Seks, kłamstwa i infoafera

Łapówki szacowane na kilkadziesiąt milionów złotych, ustawione przetargi na miliardy – tak miała wyglądać „infoafera”, okrzyknięta w 2011 r. największą aferą III RP. Cztery lata później wiadomo już, że część zatrzymań była na wyrost, a niektóre zarzuty się nie potwierdziły. Zaś niektóre wątki „infoafery” zwyczajnie zamieciono pod dywan: zagraniczne firmy dające łapówki i wygrywające ustawione przetargi (kupowały sprzęt dla instytucji przed ogłoszeniem wyników) mają się dobrze.

Na przykład Prokuratura Apelacyjna w Warszawie poinformowała media o istnieniu funduszu łapówkowego w firmie Netline Group i zatrzymała z przytupem jej prezesów, to od trzech lat podawanej wersji nie udowodniła. Spółka wskutek działań prokuratury zakończyła działalność, a pracę straciło 150 osób. Agent CBA wykonujący czynności w tej sprawie ma romans z byłą żoną jednego z wiceprezesów i współwłaścicieli Netline. Inny współpracownik tej służby przejął kontrakty Netline’a.

Fundusz łapówkowy widmo

Centralne Biuro Antykorupcyjne od początku „infoafery” aresztowało m.in. trzech członków zarządu wrocławskiej spółki Netline Group. Jej wiceprezes Janusz J. zgodził się na współpracę z prokuraturą i otrzymał status małego świadka koronnego, miał wręczać łapówki szefowi CPI, Andrzejowi M. Janusz J. został zatrzymany jako pierwszy – jak informowała wówczas spółka – nie wpłynęło to znacząco na jej wyniki finansowe. Kilka miesięcy później zatrzymano dwóch braci, którzy założyli Netline Group. Wówczas prokuratura poinformowała, że mieli wyprowadzić po 200 tys. zł z prywatnych firm na „swoisty fundusz łapówkowy”. Tyle że do dziś, prokuratura nie potrafi udowodnić, że takie zdarzenie w ogóle miało miejsce. A dlatego, że wypłacili sobie z niej pieniądze odprowadzając przy tym wszystkie zobowiązania publicznoprawne, postawiła im zarzut działania na szkodę spółki. Wskutek czego – paradoksalnie – ich spółka zakończyła działalność. Pracę straciło 150 osób.

Kiedy jeden z wiceprezesów siedział w areszcie, to agent CBA, który brał udział w zatrzymaniach, spotykał się z jego byłą żoną. Korzystał też z jego mieszkania i samochodu, co zostało uwiecznione na zdjęciach. Wysłaliśmy w tej sprawie pytania do Centralnego Biura Apelacyjnego oraz do warszawskiej Prokuratury Apelacyjnej, która prowadzi postępowanie. Niestety pomimo próśb telefonicznych nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Zapytaliśmy także o kwestię ściganych z urzędu zarzutów działania na szkodę spółki przez warszawskiego prokuratora. Dodajmy, że jeden z oskarżonych braci wciąż ma zdeponowaną kaucję, a drugi dozór policyjny.

Warto zatem zadać sobie pytanie skąd taka urzędowa troska o dobro prywatnej firmy, skoro nikt z właścicieli i członków władz nie zawiadamiał organów ścigania?

Wersja oskarżonego wiceprezesa

Janusz J. opowiedział śledczym, w jaki sposób wręczył pierwszą łapówkę. Według jego wersji, miał paść ofiarą szantażu Andrzeja M., który powoływał się na świetne kontakty z szefem CBA. Poza tym, po wygranym przetargu w CPI, Netline Group zamówiła i zapłaciła za sprzęt i licencje o wartości ponad 30 milionów złotych. Wówczas, po raz pierwszy, Andrzej M. miał dać Januszowi J. prywatne rachunki i powiedzieć: „Ty załatwisz moje problemy, a ja rozwiążę Twoje”. Andrzej M. miał przy tym grozić unieważnieniem przetargu. Netline Group zamówiła sprzęt przed ostatecznym podpisaniem umowy, bo IBM początkowo zaproponował promocyjne ceny, ale zamówienie miało nastąpić w określonym czasie. I to właśnie przedstawiciel IBM miał zaaranżować spotkanie Andrzeja M. z Januszem J. w samolocie do USA.

–Uważam, że nie byłoby „infoafery”, gdyby nie moje zeznania, dlatego teraz pojawiają się w prasie artykuły próbujące mnie oczernić. Niestety pokazując prawdę narobiłem sobie wielu wrogów – mówi nam Janusz J.

Oskarżeni w „infoaferze” wskazują, że Paweł Wojtunik, były szef CBA „infoaferę” odtrąbił jako gigantyczny sukces służb, który pomógł mu przetrwać na stanowisku. J. i inni oskarżeni mogą oczywiście kłamać, broniąc się, ale jeśli jego rewelacje są choćby w części prawdziwe, są one – jak w 1996 r. przy okazji sprawy Oleksego stwierdził Aleksander Kwaśniewski – „granatem wrzuconym do szamba”.

Podobne wątpliwości zgłaszali opozycyjni politycy, pytając jak to możliwe, że nie zadziała obiecywana przez Donalda Tuska tarcza antykorupcyjna. I mówili wprost, że służby otoczyły Andrzeja M. tarczą prokorupcyjną pozwalając mu na branie gigantycznych łapówek od każdego, od kogo miał ochotę.

Jedną z osób, która skorzystała na „infoaferze” był również współpracownik CBA, który ma własną firmę działającą na rynku informatycznym we Wrocławiu. Przejął kontrahentów Netline Group po tym, jak firma zakończyła działalność. Tym cichym współpracownikiem miał być jeden z ówczesnych członków władz Netline. Tę informację potwierdził nam oficer CBA. O te kwestie również zapytaliśmy oficjalnie w CBA, ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Warto dodać, że tuż przed wybuchem „infoafery” sporo spekulowano na temat możliwego odwołania przed upływem kadencji Pawła Wojtunika. Ujawnienie korupcji na tak wielką skalę zapewniło mu jednak nietykalność na kolejne kilka lat. A o tym, że Andrzej M. przyjmował gigantyczne łapówki, służby wiedziały o wiele wcześniej – podkreślał w wywiadach Mariusz Kamiński (dziś koordynator ds. służb specjalnych) zwracając uwagę na termin ujawnienia tej afery.

Koncerny z licencją na korumpowanie

Kolejnym skandalicznym wątkiem jest odpowiedzialność zachodnich korporacji. Do korupcji w Polsce przyznała się już amerykańska firma Hewlett Packard, która za korumpowanie m.in. polskich urzędników zobowiązała się do zapłacenia 108 mln dol. Pieniądze te nie są jednak przeznaczone dla Polaków, a wyłącznie… dla Amerykanów. Pod lupę prokuratury trafił także jeden z najstarszych koncernów informatycznych – IBM. Zarzuty z polskiego oddziału tej firmy za korumpowanie Andrzeja M. ma m.in. Marcin F., były dyrektor handlowy. Polscy śledczy przesłuchiwali w tej sprawie pracowników IBM w Stanach Zjednoczonych. Ale rola tego koncernu w tej sprawie pozostaje wielką niewiadomą.

Dotarliśmy do pism, z których jasno wynika, że licencje pod konkretne przetargi w MSWiA pojawiały się w systemie sprzedaży IBM zdecydowanie przed ich rozstrzygnięciem, a nawet przed ostatecznym zamknięciem specyfikacji istotnych warunków zamówienia. W skrócie – dystrybutor IBM zamawiając produkty z USA musiał wskazać konkretne miejsca, do których je zamawia. A czas zamówień poprzedzał wyniki przetargów. Sprawę badało FBI. Zapytaliśmy CBA i warszawską prokuraturę o to, co zrobiły w tej sprawie, ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi także i na te kwestie.

Warto również wspomnieć o raporcie, jaki na temat „infoafery” zamówił jeden z amerykańskich koncernów. W raporcie znajdują się informacje m.in. na temat powiązań Andrzeja M. z politykami z Kancelarii Premiera Donalda Tuska. Ale kluczowe w raporcie jest inne spostrzeżenie – IBM, który wyposażał Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, ma swobodny dostęp do jego systemów, a co za tym idzie, szeregu istotnych informacji z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. Tym bardziej dziwi brak zainteresowania śledczych tym wątkiem sprawy. Ponadto zamówiony raport okazał się dla polskich służb mało przydatny, bo to właśnie ich działania przy tej sprawie szczególnie krytykował.

– Jaki uszczerbek poniosły gigantyczne zagraniczne korporacje, które stały za wszystkim? Dlaczego to polskie przedsiębiorstwa upadły? „Infoafera” nauczyła wielu polskich przedsiębiorców, że publiczne przetargi nie są dla wszystkich. W tej chwili np. wielu z nas czeka, aż zagraniczny koncern wygra przetarg, ale całość, za zdecydowanie niższą niż w przetargu kwotę zleci polskim firmom – mówi nam jeden z przedsiębiorców zamieszanych w „infoaferę”. – Zadajmy sobie zatem pytanie o zasadność istnienia polskich służb, które nie dopuszczają do istnienia polskiego przemysłu broniąc zagranicznych interesów. W praktyce to wygląda tak: jeśli my wygrywamy przetarg to zaraz mamy na głowie kontrolę z CBA czy urzędu skarbowego, jeśli wykonujemy tę samą pracę na zlecenie amerykańskiego koncernu, to nikt nie ma do nas pretensji i nie próbuje zlikwidować naszej firmy – oburza się. – Takim koncernom jak IBM czy HP w Polsce nic nie grozi. Ale wszyscy zapominają, że polskie służby utrzymują polscy podatnicy, polskie firmy – dodaje.

W listopadzie 2013 r. w sprawie „infoafery” CBA zatrzymało 20 osób. Działo się to w tym samym czasie, kiedy Donald Tusk dokonywał rekonstrukcji rządu. Media nie skupiły się jednak na komentowaniu decyzji premiera, ale właśnie na akcji służb. Agent CBA miał wówczas mówić do jednego z zatrzymanych „niech pan się nie martwi, jutro wróci pan do domu, pan nam tu tylko poprawia statystykę”. Koszty śledztwa już dawno przerosły wysokość wręczonych łapówek, a zagraniczne koncerny prężnie działają na polskim rynku.

„Infoafera” wybuchła w 2011 r. i dotyczyła ustawiania przetargów informatycznych w instytucjach publicznych w latach 2007-2010. Organy ścigania skontrolowały ok. 130 przetargów o łącznej wartości przekraczającej miliard złotych, a śledztwem objęły ponad 40 osób. Główny wątek sprawy dotyczył Andrzeja M. szefa rządowego Centrum Projektów Informatycznych podległego pod ówczesne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji (wcześniej był m.in. pracownikiem krajowego Interpolu w Komendzie Głównej Policji). Andrzej M. uznany za „mózg infoafery” miał przyjmować gigantyczne łapówki od m.in. przedstawicieli zagranicznych koncernów – HP i IBM. A także od Janusza J. z wrocławskiej firmy Netline Group. Dodajmy, że lista przyjętych łapówek jest bardzo długa. Oprócz gotówki są m.in. zagraniczne wycieczki, sprzęt AGD i RTV, Nissan Qashqai. Łącznie na ok. 5 mln zł. Andrzej M. zdecydował się na współpracę z prokuraturą i otrzymał status małego świadka koronnego. W czerwcu tego roku, do Sądu Okręgowego w Warszawie trafił w tej sprawie obszerny akt oskarżenia. Wśród zarzutów pojawiło się także pranie brudnych pieniędzy. Na ławie oskarżonych zasiądzie osiem osób – proces ma ruszyć w II kwartale 2016 r. Część oskarżonych m.in. Andrzej M. i członkowie jego rodziny chcą dobrowolnie poddać się karze, jaką zaproponowała prokuratura. W przypadku głównego bohatera ma to być 4 i pół roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na osiem lat. Prokuratura chce dla niego wyroku bez procesu, ale sprawę zablokowała Komenda Główna Policji, która jako oskarżyciel posiłkowy złożyła wniosek o naprawienie wyrządzonej krzywdy domagając się od Andrzeja M. 2,6 mln zł. Proces może potrwać kilka lat. Akt oskarżenia obejmuje jednak tylko część sprawy. W pozostałych wątkach wciąż toczy się śledztwo. Wspomniane zagraniczne koncerny informatyczne wciąż wygrywają przetargi organizowane przez polskie instytucje publiczne.

——