Stracona dekada!

Mamy za sobą 30. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Aby zrozumieć dramaturgię tamtych dni, trzeba wejść w doświadczenia ludzi żyjących w tamtym czasie, będących u szczytu swojej dorosłości. Dla młodych, którzy ukształtowali się już w demokratycznej Polsce, jest to wydarzenie czysto abstrakcyjne. Znakomity polski socjolog, Florian Znaniecki, zalecał, aby badając fakty historyczne bądź inne niedostępne dla naszego doświadczenia – okoliczności, postrzegać je przez doświadczenia ludzi wówczas żyjących, znajdujących się realnie w obszarze danej sytuacji. Inaczej nie da się zrozumieć ich sensu, logiki oraz ciężaru gatunkowego. Powojenne pokolenia żyły w permanentnym strachu wybuchu kolejnego międzynarodowego konfliktu zbrojnego. Ta świadomość towarzyszyła im przez cały czas. Pomiędzy I a II wojną światową upłynęło zaledwie 21 lat. Wszechobecne było zatem przeświadczenie, iż kolejna gehenna wojenna jest kwestią bliskiej przyszłości. Cechy świata polarnego – jego dwubiegunowa struktura, żelazna kurtyna, wyścig zbrojeń, umacniały przekonanie, że wojna się wydarzy jeszcze w życiu aktualnych dla tamtego czasu ludzi. Pamiętam, jak moja babcia robiła zapasy smalcu, mąki, cukru. Wszystko przygotowywane było na tzw. czarną godzinę, na gorsze czasy. Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że od czasu zakończenia II wojny światowej do momentu wprowadzenia stanu wojennego minęło 36 lat, a więc niewiele więcej, niż od momentu wprowadzenia stanu wojennego do czasów obecnych. Dla tamtych ludzi słowo „wojna” miało realne znaczenie. Widok czołgów, wozów opancerzonych, żołnierzy uzbrojonych w karabiny, wywoływał głęboki strach, grozę, przywoływał najgorsze z możliwych wspomnienia, właśnie z okresu tej straszliwiej II wojny światowej. Dlatego oni się tak bardzo bali. Ale była jeszcze druga dramatyczna rzecz. Sroga, mroźna zima początku lat 80. Nie taka łagodna jak dzisiaj. Skrzypiący pod butami śnieg, mróz na oknach, zaspy aż po pas. Pamiętam taki moment, kiedy mój dziadek stał w kolejce za węglem trzy dni i trzy noce. Babcia paliła drewnem w piecu kaflowym. Było ciepło, takie zdrowe, przyjemne ciepło. Mój wujek mieszkający w Międzyrzeczu, przy polsko-niemieckiej granicy, przyjechał do nas na wieś, do wschodniej Wielkopolski. Przy granicy zarządzono koncentrację wojsk NRD. Wszyscy obawiali się, że wojna niebawem wybuchnie, że w Polsce dojdzie do zbrojnej interwencji. Wigilia była smutna, inna niż zwykle. Czuć było atmosferę niepewności, niepokoju, wyczekiwania. Wielkie radio z analogowym adapterem na górze, na czarne płyty, wybrzmiewało głosem prawdy Radia Wolna Europa. Komuniści zagłuszali je jak mogli. W tych dniach szczególną treść przenosiły kolędy, miały one wymiar nie tylko religijny: „Podnieś rękę Boże dziecię, Błogosław Ojczyznę miłą, w dobrych radach, w dobrym bycie – wspieraj jej siłę swą siłę”. Mimo trudnych chwil, tych dobrych rad nie brakowało, a jeżeli chodzi o byt, to ludzie dzielili się tym co mieli. Historycy często stawiają pytanie – czy wprowadzenie stanu wojennego było słuszne? Na to nie ma prostej odpowiedzi. Trzeba wziąć pod uwagę całą mozaikę cech postzimnowojennego, dwubiegunowego świata; uwzględnić dramaturgię ówczesnego systemu; rozważyć globalne, geopolityczne uwarunkowania. Wydaje się jednak, że wyjaśnienie może tkwić również w psychologii i taktycznych kalkulacjach gen. Jaruzelskiego. Możliwe były trzy scenariusze rozwoju sytuacji politycznej w Polsce. Podzielić się władzą z opozycją, co w bliższej lub dalszej perspektywie oznaczało ryzyko abdykacji. Późniejsze doświadczenia – mające miejsce po roku 1989 – pokazały, że raczej w bliższej niż dalszej. Poczekać na interwencję radziecką. Ale wówczas również raczej doszłoby do zmiany na kierowniczych stanowiskach PRL. Radzieccy towarzysze zainstalowaliby swojego „namiestnika”, wskazanego z grona najbardziej spolegliwego wobec ZSRR skrzydła PZPR. Najlepszym rozwiązaniem dla Jaruzelskiego był scenariusz wewnętrzny, czyli zdławienie opozycji własnymi rękami, w taki sposób, aby z jednej strony uspokoić wielkiego brata zza między, a z drugiej nie doprowadzić do niekontrolowanego wybuchu społecznego. W gruncie rzeczy gen. Jaruzelski dobrze antycypował sytuacją, jednak z punktu widzenia własnych interesów. Chodziło nie o obronę niepodległości Polski, ratowanie jej przed katastrofą, lecz o własną… Nie będę tego wątku dłużej ciągnął. Stan wojenny to zmarnowana dekada, stracone dziesięć lat. Ten dystans ciągle dzieli nas od zachodniego świata.

 

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Finansowej”, publicystą miesięcznika ekonomicznego „Home&Market” i komentatorem politycznym magazynu „Gentleman”. W plebiscycie Stowarzyszenia Eksporterów Polskich został uznany publicystą ekonomicznym roku 2011.