Tajwańska próba sił z TPP w tle

15 i 16 grudnia 2015 r. miały miejsce dwa wydarzenia które mogą mieć wpływ na przyszłą sytuację militarną w rejonie Pacyfiku. Po długim okresie zastanawiania się USA podjęły decyzję o sprzedaży na Tajwan uzbrojenia o wartości ponad 1,83 mld USD, w tym m.in. dostawę dwóch fregat klasy Oliver Hazard Perry, rakietowe pociski przeciwpancerne, pojazdy bojowe oraz pociski rakietowe ziemia-powietrze. Kongres USA zaaprobował tę transakcję rok temu. Jest to pierwsza tak duża sprzedaż sprzętu wojskowego i broni przez USA od ponad czterech lat.

W przeszłości amerykańskie transakcje zbrojeniowe z Tajpej wywoływały zdecydowany sprzeciw Pekinu, uważającego Tajwan za zbuntowaną prowincję Chin. Antycypując zaaprobowanie przez administrację USA kolejnej sprzedaży broni Tajwanowi, Chiny ostrzegały, że zaszkodzi to stosunkom między Tajpej a Pekinem. USA są od dawna głównym dostawcą sprzętu wojskowego i broni dla tajwańskich sił zbrojnych. Co prawda administracja Baracka Obamy sprzedała już Tajwanowi broń wartości 12 mld USD, minęło jednak kilka lat od ostatniej dostawy. Jest to też najdłuższa przerwa w dostawach od 1979 r. i uchwalenia Ustawy o Relacjach z Tajwanem.

Reakcja Pekinu

Władze w Pekinie zaprotestowały przeciwko planom sprzedaży amerykańskiej broni na Tajwan. Zapowiedziano także bojkot amerykańskich firm zbrojeniowych w Chinach. Władze ChRL ani też chińskie koncerny nie będą współpracowały z firmami, które zdecydują się dostarczać broń na Tajwan. Głównymi beneficjentami są koncerny Raytheon oraz Lockheed Martin. Chiny zamierzają bojkotować obie firmy.

Chiny uznają Tajwan za część własnego terytorium. Władze w Tajpej, pomimo ocieplenia relacji z Pekinem chcą zaś kontynuować zakupy uzbrojenia w USA. Nie tak dawno w Singapurze doszło do historycznego spotkania prezydentów Tajwanu i Chin. Pomimo ocieplenia w relacjach Pekinu i Tajpej, władze Tajwanu wciąż korzystają z pomocy militarnej USA, które dzięki specjalnemu aktowi są też gwarantem bezpieczeństwa Tajwanu w przypadku zagrożenia.

Już nie zerowy koszt dolara

Inne ważne wydarzenie to zmiana stóp procentowych funduszy federalnych. W środę 16 grudnia 2015 r. amerykański bank centralny USA podniósł stopy procentowe o 25 punktów bazowych. Stopa funduszy federalnych wyniosła 0,25-0,50 proc., względem 0,0-0,25 proc. poprzednio. Decyzja została podjęta przez członków Federalnego Komitetu Otwartego Rynku jednogłośnie i była szeroko oczekiwana przez rynek. Tuż po publikacji komunikatu doszło do mocniejszych wahań wartości aktywów, jednak chwilę później sytuacja się ustabilizowała. Decyzja była bardzo poważnym krokiem w kierunku normalizacji polityki monetarnej USA. Bank centralny w oczekiwaniu na nadchodzący wzrost gospodarczy i w obawie przed przyszłą inflacją zdecydował się na podwyżkę po raz pierwszy od 2006 r. Dotychczas zerowy koszt pieniądza nie był jedynym stymulatorem dla amerykańskiego rynku. W trakcie ostatnich siedmiu lat, Fed za pomocą programów skupu aktywów wpompował w tamtejszą gospodarkę grube miliardy dolarów, podnosząc bilans Rezerwy Federalnej do ok. 4,5 bln USD.

Jaki przyniosło to efekt w skali świata? Do najniższego poziomu – przynajmniej od roku – spadły notowania akcji w Chinach, Indonezji, Malezji, Brazylii, Kolumbii, Turcji, Polsce. Nastała bessa. Dlaczego tak się stało? Typowa gospodarka zaliczana do grupy rynków wschodzących jest eksporterem surowców. Jeśli jest zadłużona u inwestorów zagranicznych, to przede wszystkim w dolarze, który jest najważniejszą globalną walutą. Wyższe stopy procentowe w USA oznaczają, że na lokatach w instrumenty dłużne w tej walucie można zarobić więcej niż dotychczas. To oznacza, że kapitał chętniej niż dotychczas będzie płynął w kierunku dolara, w szczególności jeśli banki centralne zarządzające głównymi konkurencyjnymi walutami (takimi jak euro, jen czy frank szwajcarski) wciąż zastanawiają się nad działaniami, które mogą wpłynąć na spadek ich wartości.

Kto za to zapłaci?

To pewne, że wzrost stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych będzie miał wpływ na światową gospodarkę. Jednak to głównie rynki wschodzące mają powody, aby się martwić. Brazylia już teraz jest pogrążona w głębokim kryzysie gospodarczym. PKB w trzecim kwartale skurczył się o 1,7 proc., a brazylijski real stracił w stosunku do dolara 31 proc. od początku roku. Co więcej, inflacja w Brazylii jest na poziomie nienotowanym od 12 lat. Podwyżka stóp procentowych w USA tylko spotęguje problemy tego państwa. Wszystko przez to, że kraj ma drugi na świecie (po Chinach) największy dług w dolarach. Tamtejsze firmy w ostatniej dekadzie pożyczyły miliardy dolarów, a jeśli amerykańska waluta zyska na wartości, to ich zadłużenie zwiększy się.

Republika Południowej Afryki to kolejny kraj, który może zapłacić wysoką cenę za to, że zaciągnął zbyt duże kredyty w dolarze, kiedy amerykańska waluta była tania. Według Capital Economics rezerwy walutowe RPA są o wiele niższe, niż wymagałaby tego obsługa zadłużenia zagranicznego i koszty importu. Silniejszy dolar uczyni ten problem o wiele większym niż obecnie. Kolejnym problemem gospodarki RPA jest to, że jest uzależniona od górnictwa, a ta branża ostatnio boryka się z niskimi cenami surowców. Droższy dolar może sprawić, że dochody budżetowe RPA będą jeszcze niższe. Rosja, Wenezuela i Nigeria również zależą od eksportu surowców, który stanowi część ich dochodów budżetowych. A ponieważ handel odbywa się w dolarach, ceny surowców mogą spaść jeszcze bardziej, jeśli dolar się umocni.

W cieniu partnerstwa

Dolar się umacnia, towary z USA są droższe, to z kolei jest problemem dla amerykańskiej gospodarki. Mogą pomóc porozumienia handlowe. Współczesne międzynarodowe stosunki ekonomiczne cechuje tendencja do regionalizmu i proliferacji regionalnych porozumień integracyjnych. Na tle dominującego trendu bilateralnych ugrupowań integracyjnych w strukturze regionalnych porozumień integracyjnych, cechą trzeciej fali regionalizmu jest tworzenie porozumień o charakterze międzyregionalnym (międzykontynentalnym), megastref wolnego handlu. Jednym z najważniejszych negocjowanych ugrupowań tego typu jest Porozumienie o Partnerstwie Transpacyficznym. Na początku października 2015 r. Stany Zjednoczone i 11 innych krajów uzgodniło warunki Partnerstwa Transpacyficznego (TPP).

To jedna z największych umów handlowych w historii, obejmująca 40 proc. światowej gospodarki, czyli Australii, Brunei, Wietnamu, Kanady, Malezji, Meksyku, Nowej Zelandii, Peru, Singapuru, Chile i Japonii. Uzgodnienie warunków jest jednocześnie triumfem USA. W USA demokracja wygląda jak w przykładnym i dojrzałym już małżeństwie. „W domu” ścierają się interesy, są kłótnie, a czasem nawet wyraźnie zarysowane konflikty. Na zewnątrz jednak działania prowadzone są we wspólnym interesie.

Przed trudnym wyborem

Oczywiście w dalszym ciągu „na łonie rodziny” można przerzucać się winami, zasługami i opiniować działania (np. w Iraku, Afganistanie czy w sprawie Tarczy Antyrakietowej w Europie), ale za granicą amerykańscy politycy mówią o swoim państwie jednym głosem i zawsze z dumą. Zachód potrzebuje dziś takich układów o wolnym handlu, by stawić czoło rosnącym gospodarkom Indii i Chin. TPP jest ekonomicznie wymierzone bezpośrednio w te dwa kraje i nawet nikt tego specjalnie nie ukrywa. Jednocześnie wszystkie państwa kandydujące do TPP mają większy handel z Chinami niż z USA.

Dlatego proponowany przez Amerykanów wybór – albo my, albo Chiny – jest dla tych państw wyraźnie niekorzystny. Ponadto na negocjacjach o stworzeniu bloku handlowego utrzymują się poważne różnice między USA i ich partnerami. Przede wszystkim w zakresie takich kwestii jak przedłużenie terminu patentów na lekarstwa, środki umocnienia ochrony własności intelektualnej, eksport tkanin czy handel samochodami i produkcją rolną. Dla prezydenta Obamy, który osobiście zaangażował się w rozwiązanie ostatnich nierozstrzygniętych kwestii, umowa TPP ma być jednym z największych osiągnięć w jego kończącej się za niespełna półtora roku prezydenturze. Układ ma być też kluczowym elementem realizowanego przez USA tzw. zwrotu w polityce zagranicznej ku wschodniej Azji.

Czym jest TPP?

Czym właściwie jest Partnerstwo Transatlantyckie? TPP (ang. Trans-Pacific Partnership) to umowa o wolnym handlu między 12 krajami Azji i Pacyfiku. Poza redukcją tysięcy taryf celnych umowa likwiduje też inne bariery w międzynarodowym handlu, ustanawia jednolite zasady ochrony własności intelektualnej i walki z nadużyciami. Po raz pierwszy ustanowi też obowiązek przestrzegania zasad handlowych, pracowniczych i ochrony środowiska przez przedsiębiorstwa należące do państwa, jak te w Wietnamie czy Malezji. Niemniej jednak obrońcy praw człowieka są sceptyczni pytając, czy te kraje rzeczywiście poprawią warunki pracy?

Jeszcze na etapie przygotowywania dokumentów było zauważalne, że w 11 krajach partnerach zmniejszenie i likwidacja ponad 18 tys. podatków na towary z USA pozwala Amerykanom na swobodniejsze działanie. Według Josepha Stiglitza beneficjentami porozumienia będą głównie korporacje transnarodowe. Pikanterii porozumieniu dodaje fakt bardzo długiego utrzymywania treści w tajemnicy. Szczególnie zaniepokojone są Chiny, Indie i Rosja. Zaniepokojeniu nie tylko Rosji trudno się dziwić, otóż Chiny już pracują nad podobnym porozumieniem regionalnym. Analogiczne porozumienia są przygotowywane w innych częściach globu. Pracują nad tym kraje Ameryki Łacińskiej, pojawił się też projekt państw Zatoki Perskiej, projekty wolnego handlu między Afryką a Ameryką Łacińską. Gospodarka światowa staje się obszarem regionalnego protekcjonizmu. Takie tendencje pojawiły się w ramach Światowej Organizacji Handlu.

W cieniu konfliktu?

Co istotne, dla otoczenia Chin – otóż 16 stycznia 2016 r. na Tajwanie odbędą się prezydenckie i parlamentarne wybory, w ramach których wygrać mogą zwolennicy niepodległości. Nawet gdyby nie doszło do secesji Tajwanu, to i tak Pekin ma się nad czym zastanawiać. Dostawy amerykańskiej broni mogą zaostrzyć sytuację nie tylko na Tajwanie. Doświadczenia z 1988 r., batalie i poniesione tysiące ofiar mogą być podłożem nowego kryzysu azjatyckiego. Do tego jest także przygotowana Japonia, zwiększając swój potencjał militarny, zwłaszcza o rakiety do zwalczania okrętów ASM-3 samoloty myśliwskie F-35, amfibie AAVP-7A1 s. Jeżeli USA nie uda się wywołać nowego konfliktu za pośrednictwem Tajwanu, to może to być pobliski Myanmar, gdzie ster władzy przejął proamerykański rząd. Chiny nie muszą nawet atakować Tajwanu, ponieważ sama blokada morska spowodowałaby konieczność kapitulacji w ciągu dwóch-trzech miesięcy. Tajwan jest samowystarczalny praktycznie tylko, jeżeli chodzi o ryż…

A jeśli chodzi o wchłonięcie Tajwanu, to co mogłoby być głównym czynnikiem zachęcającym Tajwan do unifikacji? Takim czynnikiem mogłoby być zagrożenie np. ze strony Japonii czy USA, albo korzyści materialne z takiej unii. Obecnie Tajwan jest sojusznikiem USA, a poziom ekonomiczny Tajwanu jest wyższy niż w Chinach. Chiny też za bardzo nie chcą unifikacji Tajwanu, bo po co? Mają wystarczająco dużo problemów w innych prowincjach np. Hongkong czy Xinjiang. Natomiast, co jest możliwe to ocieplenie stosunków z Tajwanem na wypadek konfliktu z Japonią. Dobrze żeby Tajwan był po stronie Chin lub w ostateczności był neutralny i temu służy polityka powiązań ekonomicznych.

Wpływowi darczyńcy

Okazuje się, że wielkość dofinansowania rządów konkretnych krajów jest obrazem kierunków działania Ameryki. Tylko w 2014 r. oficjalnie w postaci działań jawnych przekazano 35 mld USD. Na pierwszym miejscu znalazł się Izrael, który otrzymał 3,1 mld USD. Do tej kwoty trzeba dodać 1 proc. podatku, który obywatele amerykańscy pochodzenia żydowskiego mogą bez opłat przekazać do Izraela. Diaspora żydowska w USA liczy ponad 10 mln obywateli, daje to rocznie kwotę ponad 5 mld USD. Kolejne miejsca zajmują: Egipt (1,5 mld USD), Afganistan (1,1 mld), Jordania (1 mld), Pakistan (933 mln). Zarówno Izrael, jak i Egipt dostają kwoty wyłącznie na uzbrojenie. Afganistan, Jordania i Pakistan otrzymały pieniądze na rozwój gospodarczy. Generalnie kwoty mimo wszystko przeznaczane są na zakup sprzętu u producenta amerykańskiego, czyli jest to swoisty zastrzyk na rozwój własnego przemysłu. W sumie pomoc otrzymują 142 kraje z 188 zarejestrowanych w Międzynarodowym Funduszu Walutowym w 2014 r. Ogólnie można stwierdzić, że Bliski Wschód otrzymuje podobnie jak Afryka 20 proc. pomocy.

Z powyższych danych wynika, że Bliski Wschód znajduje się w sferze szczególnych zainteresowań USA. A jak wiadomo: Ameryka płaci – Ameryka wymaga. A jaką pomoc otrzymują kraje europejskie? Rumunia (9,7 mln USD), Białoruś (13 mln), Macedonia (12 mln), Albania i Polska (po 16 mln USD). Czy nasza rola w polityce Stanów Zjednoczonych jest taka jak Albanii? Biorąc pod uwagę zakupy sprzętu wojskowego po likwidacji polskiego przemysłu zbrojeniowego – czy ten zakup nie będzie w większej czy mniejszej części realizowany przez firmy amerykańskie? Jaki bilans przyjmiemy – dostajemy 16 mln USD, a wydamy ile miliardów?

——

 
Henryk Borko

Henryk Borko

Rektor Gliwickiej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości