W Polsce uprawiana jest propaganda klęski!

Z posłem Adamem Szejnfeldem rozmawia Roman Mańka

Niedawno Ruch Palikota zgłosił w sejmie projekt ustawy dotyczący finansowania partii politycznych na zasadzie odpisu 1 proc. od podatków. Dlaczego Platforma Obywatelska nie poparła tego pomysłu?

Nasze stanowisko do tej propozycji było ambiwalentne, dlatego Platforma Obywatelska wstrzymała się od głosu. Z jednej strony jesteśmy bowiem od momentu powstania PO przeciwnikami finansowania partii politycznych z budżetu państwa, ale z drugiej – zaproponowany przez Ruch Palikota mechanizm niewiele zmieniał w tej krytykowanej zasadzie. Odpis podatkowy stanowi bowiem również formę finansowania z budżetu państwa.

Ale ludzie mieliby wówczas większą kontrolę nad finansowaniem partii politycznych?

Warto podkreślić, że Platforma Obywatelska, pomimo dużego oporu klasy politycznej, wiele osiągnęła w zakresie ograniczenia zakresu finansowania partii politycznych. Subwencję państwową udało się nam zredukować aż o 50 proc. Pierwotnie wnosiliśmy o całkowitą, 100-proc. likwidację finansowania partii politycznych z budżetu, jednak żadna z formacji parlamentarnych nie chciała tej inicjatywy poprzeć. Wreszcie po długotrwałej presji i w kontekście kryzysu gospodarczego przeforsowaliśmy obniżenie dotacji o połowę. Idea Ruchu Palikota utrzymywała finansowanie partii politycznych w ramach środków budżetowych, tyle tylko, że przy zastosowaniu innej ścieżki, zaś mechanizm 1 proc., według teoretycznych szacunków, dawałby do dyspozycji ugrupowaniom jeszcze więcej pieniędzy niż otrzymywały do tej pory: to mogłoby być nawet ok. 0,5 mld zł rocznie. Taki zakres finansowania jest dla nas nie do przyjęcia. Z kolei sama kontrola obywateli nad finansowaniem partii politycznych według propozycji Ruchu Palikota mogłaby być złudna. Obecnie subwencje bezpośrednie są obwarowane ścisłymi rygorystycznymi przepisami. Wystarczy przywołać przykład koalicyjnego PSL, który z tytułu nieprawidłowości w rozliczeniach musi zapłacić do budżetu państwa aż 20 mln zł kary.

Nie umorzyliście im…

To zasada państwa prawnego. Nawet gdy się jest ugrupowaniem rządzącym i nie działa lege artis, czyli niezgodnie z zasadami, trzeba ponosić tego konsekwencje. A więc istnieje kontrola. Trzeba postępować według przepisów i ściśle ustalonych procedur.

Nic nie stoi na przeszkodzie, aby finansowanie na zasadzie 1 proc. było również obwarowane rygorystycznymi procedurami rozliczania otrzymywanych pieniędzy?

Rozwiązanie zaproponowane przez Ruch Palikota budzi wiele wątpliwości prawnych, w tym również tych natury konstytucyjnej. Po pierwsze, jego implementacja oznaczałaby zróżnicowanie obywateli. Jedni bowiem – ci, którzy odprowadzają podatek dochodowy, mogliby brać udział w finansowaniu partii politycznych, a inni nie, np. rolnicy. Po drugie, naruszone zostałyby gwarancje tajemnicy poglądów politycznych obywateli.

Ten ostatni argument wydaje się absurdalny, gdyż ankieterzy, podczas prowadzonych badań preferencji politycznych również pytają o sympatie polityczne?

Ale są to deklaracje anonimowe.

Ale jednak składane w obecności ankietera. Sytuacja jest dość podobna. W ramach finansowania partii politycznych na zasadzie 1 proc. obywatele deklarowaliby swoje sympatie w obecności urzędnika skarbowego, który byłby zobowiązany do zachowania ich w tajemnicy.

Nie tylko konkretny urzędnik miałby do tych danych dostęp. Cały system, w którym pracuje kilkadziesiąt tysięcy osób, zostałby wypełniony informacjami o preferencjach politycznych obywateli. I bez względu na stopień poufności łatwo można byłoby do nich dotrzeć. Jednak ja nie wartościuję, które zastrzeżenia są mniej czy bardziej zasadne, ale przedstawiam ich cały katalog. Jeżeli mamy do czynienia z rozwiązaniem, które idzie w dobrym kierunku, ale wywołuje tyle poważnych wątpliwości i to natury prawnej, konstytucyjnej, funkcjonalnej, finansowej itd., to nie można do tego bezrefleksyjnie podchodzić. To jest poważana, newralgiczna kwestia i trudno ją porównywać do zagadnienia odpisu od podatków na rzecz organizacji pożytku publicznego. Partie polityczne nie mogą się w żaden sposób równać ze stowarzyszeniami czy fundacjami obywatelskimi. W tym przypadku nie zachodzi prosta analogia.

Jakie jest prawdziwe stanowisko Platformy Obywatelskiej w zakresie finansowania partii politycznych?

Jesteśmy za całkowitym zniesieniem finansowania partii politycznych z budżetu państwa.

I będziecie nadal forsować tego typu rozwiązanie w sejmie?

Racjonalność działań wymaga podejmowania określonych inicjatyw wówczas, kiedy istnieją przynajmniej minimalne szanse na ich przeprowadzenie. To dotyczy zwłaszcza partii rządzących, gdyż jakikolwiek niezrealizowany postulat obniża ich autorytet i poczucie skuteczności w sprawowaniu władzy. Rzucanie grochem o ścianę nie jest ulubioną grą Platformy Obywatelskiej. Jednak jeżeli pojawią się pozytywne przesłanki, szansa na całkowite zlikwidowanie finansowania partii politycznych z budżetu, będziemy takie rozwiązanie konsekwentnie forsować. Jeśli jednak, tak jak do tej pory, wszystkie siły polityczne będą nadal mówiły fundamentalne „nie”, to nie zachowamy się populistycznie i nie zgłosimy projektu oderwanego od realiów politycznych, pozbawionego możliwości realizacji.

Minęło kilka miesięcy od zakończenia poprzedniej kadencji rządu Donalda Tuska. Jak ją Pan ocenia – negatywnie czy pozytywnie?

Oczywiście pozytywnie. Jechałem niedawno w towarzystwie kierowcy, który wrócił do Warszawy ze Szczecina. Ponieważ wiedział, że jestem posłem z Piły, zaczął ze mną rozmawiać o aktualnej sytuacji na drogach. Powiedział do mnie mniej więcej coś takiego: „Wie Pan, ja mam już prawie 60 lat i jeszcze nigdy w życiu nie widziałem, aby Polska się tak dynamicznie rozwijała. Nie jestem wyborcą ani zwolennikiem Platformy Obywatelskiej, lecz mówię jako zwykły zawodowy kierowca to, co widzę i co czuję. Trasa, którą jechałem jest jedną z najpiękniej zrobionych dróg w Polsce. Jestem pod wielkim wrażeniem zmian zachodzących w ostatnich latach w naszym kraju; nie chodzi mi jedynie o drogi, ale również o budowle, rozmaite obiekty itd”. Dlaczego przytaczam tę wypowiedź? To jest bowiem najlepsza odpowiedź na zadane przez Pana pytanie. Jeżeli politycy reprezentujący rząd chwalą się różnego rodzaju osiągnięciami, to można powiedzieć, że są stroną i oceniają określone dokonania subiektywnie. Politycy opozycyjni natomiast zawsze przedstawiają opinie przeciwne, negatywne. Jednak najważniejszy jest głos zwykłych ludzi, którzy bez emocji politycznych mogą dokonywać obiektywnych ocen. Nigdy wcześniej Polska tak szybko się nie rozwijała jak w ostatnich czterech latach i nigdy wcześniej nie osiągała tak dobrych rezultatów ekonomicznych, gospodarczych, społecznych oraz politycznych na arenie międzynarodowej. A więc zadane przez Pana pytanie dla mnie jest całkowicie retoryczne.

Nie do końca. Mamy przecież pękające autostrady, odcinki nieoddawane na czas?

Polska jest w ostatnich latach największym placem budowy w Europie. Gdy inwestycje sięgają niewyobrażalnej, gigantycznej kwoty setek miliardów złotych, to muszą się zdarzyć poślizgi, niedociągnięcia, błędy. Jednak to nie one dominują i nie one powinny świadczyć o postępie i rozwoju, ale bilans dokonań. W Polsce jednak rzeczywistość zawsze chcemy pokazać i ocenić wyłącznie poprzez nawet nieliczne, ale negatywne przypadki. Nigdy nie opiszemy jakiegoś stanu na podstawie pozytywnych przypadków. U nas zapomina się na przykład, że budujemy nie tylko drogi krajowe i autostrady – mamy ich już ponad 1600 km, a następne 1300 jest w budowie – ale również tysiące kilometrów dróg gminnych, powiatowych i wojewódzkich. Nie spotkałem się jeszcze z dyskusją, w ramach której ktoś, mówiąc o infrastrukturze drogowej, wspomniałby o budowie dróg gminnych czy powiatowych. A miliony Polqków jeździ wyłącznie tymi drogami.

Ale to samorządy budują, nie rząd.

Samorządowcy niewiele mogliby poradzić w zakresie budownictwa drogowego bez sprzyjającej polityki obecnego rządu i finansowaniu inwestycji z budżetu. Te ponad 6 tys. km dróg lokalnych powstało dzięki wsparciu rządu koalicji PO-PSL. Ostatnio zapytałem się burmistrza jednego z miast, dlaczego nie wybudował boiska w ramach programu Orlik. Odpowiedział, że nie otrzymał dofinansowania. Ten przykład pokazuje, że bez odpowiedniego wsparcia rządu, samorządy niewiele chcą lub mogą zrobić. W Polsce wiele gmin nie potrafi samodzielnie, w ramach własnego budżetu, wygospodarować 300 tys. zł środków finansowych na realizację takich inwestycji jak Orliki. Fakt ten nie oznacza, że są to już tak biedne samorządy, że nie mogłyby się podobnych inwestycji podjąć, ale one wolą poczekać rok czy dwa na wsparcie z zewnątrz, na pieniądze od rządu bądź z funduszy unijnych. W tym kontekście należy podkreślić, iż autostrady stanowią jedynie mały, ale owszem, strategicznie ważny fragment dynamicznie rozbudowywanego systemu infrastruktury w Polsce. W ramach tego systemu inwestycje lokalne i regionalne były realizowane także przy pomocy państwa. Właśnie jednym z najlepszych osiągnięć obecnego rządu jest umiejętność wciągania różnych podmiotów (w tym samorządów) we wspólnotę celu, w coś w rodzaju spółek wspólnego interesu.

Jednak wiele z oddawanych odcinków dróg ujawnia poważne dysfunkcje. W wielu miejscach mamy do czynienia z popękanymi warstwami asfaltowo-bitumicznymi.

W Polsce mamy do czynienia z ciągłym uprawianiem propagandy klęski. Wynika to z naszej mentalności, gdyż najchętniej zwracamy uwagę na czarne strony rzeczywistości. W naszym kraju obowiązującą narracją jest ta, w której dominuje przekonanie o niemocy i niechybnej konieczności poniesienia klęski.

Z drugiej strony Platformie Obywatelskiej zarzuca się używanie propagandy sukcesu.

Gdy na uprawianą przez wszystkich propagandę klęski odpowiada się racjonalnymi argumentami i pokazuje pozytywne przykłady, zaraz pojawia się zarzut o propagandzie sukcesu. Jak w takim razie można się zachować? Milczeć?! Przecież to jest kompletnie demagogiczna sytuacja. Propaganda klęski stała się w naszym kraju modna, bo odpowiada naszej naturze. Wszystko inne nie pasuje do polskiego szablonu, więc jest ośmieszane pogardliwym skojarzeniem z okresu PRL. Najlepszym przykładem są wyniki naszej gospodarki z czasów kryzysu. Tak zwana „zielona wyspa” była wtedy faktem i absolutnym hitem w Europie. Nadal jest pokazywana jako wzór dla innych państw, ale w Polsce została ośmieszona, wyszydzona, wyklęta.

Ekonomista prof. Krzysztof Rybiński otwarcie kwestionuje paradygmat „zielonej wyspy”.

Nie wiem, czy to bardziej ekonomista, czy polityk… Najlepiej do wyobraźni przemawiają liczby przedstawiane przez niezależne instytucje polskie oraz zagraniczne. Statystyki są nieubłagane i nie można z nimi dyskutować. Gdy niemalże wszystkie kraje Unii Europejskiej przeżywały recesję, my mieliśmy wzrost gospodarczy. Łącznie skumulowany wzrost PKB za ostatnie cztery lata wyniósł w Polsce 15 proc., a w tym czasie w Europie kształtował się na poziomie około 0 proc. Polska była „zieloną wyspą”, jednak kiedy niedawno zrobiono na ten temat badania socjologiczne, ponad 70 proc. respondentów uznało, że jest to kłamstwo. Polacy uważają, że nie było żadnej „zielonej wyspy”, mimo że w niemal wszystkich krajach europejskich wystąpił ujemny bilans PKB, zaś jedynie Polska mogła wylegitymować się dodatnim wzrostem gospodarczym. I to nie były śladowe wartości po przecinku, na poziomie 0,1 lub 0,2 proc, w granicach jakiegoś błędu statystycznego. Tak więc negatywne opinie, stanowiska krytyczne, zawsze w Polsce będą przyjmowane z większą łatwością niż przekaz pozytywny. Tacy jesteśmy. Nie liczą się fakty, ale odczucia. U nas cały czas obowiązuje narracja klęski. Zaś jeśli ktoś się z tego paradygmatu próbuje wyłamać, to jest uważany albo za człowieka uprawiającego propagandę sukcesu albo człowieka sprzyjającego aktualnej władzy. Mówię aktualnej, bowiem ta postawa negacji nie jest polityczna, nie jest partyjna, ona jest naszą immanentną cechą ujawniającą się w każdej sytuacji. Propaganda klęski zawsze jest u nas w modzie. Nawet w prywatnej sferze życia, kiedy Polacy usiądą w domu, przy stole, to tylko narzekają. My jesteśmy tak zakodowani, posiadamy taki genotyp. Proszę zwrócić uwagę, o czym rozmawiają Polacy na urlopie. Nie o tym, że jest pięknie i słonecznie, ale, że pokój w hotelu był brudny, a zupa na obiad zimna. Polski genotyp narzuca ocenę, że wszystko jest do kitu. Najchętniej sięgamy po złe przykłady: nikt nie powie, że w Polsce oddano do użytku ponad 6 tys. pięknych, dobrych dróg gminnych i powiatowych, dzięki czemu utworzono kilkaset tysięcy nowych miejsc pracy, ale każdy odnotuje, że powstało 50 spękań na autostradzie, których usunięcie będzie kosztowało pewnie nawet nie promil całej wartości podejmowanych inwestycji. Proszę zwrócić uwagę, że ostatnio znów mówi się o drugiej polskiej „zielonej wyspie”. Na przykład, według najnowszych prognoz Komisji Europejskiej, wzrost gospodarczy w Polsce osiągnie w tym roku 2,7 proc. w skali rok do roku i będzie najszybszy w całej Unii Europejskiej, w której wzrost ma się zatrzymać – wyniesie 0,0 proc. Już mogę się z panem założyć, że ocenione to zostanie, jako kłamstwo i propaganda sukcesu. I nieważne, że nie są to oceny polskiego rządu, a Komisji Europejskiej.

W takim razie spróbujmy wyłamać się z paradygmatu propagandy klęski. Tak się składa, że często jeżdżę pociągami. Na polskiej kolei widać wiele pozytywnych zmian: budowane są nowe dworce, pociągi się mniej spóźniają, kolejki do kas są jakby trochę mniejsze. Oczywiście polska kolej pozostawia jeszcze wiele do życzenia, ale nowy minister transportu Sławomir Nowak jest mniej krytykowany niż Cezary Grabarczyk.

To prawda. I ten pozytywny proces będzie dalej postępował. Do tej pory wybudowaliśmy lub zmodernizowaliśmy ok. 2 tys. km linii kolejowych a w budowie i modernizacji jest kolejne 2,1 tys. km. Jednak nie jestem przekonany, że nagła zmiana człowieka na ministerialnym stanowisku od razu wywołuje pozytywne rezultaty. Minister Grabarczyk przygotowywał pewne rozwiązania dzięki czemu minister Nowak może je wdrażać z większym tempem i natężeniem decyzyjnym. Po prostu jedne osoby darzymy większą sympatią, a inne mniejszą, a to przekłada się również niekiedy na oceny merytoryczne. Generalnie zgadzam się, że na polskiej kolei dzieje się coraz lepiej. Podobnie w wielu innych dziedzinach można pokazać plusy, wzrost i rozwój. Jednak porównania Polski do krajów wysoko rozwiniętych muszą być obarczone zastrzeżeniem, że one budowały swój dobrobyt, wysoki poziom zarobków oraz dużą siłę nabywczą pieniądza przez ostatnie sto lat, zaś my dochodzimy do tego przez ostatnie dwie dekady. Przed nami więc jeszcze wiele do zrobienia i to niemalże w każdej dziedzinie.

A nie sądzi Pan, że w Polsce jest zbyt wielkie rozwarstwienie społeczne? Istnieje dużo biedy, ubóstwa, poziom zasiłków socjalnych jest bardzo niski?

Cechą charakterystyczną krajów modernizujących się, przechodzących od gospodarki sterowanej centralnie do wolnorynkowej jest znaczny poziom rozwarstwienia społecznego; jednak w miarę postępującego rozwoju następuje spłaszczanie tego zjawiska.

W Polsce rozwarstwienie społeczne się spłaszcza?

Oczywiście, że tak i to bardzo. Dla mnie najważniejsza jest jednak wielkość klasy średniej. Jej powiększanie się jest dowodem rozwoju społeczno-gospodarczego. Nie skrajności bowiem – bieda i bogactwo – decydują o rozwoju, ale warstwa ludzi samodzielnych finansowo i decyzyjnie. To jest klasa średnia.

Jednak badania Unii Europejskiej pokazują, że struktura rozwarstwienia społecznego w Polsce jest jedną z najgłębszych w Europie; nawet wyprzedziliśmy pod tym względem Rumunię.

No cóż, mówiliśmy już wcześniej o mechanizmie budowania negatywnych ocen. Nie znam tych badań, ale wiem, że często tak dobiera się określone przykłady, badania albo tak interpretuje dane, by potwierdzić z góry postawioną tezę. Ten mechanizm wpisuje się w nurt propagandy klęski, uprawianej w Polsce przez prawie wszystkich. Na przykład przeprowadzane w Polsce badania na temat spożycia alkoholu dowodzą, że jesteśmy alkoholikami, kompletnymi pijakami, tymczasem analizy sporządzane w Unii pokazują, że jesteśmy w tej dziedzinie na szarym końcu, na 19. miejscu w Europie. Wszystkie kraje wysoko rozwinięte: Francja czy Niemcy są przed nami w tych statystykach. U nas twierdzi się jednak inaczej i bez problemu stosowne instytucje podeprą się własnymi danymi, udowadniającymi ich stanowisko. Wiele zależy więc od tego, kto stoi za badaniami i jaką stosuje metodologię.

Dla mnie rozwarstwienie społeczne w Polsce jest zjawiskiem dość ambiwalentnym: z jednej strony mówi się o wielkiej biedzie, zaś z drugiej – wszędzie, gdzie się nie pojedzie, widać rosnące jak grzyby po deszczu, wille. Mieszkałem kilka lat w Niemczech i nie widziałem tam tylu ekskluzywnych domów co w naszym kraju…

Mogę Panu podać ciekawy przykład. Miejscowość Złotów w północnej Wielkopolsce. Wiele lat temu spotkałem się z informacjami na temat poziomu życia w tym mieście, mówiącymi, że tam jest bardzo drogo. Za metr kwadratowy nieruchomości trzeba było zapłacić więcej niż w wielu innych miejscowościach Wielkopolski, pomijając oczywiście Poznań. Podobnie ceny czynszu, wynajmu mieszkań, lokali użytkowych, cen różnego rodzaju usług czy towarów były jednymi z najwyższych. Te dane wprowadziły mnie w zdumienie dlatego, że wiedziałem, iż to miasto i powiat wykazywało jeden z najwyższych poziomów bezrobocia w regionie. Zastanawiałem się, jak może być tak drogo w miejscu, gdzie z uwagi na dużą liczbę osób pozostających bez pracy, powinien istnieć niewielki popyt, a w ślad za tym i niskie ceny? Odpowiedź była zaskakująco prosta: w tym mieście, podobnie jak w wielu innych miejscach w Polsce, dane na temat bezrobocia były nieadekwatne do rzeczywistości. Duża bowiem część osób formalnie bezrobotnych pracowała w Niemczech, zaś zarobione tam pieniądze inwestowała w Polsce, w swoim mieście. Ten transfer powodował, że ceny szły w górę. Jeśli prowadzone badania nie biorą tego rodzaju specyfik pod uwagę, a nie biorą, to później mamy do czynienia z fałszywymi wnioskami i nieprawidłową diagnozą sytuacji.

Prawie każdy posiada dzisiaj dom, samochód, a jednak Polacy nadal narzekają deklarując niski stopień satysfakcji z życia?

Niemal w każdym gospodarstwie domowym, statystycznie rzecz ujmując, znajduje się jeden samochód. Dzisiaj mieszkanie, samochód, telewizor, urlop w kraju, a nawet za granicą, to już nie są nieosiągalne dobra dla przeciętnego Polaka. Klasa średnia, której jeszcze kilka lat temu w Polsce nie było, dzisiaj jest trzonem rozwiniętego społeczeństwa i ciągle rośnie, co oznacza, że uszczupla się rozpiętość skrajności, czyli z jednej strony ubóstwa, a z drugiej – ultra-bogactwa. I to jest bardzo pozytywny symptom.

A może rzeczywiście jest źle i istnieją obiektywne powody do niezadowolenia z poziomu życia?

Nie zgadzam się z tego typu diagnozą, aczkolwiek nie oznacza to, że powinniśmy się ze wszystkiego cieszyć. Rozwój gospodarczy trzeba prowadzić w takim kierunku, aby zwiększać obszary dobrobytu i minimalizować obszary biedy.

Lepsza jest strategia rozwoju równomiernego czy polaryzacyjno-dyfuzyjnego? Platformie Obywatelskiej zarzuca się, że forsuje dynamiczny rozwój metropolii kosztem prowincji, czyli bieguny wzrostu, tzw. „lokomotywy” pędzą szybko do przodu, zaś cała reszta, a więc pozostała część tego społecznego pociągu, zostaje w tyle.

Z praktycznego punktu widzenia ten spór ideowy czy ekonomiczno-ideowy nie został rozstrzygnięty. Koncepcja metropolitarna nie została wprowadzona w życie, aczkolwiek nie do końca ją zarzucono.

A Pan, jako czołowy ekspert ekonomiczny PO, do której strategii się przychyla?

Jestem absolutnie przekonany, że tylko ośrodki metropolitalne mogą pociągnąć rozwój gospodarczy do przodu. Uciekając się do metafory: perła urośnie jedynie wokół ziarna, które później staje się jej jądrem. Coś musi być wywoływaczem rozwoju gospodarczego. Idea rozwoju równomiernego, rozproszonego, zatomizowanego posiada bardziej charakter polityczny niż ekonomiczny. W Polsce stworzyliśmy na przykład system kilkunastu specjalnych stref ekonomicznych. Ich celem jest wspieranie rozwoju gospodarczego i tworzenie nowych miejsc pracy, głównie w miejscach, w których jest to pożądane ze względu na niski poziom dobrobytu czy wysoki pułap bezrobocia. Podobny charakter mają i inne programy rządowe, na przykład wspierające inwestycje szczególne ważne dla gospodarki. Żeby pozyskiwać inwestorów, określono na tych terenach, na przykład na ścianie wschodniej, większe przywileje dla przedsiębiorców niż w pozostałych częściach kraju. Niestety niewiele to daje. Po prostu jeżeli ktoś chce stworzyć fabrykę samochodów czy części samochodowych, to woli Gliwice od Suwałk. I żadne kwestie związane ze zwiększeniem dostępności czy preferencje finansowe nie są w stanie zmienić tego nastawienia. Chcę przez ten przykład wskazać, iż mamy ograniczony wpływ na zachowania inwestorów. Kierują się oni w swoich decyzjach bardzo szerokim katalogiem konkretnych kryteriów. Jestem więc zwolennikiem koncepcji metropolitalnej. Stworzenie określonych ognisk rozwoju poprzez metropolie później w sposób naturalny daje wartość dodaną i przesuwa rozwój na dalsze obszary. One promieniują, dając pracę i dobrobyt coraz szerszym kręgom gmin i społeczności. Nie wyważamy w tym zakresie otwartych drzwi, gdyż regułę tę potwierdzają doświadczenia wielu krajów z całego świata. Myślę, że to jest słuszny kierunek.

Rząd Platformy Obywatelskiej spotkał się z totalną krytyką ze strony partii opozycyjnych i związku zawodowego „Solidarność” za wydłużenie wielu emerytalnego do 67 lat. Z kolei wielu ekspertów ekonomicznych uważa, że ta reforma jest za mało ofensywna i implementowana w zbyt wolnym tempie. Kto ma rację?

Wprowadzamy niezwykle trudne zmiany w systemie emerytalnym pod groźbą poważnej utraty popularności społecznej, a nawet przegrania kolejnych wyborów. Jednak w tym przypadku mamy do czynienia z fundamentalnymi wyzwaniami dla przyszłości państwa. Osobiście również uważam, że tej reformie można by nadać bardziej zdecydowany przebieg. Biorąc pod uwagę przesłanki ekonomiczne oraz genezę problemu i zagrożenia demograficzne, powiedziałbym, że zmiany emerytalne powinny zostać wprowadzone szybciej i o wiele bardziej radykalnie. Ale jestem politykiem i wiem, że polityka to jest umiejętność przeprowadzenia zmian, które są możliwe. Ktoś, kto podejmuje się przedsięwzięć nierealnych albo nie jest politykiem, albo po prostu jest wariatem. Zaś nie ma niczego gorszego niż wariaci w polityce. Proszę zwrócić uwagę, że mimo to, iż chcemy wprowadzać zmiany emerytalne stopniowo, w ewolucji prawie 30-letniej, dając dodatkowo rozmaite rozwiązania pośrednie, takie jak na przykład emerytury częściowe, składki opłacane za kobiety przebywające na urlopach macierzyńskich czy wychowawczych, pewne przywileje dla rolników, budowana jest ogromna sfera społecznego oporu przed tym rozwiązaniem. Łatwo więc można sobie wyobrazić, co by się działo gdybyśmy powiedzieli, że od jutra wszyscy mają pracować dłużej. Ta reforma może zaważyć na przyszłych losach Platformy Obywatelskiej, jednak uważamy, że odpowiedzialność za państwo i za los przyszłych pokoleń nakazuje nam jej zrealizowanie. Fakt ten stanowi najlepsze zaprzeczenie kalumnii przez lata rzucanych pod adresem PO, jakoby nasza partia zabiegała jedynie o słupki poparcia sondażowego, a nie realizowała potrzebnych i koniecznych dla Polski reform.