Zmiana globalnego kursu – za sterem świata nie stoi już Krzysztof Kolumb

Przez ponad pięćset lat kierunek globalnych stosunków politycznych i gospodarczych wyznaczał tzw. szlak Kolumba. Potęga Stanów Zjednoczonych i Europy posiada głęboką genezę w odkryciu genueńskiego żeglarza, pływającego pod banderą hiszpańskiej korony. Rok 1492 można uznać za narodziny nowej ery światowego porządku. Właśnie wtedy wytyczono nowy kurs, który przez następne stulecia dyktował globalne warunki gry. Jednak ten czas powoli dobiega końca.

 

Skoro wiekopomna podróż Krzysztofa Kolumba była początkiem dominacji świata euroatlantyckiego, to w takim razie które z wydarzeń można uznać za znamiona jego zmierzchu. W gruncie rzeczy na początku XXI w., a jednocześnie na początku nowego tysiąclecia, miały miejsce dwa takie momenty: pierwszy, to terrorystyczny atak na World Trade Center, zaś drugi, to globalny kryzys ekonomiczny z 2008 r. Obydwa można traktować, jako swoiste signum temporis. W pierwszym przypadku doszło do ujawnienia podziałów w do tej pory spójnym obozie państw zachodnich. Interwencja w Afganistanie oraz wojna w Iraku nie spotkały się z entuzjazmem państw Europy Zachodniej, tradycyjnych sojuszników Stanów Zjednoczonych. W drugim natomiast ujawniły się słabości kapitalistycznej gospodarki, które w krótkiej perspektywie można interpretować jako konsekwencję życia na kredyt, wirtualizacji pieniądza, czyli oderwania go od obiektywnej bazy, a w dłuższej, w pewnym sensie historiozoficznej, perspektywie – jako następstwo pomyłki Kolumba. Świat, którego dominujące centrum zawieszono na osi euroatlantyckiej, nigdy nie był zgodny z naturalnym trendem geopolitycznym, ignorował obiektywne uwarunkowania. Ale paradoksalnie również i upadek muru berlińskiego można traktować jako swego rodzaju znak czasu, tyle tylko, że przypisując temu wydarzeniu inne znaczenie niż to, które utrwaliło się w nauce oraz publicystyce. Otwarte pozostaje pytanie, czy było to faktycznie rozszerzenie horyzontu zachodniego, euroatlantyckiego świata, czy też jego zamknięcie, zmiana kursu geopolitycznego procesu.

Pomyłka Kolumba

Historycy, przy okazji wykładów na temat odkrycia Ameryki, zwracają uwagę, że Krzysztof Kolumb chciał dopłynąć do Indii. W sensie geograficznym obrał kurs na zachód, jednak w wymiarze geopolitycznym i ekonomicznym chciał wytyczyć kurs na wschód. Podświadomie, i być może intuicyjnie, pragnął ufundować światowy porządek, zorientowany nie na kierunek euroatlantycki, lecz euroazjatycki. Fakt ten dowodzi, że już wówczas, w XV w. istniało naturalne dążenie do parcia na wschód, a także świadomość potencjału gospodarczego znajdującego się tam. Również etymologicznie wschód, w swoim pierwotnym znaczeniu był zawsze traktowany jako synonim bogactwa, dynamicznego handlu, kupiectwa. Nie bez kozery w wielu historycznych czy literackich podaniach często używa się terminu „kupców ze wschodu”. Podróż Kolumba nie była jedynie projektem zorientowanym na nowe odkrycia geograficzne. W istocie nigdy by się nie odbyła, gdyby nie przyświecała jej pewna koncepcja geopolityczna, której integralną częścią były ekspansywne tendencje ówczesnej mocarstwowej Hiszpanii oraz szukanie nowych horyzontów gospodarczego rozwoju, wymiany handlowej.

 

Wprawdzie historycy posiadają świadomość pomyłki Kolumba, ale bagatelizują jej geopolityczne konsekwencje. Tymczasem wbrew swoim intencjom – zamiast kursu euroazjatyckiego genueński podróżnik wytyczył kurs euroatlantycki. Konsekwencje tej pomyłki miały przez lata ogromny ciężar gatunkowy, zawiesiły globalną stabilizację na osi Europa – Ameryka. Wytyczono kurs niezgodny z naturalnymi dążeniami średniowiecznego świata oraz istniejącą wówczas świadomością geopolityczną.

 

Można zatem odwrócić pytanie – jak wyglądałby świat, gdyby Krzysztof Kolumb się nie pomylił? Czy Stany Zjednoczone byłyby światowym mocarstwem, potęgą polityczną, militarną i gospodarczą? Czy w wymiarze europejskim dominowałby jej biegun zachodni (tak, jak się to dzieje dziś), czy może do głosu doszłyby obszary wschodnie, z bezpośrednim wylotem na Azję?

Narodziny giganta

W istocie odkrycie Ameryki stworzyło szansę na zbudowanie Europy-bis. Nawet w używanym oficjalnie języku Europa nazywana jest Starym Kontynentem. Jednak stosowanie takiej terminologii posiada sens jedynie w kontekście nowego kontynentu, jakim w wyniku podróży Kolumba stała się Ameryka. Ale gdyby być wiernym historii to do miana prawdziwego, starego kontynentu, kolebki świata może pretendować wschód. To właśnie wschód jest naturalnym i pierwotnym zarodkiem cywilizacji.

 

Należy pamiętać, że w pierwszym okresie po odkryciu Kolumba – Ameryka była jedynie przedłużeniem Europy. Europejskie mocarstwa mogły dzięki temu zdobywać nową przestrzeń, rozładowywać własne problemy migracyjne, szukać zewnętrznego potencjału gospodarczego. W 1607 r. do Ameryki Północnej zawitali pierwsi przybysze z Anglii, zakładając pierwszą ufortyfikowaną kolonię Jamestown. Późniejsi kolonialiści, którzy osiedli w Plymouth, dali początek anglojęzycznej kulturze. W ten sposób za oceanem budowała się druga Europa.

Jednak w miarę upływu czasu, w wyniku przemian etnicznych, kulturowych oraz procesu tworzenia własnej tożsamości Ameryka stopniowo urywała się z łańcucha Europy. Nie chciała być Europą-bis lecz suwerennym kontynentem. Potomkowie migrantów przybywających z Anglii, Irlandii, Hiszpanii, Włoch i Francji, w następnych pokoleniach czuli się już Amerykanami. Błędne koncepcje polityczne, realizowane przez Wielką Brytanię w drugiej połowie XVIII wieku oraz szerzące się wówczas idee oświeceniowe, spowodowały radykalne przemiany w świadomości społeczności kolonialistów. Nie chcieli oni być już poddanymi imperium brytyjskiemu, lecz dążyli do stworzenia własnego, suwerennego bytu. W konsekwencji tego procesu 4 lipca 1776 r. podpisana została Deklaracja Niepodległości.

 

W ten sposób rodziło się nowe imperium, światowa potęga polityczna, militarna i gospodarcza, która coraz bardziej uniezależniała się od Europy. Aż wreszcie w 1823 r. ogłoszona została tak zwana doktryna Monroe’a (nazwa pochodzi o nazwiska 5. prezydenta Stanów Zjednoczonych – Jamesa Monroe), zakładająca powstrzymanie europejskiej ekspansji, w zamian za brak ingerencji USA w sprawy europejskie. Zaowocowało to długim okresem amerykańskiego izolacjonizmu.

 

Nieco ponad sto lat później, w XX w., w wyniku II wojny światowej Stany Zjednoczone stały się światowym imperium. Role zostały odwrócone – to już nie Ameryka była przedłużeniem Europy, lecz Europa Zachodnia przedłużeniem Ameryki. Do rangi symbolu urastają słowa użyte przez admirała Isoroku Yamamoto po ataku na Pearl Harbor: „Obawiam się, że obudziliśmy giganta, tchnęliśmy w niego wolę walki”. W sensie militarnym, biorąc pod uwagę kontekst II wojny światowej, zdanie wypowiedziane przez japońskiego wojskowego było poprawne. Jednak w sensie geopolityczny oraz gospodarczym tak naprawdę tego giganta obudził, prawie pół tysiąclecia wcześniej, Krzysztof Kolumb, w wyniku swojej żeglarskiej pomyłki.

Upadek giganta?

Amerykańska świadomość wyprzedziła europejską. Amerykanie ponad dwieście lat wcześniej niż europejczycy – mimo wewnętrznych różnic kulturowych oraz etnicznych – zbudowali wspólne, kontynentalne państwo, w ten sposób tworząc sobie polityczny instrument do panowania nad żywiołami gospodarczymi. Liberalna gospodarka przez ćwierć wieku zdawała w Stanach Zjednoczonych egzamin. Można również powiedzieć, iż amerykanie jako pierwsi ujrzeli horyzont globalizacji, zauważyli nieuchronną perspektywę nadejścia tego procesu i właściwie zrozumieli jego sens. Jednak przyszłość USA nie jest oceniana jednoznacznie.

 

Wśród wielu teorii o politologicznym oraz filozoficznym zabarwieniu na uwagę zasługuje książka Antonio Negri oraz Michaela Hardta zatytułowana „Imperium”, nazywana również „Manifestem komunistycznym XXI wieku”. Autorzy antycypują nowy świat, którego istnienie przejawia się w globalnych procesach ekonomicznych, kulturowych i politycznych. Ich zdaniem dojdzie do powstania nowego, ekspansywnego i trans-przestrzennego ładu o strukturze sieci. Nowe imperium ma być pozbawione centrum władzy oraz terytorialnych granic.

„Skończyły się czasy imperializmu, Stany Zjednoczone Ameryki ani żadne inne państwo narodowe nie jest już w stanie stworzyć projektu imperialistycznego. Jednocześnie, powoli gaśnie władza państw narodowych – mają one coraz mniejszą zdolność kontrolowania ekonomicznej i kulturalnej wymiany” – piszą autorzy „Imperium”.

 

W podobnym kierunku idą analizy, których inspiracją stał się wybuch wielkiego kryzysu ekonomicznego z 2008 r. Amerykański politolog i publicysta pochodzenia indiańskiego, Fred Zakaria, w „The Post American World” antycypuje szybkie skruszenie potęgi Stanów Zjednoczonych i całego świata zachodniego. Dominująca dotychczas oś euroatlantycka ma zostać zastąpiona przez oś takich państw jak: Chiny, Indie, Brazylia i Rosja. Zdaniem wielu obserwatorów zaczyna się sprawdzać spektakularna diagnoza Samuela Huntingtona, ukazana w książce „The Clash of Civilizations?” „Zderzenie cywilizacji?”, która opisuje nowy świat, jaki ukształtował się po upadku muru berlińskiego, w optyce rywalizacji państw należących do tych samych ośrodków cywilizacyjnych, która miałaby być podszyta konfliktami o proweniencji religijnej, a także kulturowej. Czy zatem gigant stoi na glinianych nogach?

Odejście od szlaku Kolumba – kurs transpacyficzny

George Friedman, amerykański geopolityk i były doradca czołowych amerykańskich dowódców wojskowych, zwraca uwagę na geopolityczne podstawy trwałości potęgi USA. W jego opinii Stany Zjednoczone zawsze zachowają status supermocarstwa, gdyż predyscynuje je do tego położenie geograficzne. Amerykanie posiadają dwa okna na świat, którymi są zachodnie i wschodnie wybrzeże. Mają zatem alternatywę. Mogą w wielowymiarowy sposób określać kierunek swoich strategii geopolitycznych czy geoekonomicznych. Być może reset polityki europejskiej, prowadzonej niegdyś przez USA, jest właśnie symptomem zwrócenia się w drugą stronę. Z perspektywy Stanów Zjednoczonych nigdy do końca nie wiadomo, gdzie jest wschód, a gdzie zachód. Świat jest okrągły – to zauważył Kolumb i to do dziś obowiązuje.

Próbując interpretować współczesny, globalny porządek, trudno jednoznacznie powiedzieć czy dojdzie do upadku imperiów, wielkich politycznych kolosów. Być może oprócz starych powstaną nowe. Ten świat w coraz większym stopniu się pluralizuje, przybiera wielowymiarową postać, powoli odchodzi od modelu jednobiegunowego. Jakby natura dąży do naprawienia pomyłki Kolumba.

 

Kierunek dominujących relacji gospodarczych i politycznych nie będzie przebiegał już po szlaku wytyczonym (zresztą wbrew jego woli) przez Krzysztofa Kolumba. Ten układ powstał w wyniku nieporozumienia. We współczesnym świecie coraz silniej obierany jest nowy kurs, zorientowany na ogromny potencjał gospodarczy obszaru Pacyfiku oraz Oceanu Indyjskiego. Obok Stanów Zjednoczonych przyszłymi supermocarstwami mogą się stać: Chiny, Indie i Brazylia. Ewidentnie przemawiają za tym fakty. W zgrupowaniu integracji gospodarczej APEC (Asia-Pacific Economic Cooperation – Wspólnota Gospodarcza Azji i Pacyfiku) wytarzane jest obecnie 53 proc. światowego PKB i 47 proc. globalnego handlu. Oznacza to, że na wybrzeżu atlantyckim pozostaje jedynie niecałe 50 proc. A to z kolei dowodzi, że więzy atlantyckie Stanów Zjednoczonych z krajami Starego Kontynentu nie są już centrum świata, że globalna stabilizacja nie jest już zawieszona na osi USA –Europa. W tym gospodarczym wyścigu Unia Europejska pozostaje w tyle. Według prezydenta Baracka Obamy właśnie z Europą wiąże się największe ryzyko nadejścia drugiej fali kryzysu gospodarczego. Na mapie europejskiej bankrutują kolejne państwa. W zakresie potencjału gospodarczego, wielkości handlu i PKB większy potencjał od Unii Europejskiej posiada szeroko rozumiana strefa NAFTA. Ale problemy Europy nie są jedynie funkcją doraźnych kryzysów czy błędnie zastosowanych koncepcji ekonomicznych, lecz potężnego, globalnego procesu odejścia od szlaku Kolumba i obrania nowego kursu transpacyficznego. W gruncie rzeczy świat wraca do swojego naturalnego porządku.

 

 

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Finansowej”, publicystą miesięcznika ekonomicznego „Home&Market” i komentatorem politycznym magazynu „Gentleman”.