Tam chce się żyć!

W infrastrukturze polskich miast zaszło w ostatnich latach wiele zmian, jednak intuicja nadal podpowiada, że do miejsc, w których najłatwiej o dobre samopoczucie, wciąż jest nam zbyt daleko. Ostatni ranking analityków związanych z pismem „The Economist” potwierdza słuszność tego przekonania i to w jego dosłownym geograficznym sensie, z tym, że jak od każdej reguły, tak i od tej istnieją wyjątki. Niepokoi wykazany przez te badania fakt, że wielkie aglomeracje w ciągu ostatnich pięciu lat stały się mniej przyjazne swoim mieszkańcom, aczkolwiek z naszego punktu widzenia trudno to odczuć. Także dlatego, że wciąż nie jesteśmy nadzwyczajnie zurbanizowanym państwem

W dokumencie noszącym niezbyt przyjazny tłumaczom tytuł „2015 Global Liveability Ranking” można wyczytać, że najlepsze do życia miasta to zazwyczaj średniej wielkości ośrodki we względnie bogatych krajach o niskiej gęstości zaludnienia. Tłumaczyłoby to dominację kanadyjskich i australijskich metropolii w zestawieniu. Najwyższą pozycję obroniło Melbourne przed Wiedniem i Vancouver – liderem do 2011 r. Honoru Europy na ostatniej pozycji pierwszej dziesiątki bronią jeszcze Helsinki i szwajcarski Zurych. Wszystkim z nich udało się osiągnąć wskaźnik przyjazności oscylujący między 90 a 100. Przy jego obliczaniu wzięto pod uwagę poziom bezpieczeństwa, opieki zdrowotnej, ochrony środowiska, infrastruktury i dostępności do oświaty.

Pozycja Warszawy może wydawać się niezbyt imponująca (64 na 140 badanych miast ex aequo), aczkolwiek stolica Polski jako jedna z nielicznych odnotowała w ostatnich latach znaczącą poprawę lokaty. Jak twierdzą autorzy, w dużej mierze zadecydował o tym spadek liczby przestępstw. Eksperci podkreślają, że mimo dzielącej je różnicy 16,8 punktu rankingowego, Melbourne, Warszawa i Santiago de Chile prezentują praktycznie tę samą klasę jakości życia. Większy skok w analizowanym okresie zaliczyły jedynie Harare z Zimbabwe, Katmandu i Dubaj, z tym, że całej trójce sporo brakuje do przeskoczenia reprezentantki Polski w zestawieniu. Wydaje się, że nadwiślański gród powinien skupić się na prześcignięciu widniejącej pozycję wyżej i również zaliczającej dobrą passę Bratysławy.

Ofiary niestabilności

Można się jednak zastanawiać, czy Warszawa ma szansę trwałego zdystansowania stolicy naszych południowych sąsiadów. Sami eksperci „The Economist” przyznają bowiem, że im większa metropolia, tym bliżej jej do osiągnięcia poziomu rozwoju, w którym możliwość zapewnienia mieszkańcom atrakcyjnych zarobków, a turystom – godnych obejrzenia atrakcji, przestanie iść w parze z efektywnym zarządzaniem transportem publicznym i kwestiami bezpieczeństwa, czy utrzymaniem czystości powietrza. Z tego powodu trudno w najbliższych latach oczekiwać zwycięstwa Londynu lub Nowego Jorku w rankingu, mimo że według przyjętych w badaniu kryteriów są to wciąż aglomeracje o bardzo wysokiej jakości życia.

Porównaniu były poddawane jedynie miasta, które na podstawie subiektywnych, choć oczywiście osadzonych w rzeczywistości, odczuć autorów materiału, mają moc przyciągania nowych mieszkańców, zabrakło więc Kabulu i Bagdadu. Aby uwidocznić czytelnikom zmiany w jakości życia na różnych kontynentach, umieszczono w nim ośrodki, które w ostatnich latach doznały poważnych zniszczeń i były areną zamieszek, np. zajmujący ostatnie miejsce w tabeli Damaszek czy Kijów. Przyglądając się rankingowi, łatwo można również zauważyć skutki politycznej destabilizacji Libii dla Trypolisu, zagrożenia działalnością terrorystów z grupy Boko Haram dla nigeryjskiego Lagos, a także zamieszek związanych ze śmiercią czarnoskórych obywateli dla metropolii USA. Ogółem, światowy wskaźnik jakości życia w największych miastach w latach 2010-2015 spadł o jeden punkt procentowy, a mający na niego wpływ wskaźnik stabilności – o 2,2 proc. Obecnie wynoszą one odpowiednio 75 i 72,3 proc.

Uczyć się od najlepszych

Spośród outsiderów zestawienia pewną tendencję zwyżkową zanotowały przede wszystkie afrykańskie metropolie – oprócz wspomnianego Harare również Abidżan i mimo wszystko Lagos. Pod znakiem zapytania stoi zaś kierunek rozwoju znacznie bliższych nam stolic – Aten i Moskwy. Już w tej chwili znajdują się one za Warszawą – zajmują odpowiednio 72 i 81 lokatę. Niemal dokładnie pośrotku dystansu między nimi sytuuje się inna ofiara zachodnich sankcji gospodarczych – Sankt Petersburg. W najbliższych latach na pewno interesujące będzie również śledzenie wahań pozycji Detroit. Symbolowi bankructw ery kryzysu gospodarczego dzięki podjętym krokom naprawczym w 2015 r. udało się zachować niezłe 57 miejsce, można więc spodziewać się dalszej progresji, o ile nie dojdzie do kolejnego giełdowego załamania.

Teoretycznie Global Liveability Ranking nie jest dla Polaków zbyt istotny, ponieważ z racji trwającego niżu demograficznego i braku sprawnej polityki imigracyjnej nie widać szans, aby trafiły do niego inne nasze miasta. Stolicy nie grozi też spektakularny spadek w notowaniach, ponieważ Rzeczpospolita nie wstrząsają wydarzenia na miarę Majdanu lub „arabskiej wiosny”. Jednak skoro zdaniem autorów metodologii względnie małym miastom jest łatwiej sprostać jej wymaganiom niż wielkim molochom, na pewno warto się przyjrzeć czynnikom, które zapewniły Melbourne pozycję lidera. Sami tubylcy twierdzą, że zadecydowała o tym tamtejsza wyborna kuchnia i kawa, bogate życie artystyczne, w tym muzyczne, oraz dostatek wolnej przestrzeni. Innymi słowy – całkowite przeciwieństwo np. siedmiogodzinnych korków będących codziennie udziałem mieszkańców Dakki w Bangladeszu.

Metropolie nie dla każdego

Co oczywiste, definicja dobrego miejsca do życia w dużej mierze pozostaje kwestią indywidualnych poglądów. Interesujących wniosków może dostarczyć np. przegląd tzw. błękitnych stref, czyli regionów świata szczycących się pokaźną populacją mieszkańców powyżej setnego roku życia. Należą do nich m.in. należący do środkowoamerykańskiej Kostaryki półwysep Nicoya, włoska wyspa Sardynia oraz ekwadorska „dolina długowieczności” Vilcabamba. Takie tereny o sprzyjającym klimacie i tradycjach zdrowej diety przynajmniej na pierwszy rzut oka wydają się bardziej stworzone do przeżycia emerytury niż zatłoczone aglomeracje – nawet biorąc pod uwagę, że nie każdy w późnym wieku jest w stanie się odważyć na zmianę środowiska kulturowego.

Nie da się też ukryć, że oazy egzystencji w zgodzie z prawami natury pozostają nimi, ponieważ są relatywnie mało znane, często również słabo dostępne komunikacyjnie. Analogicznie najlepsze miasta do życia według „The Economist” pewnie przestałyby nimi być, gdyby musiały łączyć więcej politycznych i gospodarczych funkcji, niż obecnie są w stanie udźwignąć. Jak widać, wybór między obecnością na pierwszych stronach gazet a dobrostanem mieszkańców nie ogranicza się do tekstu piosenki „Nie przenoście nam stolicy do Krakowa”…

Kordian Kuczma

Kordian Kuczma

doktor nauk politycznych PAN