Zeznania wydobyte zza grobu

Tomasz Sakiewicz nie był jedynym człowiekiem, któremu Andrzej Lepper chciał wyjawić kulisy przecieku dokonanego podczas afery gruntowej. Z informacji, do których dotarła „Gazeta Finansowa”, wynika niezbicie, że na około rok przed swoją śmiercią lider „Samoobrony” kontaktował się również nieoficjalnie z prokuratorami.

Roman Mańka – Andrzej Lepper nosił się z zamiarem zeznania przed prokuraturą, że przecieku o akcji funkcjonariuszy CBA, podczas tzw. afery gruntowej, miał rzekomo dokonać były minister spraw wewnętrznych i administracji, Janusz Kaczmarek. Nieoficjalnie Lepper kontaktował się w tej sprawie z prokuratorami. Wydarzenia posunęły się tak daleko, że jeden z prokuratorów przygotował analizę procesową. O chęci współpracy Leppera z prokuraturą wiedziało kilka osób, w tym m.in. były minister sprawiedliwości, Zbigniew Ziobro. Wszyscy, nie wiedzieć czemu, nabrali wody w usta. „Gazeta Finansowa” dotarła do człowieka, który dokładnie zna kulisy rozmów prowadzonych z Lepperem na temat jego ewentualnych zeznań. Ze względu na wyraźne życzenie naszego informatora jego nazwisko musi na razie pozostać w tajemnicy. Pozyskane informacje są jednak w stu procentach pewne i wiarygodne.

Poufne rozmowy
Na początku sierpnia 2011 r. polską opinię publiczną zelektryzowała informacja o tajemniczej śmierci byłego wicepremiera, Andrzeja Leppera. Lidera „Samoobrony” znaleziono powieszonego w biurze jego partii, przy Al. Jerozolimskich. Krótko potem do prokuratury trafiły tzw. taśmy Sakiewicza. Miały one w jakimś stopniu pozwolić na rozważanie innego scenariusza niż samobójstwo.

Według wersji redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”, Lepper spotkał się z nim jesienią 2010 r. W umówieniu rozmowy pośredniczył wspólny znajomy Leppera i Sakiewicza. Podczas krótkiego spotkania Lepper powiedział Sakiewiczowi, jakoby źródłem przecieku o akcji CBA, podczas afery gruntowej, miał być były minister spraw wewnętrznych i administracji Janusz Kaczmarek. Później w „Gazecie Polskiej” i na stronach niezależnej.pl pojawiły się stenogramy, w których redakcja ze względu na tzw. ostrożność procesową wykropkowała nazwisko Kaczmarka jako „K”.
Sakiewicz nagrał całość rozmowy z Lepperem, a po śmierci lidera „Samoobrony” przekazał taśmy do prokuratury. Relacjonując przebieg spotkania, mówił, że Lepper był zdenerwowany i bał się o swoje życie. Zabiegał o kontakt z Jarosławem Kaczyńskim.

Jednak prawda na temat poczynań Leppera jest o wiele bardziej intrygująca. Okazuje się bowiem, że Sakiewicz nie był jedynym człowiekiem, któremu przywódca „Samoobrony” powierzył swoją tajemnicę. O wiele więcej dowiedzieli się prokuratorzy i rzekomo były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Informacje, które chciał przekazać Lepper, pozwoliłyby na wznowienie śledztwa w sprawie przecieku i rzuciły nowe światło na temat afery gruntowej oraz wydarzeń politycznych, które w jej następstwie miały miejsce w 2007 r.

– Lepper do nas dotarł. Do nas i do Ziobry. Prowadziliśmy z nim nieoficjalne rozmowy. Chciał potwierdzić wersję CBA i zeznać przed prokuraturą jakoby przecieku dokonał Kaczmarek. Powiedział, że ma na to dowód – mówi nasz informator, który jest w tej sprawie osobą w stu procentach pewną i wiarygodną. Ustalenia te potwierdza również były funkcjonariusz służb specjalnych. Na pytanie o kontakty Leppera z prokuratorami odpowiada: „Dla mnie nie jest to nowa informacja”.

Ostatnia deska ratunku
Dlaczego Lepper chciał wyjawić przed prokuraturą źródło przecieku, dzięki któremu być może uniknął aresztowania? Odpowiedź na to pytanie znajduje się w aktach Sądu Okręgowego w Piotrkowie Trybunalskim, który prowadzi postępowanie w zupełnie innej sprawie. Lepper nie doznał cudownego olśnienia, nie zamienił się w jednej chwili w skruszonego świadka, który chciałby bezinteresownie wyjawić organom ścigania całą prawdę. Wręcz przeciwnie: prowadził z prokuratorami grę, działał interesownie, miał osobisty interes, aby pogrążyć Kaczmarka. Jego zachowanie wynikało z prostej kalkulacji.

Motywy postępowania Leppera zdradza nasz informator. 11 lutego 2010 r. Sąd Okręgowy w Piotrkowie Trybunalskim, który był w tym przypadku sądem pierwszej instancji, skazał Leppera na 2 lata i 3 miesiące pozbawienia wolności, w sprawie tzw. seksafery, za żądanie i przyjmowanie korzyści o charakterze seksualnym od Anety Krawczyk oraz próbę doprowadzenia do obcowania płciowego z Agnieszką Kowal. Wyrok był nieprawomocny, ale w takich sytuacjach liczenie na pozytywne rozstrzygnięcie w ramach apelacji, jest dla podsądnych małym pocieszeniem. Ostatecznie Sąd Apelacyjny w Łodzi uchylił później wyrok pierwszej instancji i skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia. Jednak stało się to dopiero w marcu 2011 r. Wcześniej Lepper nie mógł wiedzieć, jakie rozstrzygnięcie zapadnie podczas przewodu apelacyjnego. Tonący brzytwy się chwyta. Lepper był pod wielką presją psychologiczną. Widmo więziennej celi stanęło mu przed oczami. Tajemnicą poliszynela jest, że przestępcy skazani za czyny seksualne cieszą się szczególnym „uznaniem” więziennej fali i tzw. klawiszy. W slangu więziennym proceder ten określa się mianem „odwróconych pieszczot”.

Jedynym ratunkiem dla Leppera mogło być nadzwyczajne złagodzenie kary w procesie o seksaferę. Żeby jednak sąd mógł zastosować dyspozycję art. 60 §4 Kodeksu karnego, stwarzającą taką możliwość, Lepper musiałby ujawnić ważne dla organów ścigania informacje i pójść z prokuraturą na współpracę. Tymczasem w tali kart Leppera znajdował się tylko jeden as atutowy: przeciek i wyjawienie roli, jaką poszczególne osoby odegrały w ramach jego dokonywania. Odkrycie kulisów przecieku było w przeświadczeniu Leppera kołem ratunkowym i jedynym sposobem na uniknięcie więziennej celi.

Błędna ocena sytuacji prawnej
Lepper bał się o swoją przyszłość. Groziła mu kara bezwzględnego pozbawienia wolności. Tak zwane „zawiasy” nie wchodziły w grę. Właśnie w takich okolicznościach trafił do wtajemniczonych prokuratorów. Sprawa była na tyle zaawansowana, że jeden z prokuratorów sporządził nieoficjalnie analizę procesową, pod kontem możliwości skorzystania z nadzwyczajnego złagodzenia kary w sprawie o seksaferę, w zamian za ujawnienie ważnych informacji na temat przecieku w aferze gruntowej. Rzecz w tym, że nie była ona dla Leppera korzystna. Lepper nie mógł skorzystać z nadzwyczajnego złagodzenia kary w sprawie o seksaferę, w zamian za współpracę z prokuraturą w innym postępowaniu, gdyż czynności procesowe zaszły już za daleko.

Artykuł 60 §4 Kodeksu karnego stanowi: „Na wniosek prokuratora sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet warunkowo zawiesić jej wykonanie w stosunku do sprawcy przestępstwa, który, niezależnie od wyjaśnień złożonych w swojej sprawie, ujawnił przed organem ścigania i przedstawił istotne okoliczności, nieznane dotychczas temu organowi, przestępstwa zagrożonego karą powyżej 5 lat pozbawienia wolności”. Oskarżony może więc skorzystać z nadzwyczajnego złagodzenia kary w prowadzonym przeciwko niemu postępowaniu, nawet wówczas jeżeli wyjawione przez niego okoliczności dotyczą zupełnie innej sprawy, objętej zagrożeniem karnym powyżej 5 lat. Lepper mógłby w zamian za „wysypanie” Kaczmarka, jako rzekomego źródła przecieku w aferze gruntowej, dostać „zawiasy” w sprawie o żądania i przyjmowanie korzyści seksualnych. Był jednak jeden istotny szkopuł. Inicjatywa współpracy z organami ścigania musiałaby nastąpić na etapie postępowania przygotowawczego, a co najwyżej zanim akt oskarżenia opuścił mury prokuratury i trafił do gmachu sądu. Było już za późno. Sprawa o seksaferę została rozpoznana w pierwszej instancji przez Sąd Okręgowy w Piotrkowie Trybunalskim i stała się przedmiotem apelacji.

Lepper nie znał szczegółowo wykładni prawnej. Wiedział, że dzwony biją, ale nie wiedział, w którym kościele. Był gotów brnąć. Prokuratorzy, do których się zwrócił, mogli z nim podjąć fałszywą grę. Wówczas prawdopodobnie zeznałby, że przecieku dokonał rzekomo Janusz Kaczmarek. Dlaczego tak się nie stało?

– Nie chcieliśmy Leppera nabijać w butelkę i łudzić go, że w zamian za ujawnienie źródła przecieku, do którego doszło w aferze gruntowej, uniknie surowej kary w sprawie o przyjmowanie korzyści seksualnych. Taka sytuacja była procesowo niemożliwa. Było już zdecydowanie za późno na zastosowanie takiego wariantu – mówi nasz informator. W końcu prokuratorzy poinformowali Leppera, że jego kalkulacja prawna jest nieprawidłowa. Po kilku miesiącach Sąd Apelacyjny w Łodzi cofnął postępowanie w sprawie o seksaferę ponownie do pierwszej instancji i problem na jakiś czas odsunął się w czasie. Ostatecznie śmierć Leppera spowodowała, że proces należało umorzyć.

Milczenie jest złotem…
W sprawie pojawia się kilka nurtujących pytań. Jaką rolę w całej sytuacji odegrał Zbigniew Ziobro? Dlaczego o zamiarach Leppera nie poinformował opinii publicznej? Dlaczego Lepper zwrócił się również do niego? Nasz informator, choć zbliżony do najwyższych struktur prokuratury generalnej, nie jest zaliczany do ludzi Ziobro. Te wątpliwości można rozwiać w kontekście interesu ewentualnie wznowionego śledztwa w sprawie przecieku oraz, co w przypadku polityków trzeba zawsze brać pod uwagę, interesu politycznego. Dopóki Lepper nie zamieniłby swojej wiedzy w spisane czarno na białym zeznania, temat nie istniał. Ujawnienie go opinii publicznej mogło w sensie procesowym zaszkodzić sprawie. W drugiej połowie 2010 r. nie było żadnej poważnej batalii politycznej. Wybory samorządowe mają dla centralnych polityków z reguły znaczenie marginalne. Zdetonowanie tej sprawy w ferworze kampanii municypalnej, nie przyniosłoby oczekiwanego politycznego efektu. Nie wykluczone też, że twórcy IV Rzeczpospolitej chcieli poczekać z ujawnieniem treści rozmów z Lepperem do czasu wyborów parlamentarnych. Jednak po śmierci Leppera problem stał się nieaktualny. Nie było już kluczowego świadka. A być może po prostu, gdy Lepper dowiedział się o braku możliwości skorzystania z nadzwyczajnego złagodzenia kary, wycofał się ze swoich twierdzeń. Ale Ziobro milczał nawet wówczas, gdy o przebiegu rozmowy z Lepperem i fakcie ujawnienia przez niego Kaczmarka, jako rzekomego źródła przecieku, poinformował redaktor naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz. Dlaczego? Jaką rolę w całej sprawie pełnił Sakiewicz? Dlaczego Lepper zwrócił się właśnie do niego? Wedle jakiej logiki dziennikarz, znany z pogoni za sensacją, przez prawie rok nie ujawniał nagranej z Lepperem rozmowy? Milczał jak kamień. W tym przypadku odpowiedź jest prosta. Lepper poszedł do Sakiewicza na zasadzie czystej kalkulacji, wykorzystując okoliczność przekazania dziennikarzowi posiadanej wiedzy, jako swego rodzaju działania osłonowego. Wybór na Sakiewicza padł nieprzypadkowo. Lepper znał konotacje polskiego rynku medialnego. Wiedział, kto z kim z trzyma. „Gazeta Polska” jest zbliżona do PiS i wyjaśnienie kulisów przecieku w aferze gruntowej ma dla jej środowiska znaczenie kluczowe. Jedynie Sakiewiczowi na wieść o zamiarach wskazania przez Leppera źródła przecieku, mogły zapalić się reflektory w oczach. Dziennikarze innych mediów uznaliby tę informację za mało wiarygodną, albo w skrajnie przeciwnym wypadku, od razu ujawnili opinii publicznej. Tylko Sakiewicz mógł podjąć grę na warunkach Leppera. To zresztą zrobił, bo przetrzymywał nagranie przez prawie rok. Gdyby położył je na stole od razu, prokuratura prawdopodobnie musiałaby wznowić śledztwo w sprawie przecieku i być może zdążyłaby przesłuchać Leppera, zanim zabrał on swoją tajemnicę do grobu. Ale motywy postępowania Sakiewicza da się wytłumaczyć jeszcze w inny sposób. I to być może jest wariant najbardziej prawdopodobny. Możliwe, że Sakiewicz czekał ze zdetonowaniem sprawy do kulminacyjnego momentu kampanii parlamentarnej w 2011 r. Potencjalne ujawnienie informacji, że Lepper wskazał na Kaczmarka jako rzekome źródło przecieku, osłabiało narrację Platformy Obywatelskiej, a uwiarygodniało wersję PiS. To by tłumaczyło, dlaczego Sakiewicz trzymał nagranie w tajemnicy tak długo. Czasami milczenie jest złotem. Nie mógł przewidzieć tak dramatycznego rozwoju wydarzeń. Śmierć Leppera przyspieszyła bieg faktów. Nie wykluczone jest również, że Lepper chciał w jakiś sposób wspomóc PiS. Gdy okazało się, że nie może skorzystać z nadzwyczajnego złagodzenia kary, jedną z nielicznych szans jakie mu pozostały, była gra na zmianę układu rządowego i liczenie na przychylność pozaprocesową przyszłej władzy.

Tajemnicze dokumenty
Za kulisami głównej przestrzeni życia publicznego toczyła się wielka gra. Prokuratorzy, nieoficjalnie negocjujący z oskarżonym, były minister sprawiedliwości w dwuznacznej roli: posiadający wiedzę, ale milczący jak zaklęty – to wszystko tworzy nieprzejrzysty obraz działania instytucji państwa. Nasz informator dość ambiwalentnie ocenia wartość hipotetycznych zeznań Leppera: „Na pewno fakty, które przekazał Sakiewiczowi, nie byłyby wystarczające do uznania Kaczmarka za źródło przecieku. Samo wskazanie w zeznaniach jakoby Kaczmarek dokonał przecieku, to za mało do postawienia zarzutów”. Sęk jednak w tym, że Lepper w nieoficjalnych rozmowach z prokuratorami powoływał się na rzekomy dowód potwierdzający jego wersję. Jakie są losy tego dowodu po śmierci Leppera? Tego nikt nie wie. Wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Lepper został znaleziony martwy w prawie rok po nieformalnym zadeklarowaniu warunkowej gotowości do współpracy z prokuraturą. Dwa miesiące przed jego śmiercią, w jednym z warszawskich szpitali, zmarł na zawał serca adwokat Ryszard K. To właśnie u niego Lepper miał deponować ważne dokumenty, mające rzekomo pogrążyć wiele wpływowych osób w państwie. Taką tezę stawia były dziennikarz śledczy Wojciech Sumliński w dwumiesięczniku „Focus Śledczy”.

Na razie nie ma przekonujących przesłanek, pozwalających na upatrywanie w śmierci Leppera czegoś więcej niż samobójstwo. Najbardziej prawdopodobna jest wersja prokuratury o samobójstwie. Wersja najbardziej prawdopodobna nie musi być jednak wersją jedyną. W kontekście afery gruntowej, a przede wszystkim zamiaru ujawnienia przez Leppera prokuratorom rzekomego źródła przecieku, należy rozważać również alternatywne scenariusze. W Polsce, w prowadzonych postępowaniach karnych sekwencje samobójstw zdarzają się tak często, że czasami wykraczają poza logikę działań samobójczych. W takich sytuacjach Ian Fleming, twórca literackiej postaci Jamesa Bonda i agent brytyjskiego wywiadu, mawiał: „Jeżeli coś zdarzy się raz, to może być przypadek; jeżeli dwa razy, zbieg okoliczności; ale jeżeli zdarzy się trzeci raz, to już jest celowe działanie”.

 

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Finansowej”, publicystą miesięcznika ekonomicznego „Home&Market” i komentatorem politycznym magazynu „Gentleman”. W plebiscycie Stowarzyszenia Eksporterów Polskich został uznany publicystą ekonomicznym roku 2011.

 

Dziennikarskie Archiwum X to Wydział Śledczo-Analityczny Gazety Finansowej zajmujący się analizą starych, nierozwikłanych i zaniechanych przez organy ścigania spraw oraz afer, a także podejmowaniem tematów nowych, bieżących, aktualnych.