jakieś ponadnarodowe globalne wspólnoty?

Psychologicznym podłożem tego są kompleksy: kompleks niższości i kompleks braku szans wśród młodzieży, które wywołują wściekłość, a ona jest nacechowana agresją kierowaną wobec tego, co jest najbliżej, czyli myślenie, że to jest obciachowe, zaściankowe, głupie, natomiast Europa nas uratuje. Teraz obserwujemy problem z artykulacją tych poglądów, bo akurat cała Europa jest w kłopocie, jednak ta ideologia jest powiązana z taką „europofilią”, zupełnie bezrozumną. Ponieważ jeżeli my sami się nie zbawimy, to nikt za nas tego nie uczyni. Tymczasem Europa jest w poważnych tarapatach i lansuje czasami zupełnie opętane pomysły, w niektórych dziedzinach życia społecznego, co oczywiście jest polskim środowiskom lewicowym na rękę i podgrzewa atmosferę rewolucji nowej lewicy. I myślę, że w głównej mierze to jest czynnik napędzający prawicę do manifestowania swoich poglądów, w obronie wartości patriotycznych. Konflikt o słowo „patriotyzm” przechodzi z płaszczyzny pojmowania patriotyzmu, czyli jak go rozumieć, co trzeba robić aby być patriotą, co oznacza pojęcie wspólnoty narodowej – na płaszczyznę prostych haseł w stylu „bij wroga”.

Radykalizuje się.

Dochodzi do polaryzacji pojęć. Chyba w „Gazecie Wyborczej” ktoś napisał, że patriotyzm równa się rasizmowi. Ale z drugiej strony mamy do czynienia z postawami – i tego też nie pochwalam – mówiącymi, że każdy człowiek, który głosi poglądy lewicowe jest wrogiem Polski. Wprawdzie nie jestem zwolennikiem lewicy, jednak ktoś, kto głosi idee tradycyjnie lewicowe, a więc akcentuje większą rolę państwa, większą sprawiedliwość społeczną, kosztem – że tak powiem – sukcesu wybranych, to akurat prezentuje myślenie, które jest mi bliskie. Uważam, że oligarchiczny system społeczny, czy polityczny jest szkodliwy. Ludziom trzeba dawać szansę! Nie po to, aby rozdystrybuować dochód narodowy równo, bo to jest głupota, natomiast żeby równość szans była większa. Spór o hasło patriotyzm, a więc definiowanie, co oznacza być patriotą jest bardzo ciekawy. Tyle tylko, że na tym mało kto się obecnie koncentruje. Dzisiaj się mówi, że patriota to jest faszysta, a ten, który walczy z patriotami jest komuchem, czy anarchistą. Ja wskazałem na prowokatorów ostatnich zajść, których uważam za anarchistów i nihilistów, natomiast nie wszyscy wśród nich są straceni. Wielu z nich jest po prostu zagubionych.

Nowoczesna lewica nie podkreśla hasła sprawiedliwości społecznej i nie kwestionuje liberalnej gospodarki. Jej zainteresowanie skupia się raczej na obszarach kulturowych?

Główną ideą tej nowej, lewicowej orientacji jest hasło „róbta co chceta”. To jest ich filozofia. Im nie chodzi o sprawiedliwość społeczną. Czasami sprawiedliwość społeczna pojawia się w dyskursie publicznym, jako echo dawnego socjalizmu, ale nikt tak naprawdę dzisiaj nie dąży do sprawiedliwości społecznej. Współczesna lewica zmierza przede wszystkim do rewolucji obyczajowej, do „rozwalania” tradycyjnych pojęć, takich jak na przykład wspólnota, państwo, prawo, kościół. Bardzo często obiektem nienawiści ze strony ludzi lewicy jest Kościół i to dokonuje się w sposób horrendalny, dlatego, że ci ludzie, którzy go atakują, bardzo często niewiele wiedzą, o co w nim chodzi, nie rozumieją chrześcijaństwa, nie rozpoznają na czy polega Kościół rzymskokatolicki. Wygłaszają jakieś horrendalne poglądy, utożsamiają Kościół z inkwizycją, pedofilią. Jest to głupie i krzywdzące, bo Kościół stanowi również instytucję ludzką, niewolną od słabości, natomiast stawianie takiego znaku równości dowodzi jedynie ignorancji oraz złej woli.

Czy te zajścia, które miały miejsce w Warszawie podczas obchodów Święta Niepodległości, nie pokazały po raz kolejny słabości państwa polskiego?

Ja bym w mniejszym stopniu oskarżał o bezczynność policję, czy w ogóle służby porządkowe, ale ich mocodawców, czyli decydentów. Bo w tym przypadku zawiodła władza.

Tam chyba nie umiano podjąć decyzji?

Nie umiano bądź nie chciano. Jednak należy zadać pytanie – dlaczego tak się dzieje? Wrócę na chwilę do sytuacji sprzed roku, do wydarzeń, które miały miejsce na Krakowskim Przedmieściu. W gruncie rzeczy wtedy również siły porządkowe zaniechały akcji wobec okoliczności obligujących do interwencji. Właściwie stanęły po stronie środowisk atakujących ludzi broniących krzyża, pozwalając nie tylko na bezczeszczenie najważniejszego symbolu religijnego, ale również na fizyczną agresję wobec jego obrońców. Ja nie stałem pod tym krzyżem i uważam, że tego typu manifestacje mogły być dla wielu osób (w tym również łobuzów) prowokujące, jednak zadaniem służb porządkowych jest zapewnienie ludziom bezpieczeństwa, zwaśnione grupy powinny zostać rozdzielone. Tymczasem policja i straż miejska w ogóle wówczas nie reagowały, zachęcając właściwie do ataków na obrońców krzyża. Podobne sytuacje miały miejsce podczas Marszu Niepodległości. Ale nie były to do końca te same przypadki, albowiem 11 listopada siły porządkowe, w pewnych momentach stanęły na wysokości zadania, chociażby skutecznie powstrzymując anarchistów niemieckich czy nie dopuszczając zderzenia Marszu Niepodległości z przeciwstawną demonstracją Kolorowej Niepodległej.

Ale jednocześnie niemieccy anarchiści zostali bardzo szybko wypuszczeni z aresztu. Gdyby podobnych incydentów dopuścili się Polacy w Niemczech, to na pewno zostali by osądzeni.

Oczywiście! Już by siedzieli w więziennych celach. Jednak to jest wina systemu prawa w Polsce, który jest nadzwyczaj tolerancyjny dla przestępców, ale również konsekwencja braku decyzji oraz zasłaniania się przez decydentów niedoskonałym prawem. Tymczasem Pani Prezydent Warszawy pokazywano konkretne rozwiązania prawne, ona miała możliwość dokonania pewnych ruchów w ramach istniejącego prawa. Wprawdzie nie miała możliwości odmówienia przyjęcia zgłoszenia o przeprowadzeniu zgromadzenia, ale mogła negocjować warunki. Mogła nie przyjąć zgłoszenia o demonstracji do czasu wynegocjowania określonych warunków, np. że dana demonstracja zbierałaby się w konkretnym miejscu, tak, aby wykluczyć fizyczną możliwość spotkania z przeciwstawną ideologicznie demonstracją. A w tym przypadku, popuszczono zupełnie cugle, zgodzono się, aby dwie agresywne wobec siebie grupy zbierały się obok siebie, co w sposób oczywisty zmierzało do konfrontacji. Jest to zaniechanie – moim zdaniem – graniczące ze współudziałem w prowokacji.

Jednak to nie pierwszy raz słabość państwa została obnażona. Spadające samoloty, kibice wbiegający swobodnie na płytę boiska z zamaskowanymi twarzami, bezkarność przestępców. Skąd bierze się ta słabość instytucji państwa?

Ona się wzięła z początków transformacji. W kręgach sił opozycyjnych była niechęć do przemocy, z racji choćby faktu, że „Solidarność” na własnych plecach odczuła jej skutki. I niechęć do używania sił porządkowych, w postaci środków nacisku bezpośredniego stworzyła sytuację, w której państwo abdykowało z obrony pewnych norm.

Było to odbicie w drugą stronę, w stosunku do stanu, który obowiązywał w PRL-u?

Zbigniew Bujak kiedyś powiedział, iż on nie uważa, aby jego życie było ważniejsze od wolności. W telewizji toczyła się dyskusja, na temat wprowadzenia godziny policyjnej dla nastolatków. Bujak był przeciwko takiemu rozwiązaniu. W pewnym momencie zapytano go – „A gdyby Pan został zaatakowany przez nastolatków, to co by się stało?” Odpowiedział, że jego życie nie jest ważniejsze od wolności. Słowa bardzo piękne, „bohaterskie”, cudne, tyle tylko, że one nie mogą stanowić ideologii tworzącego się od nowa państwa demokratycznego. W latach 90. elita solidarnościowa poszła na wariant oferowany przez komunistów. To chyba Jerzy Urban kiedyś wulgarnie powiedział – „My ich „zatentegujemy” tą wolnością. Chcą wolności, to będą mieli wolność”.

Panie profesorze, jest Pan historykiem – III Rzeczpospolita jest już starsza od II i możemy powiedzieć, że w pewnym sensie ją przerosła. Gdybyśmy tak mieli – wyjmując te dwa okresy z uwarunkowań historycznych i wszelkich obiektywnych okoliczności – porównać te dwa państwa, to czy my zaszliśmy dzisiaj dalej niż II Rzeczpospolita, czy zbudowaliśmy lepsze państwo, lepsze społeczeństwo, lepszą gospodarkę, czy też gorzej wykorzystaliśmy naszą wolność?

Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Trzeba pamiętać o różnych wymiarach naszej sytuacji. Jeśli chodzi o sprawy międzynarodowe, których bieg ostatnio się bardzo pogorszył, to należy sobie zdawać sprawę z faktu, że żyjemy w zupełnie innych czasach niż na przykład dziesięć lat temu. Mimo wszystko jednak, po dwudziestu latach wolności nie wisi nad nami groźba utraty niepodległości w wyniku konfliktu zbrojnego. Ale dlatego, że jest taka sytuacja międzynarodowa…

To nie jest nasza zasługa.

W 1920 r. byliśmy w stanie obronić się sami przed Armią Czerwoną, zaledwie po dwóch latach niepodległości. Ale po dwudziestu już nie.  Jednak to też nie była nasza wina, bo to państwo rozwijało się na swój sposób w miarę dynamicznie, mówię o II Rzeczpospolitej. Natomiast otoczenie rozwijało się zdecydowanie szybciej i w gorszym kierunku. Chodzi o zbrojenia niemieckie, rosyjskie, o ich wzajemne porozumienie, z którego konsekwencjami żadne inne państwo – może poza Stanami Zjednoczonymi – by sobie nie poradziło. A więc gdy mówimy o koniunkturze międzynarodowej, to ona po 22 latach niepodległości nie jest gorsza, jest lepsza niż w okresie II Rzeczpospolitej. Ale to koniunktura czyli coś, na co nie mamy wielkiego wpływu. Pytanie, które należy sobie zadawać, to jak my wykorzystujemy tę koniunkturę? W wymiarze polityki zagranicznej wydaje mi się, że dzisiaj wykorzystujemy ją marnie; wtedy – czy można było lepiej. Nie sądzę.

A dzisiaj można by było lepiej?

Bardziej aktywna polityka w ostatnich latach byłaby w stanie pozycję Polski w Europie i świecie jednak troszeczkę umocnić. Nie jest dobrą polityką zdawanie się na okoliczności i płynięcie z głównym nurtem. Na obronę obecnego rządu trzeba powiedzieć, że od czasu do czasu jakieś sygnały wysyła, ale to są bardzo mizerne sygnały – takie próby nazwania rzeczy po imieniu. To są bardzo słabe sygnały, które w dodatku wywołują irytację w stolicach ościennych, bo już przyzwyczailiśmy otoczenie, że nasz rząd jest grzeczny i spolegliwy. Jeżeli natomiast on podnosi głowę, to jest to niemiło odbierane. W wymiarze ekonomicznym należy zadać pytanie, w jaki sposób wykorzystaliśmy niewątpliwy postęp gospodarczy? Bo niewątpliwie Polacy nigdy w historii nie byli tak dobrze sytuowani. Tak duża część Polaków nigdy wcześniej nie poruszała się po świecie w miarę swobodnie.

Ale ekonomiści mówią, że można było się szybciej rozwijać, że Polska mogła być – może nie tygrysem, ale orłem Europy?

W Polsce istniała niezwykle korzystna proporcja pomiędzy kosztem pracy, a wydajnością. Po roku 1989 wydajność pracy nam dynamicznie rosła, tymczasem koszty pracy zwiększały się wolniej. Posiadaliśmy zatem konkurencyjną gospodarkę. Niestety, ten atut już powoli tracimy – koszty pracy zbliżają się do zachodnich. A więc korzyść konkurencyjną już wytraciliśmy prawie w całości i teraz rozwijamy się w tempie podobnym do pozostałych państw. Szukamy swoich szans, ale tych szans niestety nie stworzyliśmy. Jeżeli mówimy o wykorzystywaniu naszego potencjału innowacyjności, czyli tak naprawdę naszych zdolności – Polacy są naprawdę zdolnym narodem, co dobitnie pokazują, pracując poza granicami kraju – to musimy zapytać o polską markę; gdzie jest jakaś polska marka?! Hiszpania ma Seata, Finlandia ma Nokię, już nie wspomnę o Francji czy Niemczech. A co my mamy?! Belgia posiada swoje marki. A jaka jest polska marka?! Jedyną marką zauważalną w świecie jest chyba Orlen. Ale to jest w gruncie rzeczy koncern przetwórczy.

I polska wódka…?

Też nie tak bardzo, bo „Finlandia”, „Smirnoff”, itp. są już bardziej znane, niż na przykład „Wyborowa”. A więc nawet wódki nie udało nam się specjalnie wypromować. Myśmy właściwie zmarnowali dwadzieścia lat, nie wykorzystując potencjału tkwiącego w polskiej przestrzeni społeczno-gospodarczej.