Skruszyć mur dzielący wyborców od polityków!

Paweł Kukiz rozpoczął procedurę zbierania podpisów pod inicjatywą wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych. W świadomości wielu osób funkcjonuje pogląd, że zmiana ordynacji wyborczej z systemu proporcjonalnego na jednomandatowy odpolityczni wybory i wzmocni w akcie głosowania walor jakości kandydata. Jest to przykład typowego błędu intelektualnego. W rzeczywistości tzw. JOW-y mogą zafundować Polsce efekt odwrotny od zamierzonego.

Zwolennicy jednomandatowych okręgów wyborczych przywołują w debacie publicznej przesłanki, które przedstawiane są społeczeństwu jako rzeczowe argumenty, ale w gruncie rzeczy mają one charakter fetyszyzowanych mitów. Wbrew pozorom system jednomandatowy wcale nie doprowadzi do zmniejszenia stopnia polityzacji wyborów, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej upolityczni procedury głosowania i w radykalny sposób zaostrzy polaryzację polityczną. Efektem ubocznym tego procesu stanie się totalne zachwianie reguł proporcjonalności. Dla przykładu partia, która uzyska 21 proc. poparcia w skali kraju, może otrzymać bezwzględną większość, czyli 50 proc. miejsc w sejmie. W ekstremalnych sytuacjach prawdopodobny jest również inny wariant, że ugrupowanie zdobywające globalnie mniej głosów przy korzystnym rozkładzie struktury swoich wyborców, weźmie większość mandatów poselskich.

Pogłębienie podziałów
Złudne jest przeświadczenie jakoby system jednomandatowy miał przyczynić się do radykalnego wzmocnienia znaczenia czynnika osobowego w akcie głosowania kosztem politycznego i przesunięcia ciężaru wyborczych decyzji w stronę elementu jakości kandydata. Każde wybory parlamentarne, niezależnie od zastosowanego systemu podziału mandatów, odbywają się w kontekście ogólnokrajowej kampanii wyborczej. Nawet więc przy implementowaniu ordynacji jednomandatowej, determinanty polityczne nadal będą odgrywały istotną rolę. Decydującym czynnikiem stanie się popularność dwóch dominujących partii startujących w wyborach. Kandydat prezentujący wysoką jakość cech personalnych, ale nie obdarzony „namaszczeniem” głównych ugrupowań może przegrać z rywalami wyposażonymi w poparcie najsilniejszych formacji politycznych, czy też częściej eksponowanych w mediach, gdyż do tych drugich będzie przypisane domniemanie o większej skuteczności, a więc silniejszym wpływie na późniejszy proces rządzenia. Wyborcy w akcie głosowania, obok przesłanek emocjonalnych czy merytorycznych, kierują się zawsze pragmatyzmem wyborczym. Antycypują potencjalny status jaki dany pretendent będzie miał szansę uzyskać w powyborczej rzeczywistości, a także jego ewentualną pozycję na arenie politycznej. Lepszy jakościowo kandydat Solidarnej Polski, przegra z gorszym konkurentem PiS, gdyż do tego ostatniego będzie przypisane domniemanie większego wpływu na bieg spraw politycznych kraju, a także silniejsze prawdopodobieństwo rozwiązania ważnych problemów okręgu, w którym ubiega się o mandat. System jednomandatowy zaostrzy polaryzację polityczną, z kolei to spowoduję, że miejsca w Sejmie zajmą przedstawiciele dwóch, góra trzech, najsilniejszych partii. Reszta uczestników życia publicznego nie będzie się liczyć. W ten sposób totalnie zostaną zachwiane reguły proporcjonalności.

Oligarchizacja życia publicznego
Wbrew obiegowym opiniom ordynacja jednomandatowa ustanawia nierówne warunki gry. Przy obecnie obowiązującym w Polsce sposobie finansowania partii politycznych, w ramach modelu jednomandatowego dwie najsilniejsze formacje parlamentarne pogłębią przepaść jaka dzieli je nie tylko od podmiotów pozaparlamentarnych, lecz także słabszych ugrupowań parlamentarnych i w konsekwencji uzyskają przewagę niemożliwą do zniwelowania. Implementacja takiego systemu jest najprostszą drogą do oligarchizacji życia publicznego, a także zablokowania mechanizmu krążenia elit. Jedynie pozornie doprowadzi to do wzmocnienia walorów jakościowych w akcie głosowania, zaś rzeczywistym efektem modelu jednomandatowego stanie się totalne zwiększenie roli pieniądza. Każdy wtajemniczony obserwator, znający realia procedur ustalania list wyborczych w Polsce, wie, że niejednokrotnie uprzywilejowane pozycje (tzw. miejsca mandatowe) kandydaci muszą sobie wykupić. Model jednomandatowy radykalnie podniesie wpływ indywidualnej kampanii wyborczej na ostateczne wyniki głosowania. Ugrupowania polityczne będą więc faworyzowały kandydatów dysponujących handicapem finansowym.
W kontekście JOW-ów pojawia się zagrożenie zaistnienia procederu kupowania głosów przy wykorzystaniu struktur przestępczych, działających na poziomie lokalnym, w ramach tzw. polski powiatowej. Podobne przypadki miały miejsce w trakcie wyborów samorządowych na terenie, gdzie obowiązywała właśnie ordynacja jednomandatowa. Obecnie istniejący w Polsce system proporcjonalny, przy wszystkich swoich wadach, ogranicza możliwość wystąpienia identycznych patologii, gdyż istotniejszym elementem – od poparcia uzyskanego przez poszczególnych kandydatów – jest algorytm partyjny. Kupowanie głosów nie daje żadnej gwarancji na uzyskanie mandatu. Wybory proporcjonalne odbywają się na wielkich przestrzeniach, jeden okręg łączy zazwyczaj kilka powiatów, co powoduje, że lokalne struktury przestępcze nie dysponują odpowiednim zasięgiem, aby wpłynąć na wynik wyborów, zaś kandydatów nie stać na zainwestowanie w proceder przekupywania wyborców tak olbrzymich pieniędzy. Wprowadzenie systemu jednomandatowego zwiększy znaczenie lokalnych układów i umiejscowionych w powiatach sieci klientelistycznych. Przestrzenie wyborcze ulegną radykalnemu zredukowaniu, a o zdobyciu mandatu będą decydowały bezpośrednio rezultaty uzyskane przez poszczególnych pretendentów. To wzmocni rolę korupcji wyborczej oraz klientelizmu. Forsowanie ordynacji jednomandatowej jest wodą na młyn oligarchów.

Granice rozpoznawalności
Zwolennicy ordynacji jednomandatowej dokonują apoteozy czynnika jakości kandydata. Ich koronnym założeniem jest argument, że po wprowadzeniu JOW-ów wyborcy będą wiedzieć, na kogo głosują. Tymczasem dokładnie ten sam efekt można osiągnąć w ramach systemu proporcjonalnego, po zawężeniu przestrzeni terytorialnej okręgów.
O poziomie świadomości wyborców nie decyduje sposób głosowania, lecz stopień anonimowości wyborów i zakres identyfikowalności kandydatów ubiegających się o parlamentarne mandaty. Rozpoznawalność jest funkcją wielkości okręgów. Jej znaczenie rośnie w miarę zmniejszania przestrzeni, na których rozgrywają się procesy wyborcze. Jeszcze do niedawna w wyborach samorządowych do powiatu obowiązywała ordynacja proporcjonalna. Głosowanie odbywało się w okręgach obejmujących jedną lub co najwyżej dwie gminy. Mimo proporcjonalnego systemu, wyborcy wiedzieli na kogo głosują, stopień identyfikowalności kandydatów był bardzo duży. Paradoksalnie efekt ten udało się osiągnąć w ramach ordynacji proporcjonalnej, która faworyzuje rolę czynnika politycznego.
Do paradoksu idącego w drugą stronę może dojść również na bazie systemu jednomandatowego. Ostatnie wybory do senatu odbywały się wg reguł jednomandatowych, ale w dużych okręgach. Poziom polityzacji końcowego rezultatu rozdania senackiego był znacznie wyższy niż w przypadku wyborów do sejmu, podczas których obowiązywała ordynacja proporcjonalna. W wyborach do senatu wyborcy nie głosowali na osoby, lecz na partie polityczne. Jednak mandaty przeliczano na osoby, wedle reguł modelu jednomandatowego. Beneficjentami takiego stanu rzeczy stały się dwa największe ugrupowania: Platforma Obywatelska otrzymała 39,18 proc. głosów, a zdobyła 63 proc. mandatów; Prawo i Sprawiedliwość osiągnęło poparcie na poziomie 29,89 proc., uzyskując 31 proc. miejsc w senacie. Pozostałe partie zanotowały deficyt mandatów w stosunku do liczby zdobytych w ramach całego kraju głosów – PSL-owi przypadły jedynie dwa mandaty, pomimo poparcia na poziomie 8,36 proc.; z kolei SLD otrzymując zbliżony wynik procentowy, nie wprowadził do izby wyższej parlamentu ani jednego senatora.
To pokazuje, jak niesprawiedliwy może być system jednomandatowy. O wzmocnieniu znaczenia waloru jakości kandydata nie decyduje wcale okręg jednomandatowy, lecz mały okręg. Identyczny efekt można osiągnąć w ramach systemu proporcjonalnego, po zmniejszeniu terytorialnych rozmiarów przestrzeni wyborczych.
Idealny system wyborczy powinien starać się uchwycić cechy występujące w zindywidualizowanym akcie głosowania. Pomiędzy jednostkowymi decyzjami wyborczymi a algorytmem przeliczania głosów na mandaty powinna istnieć symetria. Gdy wyborcy głosują na osoby, należy przeliczać mandaty bezpośrednio na osoby; jeżeli głosują na partie polityczne, trzeba stosować parytet partyjny.

Dwa razy dwa równa się pięć
Największe wady obowiązującego obecnie w Polsce systemu proporcjonalnego polegają na wypaczeniu zasad proporcjonalności i dużym poziomie anonimowości kandydatów. Paradoksalnie i wbrew stosowanej nomenklaturze jest to model para proporcjonalny. Zdobycze mandatowe poszczególnych formacji politycznych nie są proporcjonalne wobec rezultatu osiągniętego w skali całego kraju. Czynnikiem decydującym bezpośrednio o podziale mandatów nie jest wielkość globalnego poparcia określonej partii, lecz rozkład głosów w okręgach i dystanse występujące pomiędzy ugrupowaniami startującymi w wyborach. W roku 1993 Konfederacja Polski Niepodległej uzyskała w wyborach do sejmu 5,77 proc. głosów i zdobyła 22 mandaty poselskie. Cztery lata później prawie identyczny wynik (5,56 proc.) dał Ruchowi Odbudowy Polski jedynie 6 miejsc w sejmie.
Dzieje się tak dlatego, że w polskim systemie wyborczym istnieje dysonans pomiędzy poziomem globalnego poparcia, a sposobem przeliczana głosów na mandaty. Wybory do sejmu mają charakter ogólnokrajowy, tymczasem o podziale mandatów decydują rezultaty lokalne. Wynik ogólnopolski posiada jedynie znacznie medialne – nie jest ani kategorią prawną, ani strukturalną częścią mechanizmu wyborczego. W ordynacji wyborczej tylko próg 5 proc wywołuje konsekwencje prawne, istotne z punktu widzenia uprawnienia w partycypowaniu przy podziale mandatów. Jednak jest to element czysto symboliczny, gdyż samo przekroczenie tego pułapu w skali kraju, w praktyce wcale nie musi gwarantować zdobycia miejsc w sejmie. O tym decyduje rozkład poparcia w okręgach. Prawdopodobna jest sytuacja, że partia z 5-procentowym poparciem nie otrzyma żadnego mandatu. Obecny system wyborczy nie zaspokaja więc waloru proporcjonalności, jest on asymetryczny.

Rytuał czy świadomy wybór?
Anonimowość kandydatów została strukturalnie uwarunkowana wielkością terytorialną przestrzeni wyborczych, na których toczy się gra o podział mandatów. W roku 2001 zlikwidowano listę krajową i rozszerzono okręgi wyborcze do absurdalnych rozmiarów. Z pragmatycznego punktu widzenia był to chytry zabieg służący centralizacji polityki. W praktyce listę krajową zastąpiono pierwszymi miejscami na listach okręgowych. Tak zwani liderzy mogą być nigdzie nie znani, nie mieszkać ani nie pracować w okręgu, w którym ubiegają się o mandat, przegrać rywalizację ze swoimi konkurentami partyjnymi we wszystkich powiatach, gminach i obwodach składających się na okręg, a i tak dostaną się do sejmu. Gdy wyborcy nie wiedzą na kogo personalnie zagłosować, pójdą tropem rytuału wytworzonego w strukturze list wyborczych przez ugrupowania polityczne startujące w wyborach, a zatem poprą kandydatów umieszczonych na pierwszych miejscach list wyborczych. Głosowanie na pretendentów z pierwszych miejsc ma charakter rytualny. Paradoksalnie liderzy okręgowi dostają się do sejmu dzięki głosom najmniej świadomego elektoratu. Jeżeli okręg wyborczy liczy tysiąc obwodów, wystarczy w każdym z nich otrzymać po 10 głosów aby załapać się na mandat. Te głosy mogą być konsekwencją pomyłek, przypadkowych skreśleń, ale w sumie zapewnią wielkość dającą miejsce w sejmie. Kandydaci z dalszych pozycji są często o wiele lepiej rozpoznawalni od liderów list, posiadają świadomy elektorat, jednak ich zasięg jest zbyt ograniczony, żeby przelicytować liderów. Beneficjentami niskiej identyfikowalności kandydatów są osoby z pierwszych pozycji na listach wyborczych. W wielkich okręgach rozłożona proporcjonalnie suma poparcia rytualnego, przypadkowego może mieć większe rozmiary niż liczba świadomych głosów oddanych na lokalnych pretendentów. Teoretycznie lider może przegrać rywalizację w każdym obwodzie, zdobywając tam piąty czy szósty wynik, ale rozłożona proporcjonalnie suma głosów rytualnych zapewni globalnie, w skali okręgu, najlepszy rezultat.

Jakość źródłem proporcjonalności
W publicystyce czy fachowej literaturze politologicznej mówi się często, że w Polsce doszło do tzw. „zabetonowania systemu politycznego” i zablokowania, jak twierdzi prof. Piotr Gliński z PAN, mechanizmu krążenia elit. Zjawisko to jest funkcją trzech czynników: reguł określających finansowanie partii politycznych, sposobu przeliczania głosów na sejmowe mandaty faworyzującego najsilniejsze formacje polityczne oraz wielkich okręgów centralizujących rekrutację kadr parlamentarnych i zapewniających trwałość liderów list wyborczych, niezależnie od jakości ich udziału w polityce. Czy wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych może się stać skutecznym lekarstwem na tę chorobę? System jednomandatowy spowoduje jeszcze większe pogłębienie procesu „zabetonowania polityki”. Po jego wprowadzeniu uformuje się model dwupartyjny. Wzmocnieniu ulegnie znaczenie pieniądza i dojdzie do radykalnego wzrostu roli korupcji wyborczej, a także lokalnych sieci klientelistycznych. Negatywna weryfikacja elit zostanie jeszcze bardziej utrudniona. Po wprowadzeniu JOW-ów powstanie grupa lokalnych notabli czy partyjnych oligarchów, na rzecz których wójtowie i burmistrzowie będą dowozić do obwodów głosowania wyborców autobusami, albo zorganizowane grupy przestępcze zmobilizują wszystkich swoich klientów wystających na co dzień pod budkami z piwem. System jednomandatowy nie będzie dobrym rozwiązaniem dla Polski i demokratyzacji życia politycznego.
Jednak jest sposób na pogodzenie postulatów modelu proporcjonalnego z jednomandatowym, który z jednej strony precyzyjnie zadośćuczyni rygorom proporcjonalności, a z drugiej – wydatnie podniesie wpływ czynnika personalnego, czyli jakości kandydatów, w procesie głosowania. Jest to moja autorska propozycja.
Ogólne założenia tego projektu przedstawiają się następująco: na kandydatów wyborcy głosują w małych, porównywalnych z wielkością powiatów, okręgach; każda partia startująca w wyborach zgłasza w ramach okręgu tylko jednego kandydata; logika aktu głosowania przypomina zasady rządzące w systemie jednomandatowym; procedura zgłaszania kandydatów przez formacje polityczne jest poprzedzona prawyborami.
Jednak w tym miejscu podobieństwa do modelu jednomandatowego się kończą. Podział mandatów dokonywany jest proporcjonalnie na poziomie całego kraju w oparciu o ogólnokrajowe wyniki wyborcze poszczególnych partii. Jeżeli określone ugrupowanie uzyska rezultat 42 proc., otrzymuje proporcjonalny udział miejsc w sejmie, czyli 193 mandaty poselskie.
Później dokonywany jest personalny podział mandatów, ale już w ramach poszczególnych partii (kanałem partyjnym), z uwzględnieniem lokalnych wyników wyborczych uzyskanych w określonych okręgach. Jeśli np. Platformie Obywatelskiej przypadłyby przywołane powyżej 193 miejsca w sejmie, 151 jej kandydatów legitymujących się kolejno najlepszymi rezultatami zdobywa mandaty w terenie – PO otrzymuje mandaty w 151 okręgach, w których uzyskała najwyższe wyniki, zaś 42 jej posłów wchodzi do sejmu z tzw. listy ekspertów.
Inaczej mówiąc: głosowanie odbywa się na dole z silnie uwypuklonym czynnikiem personalnym jakości kandydata; podział mandatów pomiędzy partiami startującymi w wyborach dokonywany jest na górze, wprost proporcjonalnie do wyników osiągniętych w skali kraju przez poszczególne formacje polityczne; następnie przeprowadzany jest personalny podział miejsc sejmowych w ramach partii, w oparciu o ich wyniki wyborcze osiągnięte w określonych okręgach – w ten sposób mandaty wracają na dół do okręgów.
Integralną częścią tego systemu byłaby tzw. lista ekspertów, wiernie przypominająca procedurę wyłaniania posłów z listy krajowej, co praktykowano w Polsce do roku 2001. W okręgach mandaty zdobywałoby 360 przedstawicieli, kolejnych 100 uzyskałoby miejsca w sejmie z listy ekspertów wg procentu poparcia, jaki w skali kraju otrzymały poszczególne partie.

Równowaga reprezentatywności
Ten model wyborczy jest komplementarny, godzi najlepsze cechy ordynacji jednomandatowej z proporcjonalną, a przede wszystkim wzmacnia znaczenie jakości kandydatów, naprawiając przy okazji zdeformowany w obecnie funkcjonującym systemie mechanizm proporcjonalności.
Rekrutacja kandydatów odbywałaby się na lokalnym podwórku, partie weryfikowane byłyby przez wyborców na dole, ugrupowania polityczne zmuszone zostałyby do przedstawiania atrakcyjnej oferty kadrowej, a więc stawiania na najlepszych kandydatów. Dodatkowym walorem tej formuły wyborczej stałby się olbrzymi wzrost frekwencji i obywatelskiego zaangażowania. Można sobie wyobrazić okręgowe struktury partyjne ścigające się o jak najlepsze rezultaty wyborcze i mobilizujące wyborców.
Doświadczenia polityczne wielu krajów pokazują, że najlepiej sprawdzają się systemy mieszane, czyniące zadość wielu postulatom. W zdrowym modelu wyborczym musi istnieć równowaga pomiędzy trzema rodzajami reprezentatywności: politycznej (proporcjonalnej), personalnej (jakościowej) i terytorialnej (lokalnej). Tworzona przez zwolenników JOW-ów opozycja pomiędzy systemem jednomandatowym, a proporcjonalnym jest przedstawiana na niewłaściwym poziomie ogólności. W gruncie rzeczy okręgi jednomandatowe są podsystemem modelu większościowego, czyli jednym z wariantów ordynacji większościowej, przyznającej mandaty bezpośrednio kandydatom z największą liczbą głosów. Alternatywa pomiędzy obydwiema formułami wyborczymi może zostać zniesiona. Optymalny do implementacji jest system komplementarny łączący najlepsze cechy rozmaitych modeli.

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Finansowej”, publicystą miesięcznika ekonomicznego „Home&Market” i komentatorem politycznym magazynu „Gentleman”. W plebiscycie Stowarzyszenia Eksporterów Polskich został uznany publicystą ekonomicznym roku 2011.